mmakowski
06.08.04, 14:43
Zaczęło się od tego, że Jaz Coleman, znany głównie jako wokalista i
klawiszowiec postpunkowo-nowofalowej grupy Killing Joke, przyjechał do Pragi
koncertować. W hotelu, w którym się zatrzymał, skąpili na prawa autorskie za
elevator music, więc zatrudnili Karela Holasa, żeby na skrzypcach przygrywał
gościom jeżdżącym między piętrami. Colemanowi tak się spodobały ludowe melodie
Holasa, że z miejsca, jeszcze zanim wysiadł z windy, zaproponował mu nagranie
z orkiestrą symfoniczną. Tak na prawdę było zupełnie inaczej, ale równie
dobrze mogło być właśnie tak