rycerzowa
01.03.05, 14:43
Nie mam żadnej misji, ani nie jest moim celem zubożenie naszych wypowiedzi o
zdrobnienia. Chciałam tylko zwrócić uwage że jezyk, jakiego używamy , wpływa
na sposób naszego myślenia.( Bo zależność odwrotna wydaje sie oczywista.)
To, co jest naturalne u małego dziecka, bardzo razi u osoby dorosłej. Znamy
np. takie kilkudziesięcioletnie osoby, które ciągle chodzą do "kościółka ",
zmówić "paciorek" "do Bozi". Pamietajmy, że to na tej masie wyrósł całkiem
spory ruch religijno-polityczny.
Infantylizacja języka prawie zawsze oznacza pewne lekceważenie przedmiotu
naszej wypowiedzi. Do dzis pamietam, ile było buty i poczucia przewagi w
słowach "dowodzik prosze", które słyszałam od milicjanta w stanie wojennym.
Przyjrzyjmy sie wyrażeniu "mam dziecko". Oznacza to: jestem matką(ojcem),
jest na świecie istota, za która jestem odpowiedzialna(y).
A "mam dzidzię"? Mam coś miłego i fajnego, jak maskotka.
Są różne zdrobnienia, o czym zresztą pisałam. Gdy człowiek dorosły mówi o
swej rodzicielce "mama", brzmi to ciepło i naturalnie. Ale gdy opowiadając o
niej nazywa ją "mamusią", to ja już patrzę podejrzliwie, bo mam złe
doswiadczenia..
Ostatnio 17-letni "synuś" mojej znajomej przestał spędzac z nią cały swój
wolny czas i znika z domu. Ona się czuje jak wdowa, autentycznie, chociaz ma
męża, prace, znajomych, rodzinę, wszyscy usunięci poza nawias jej życia po
urodzeniu sunusia. "Co mam robic teraz, gdy zostałam sama?"
Przede wszystkim przestac nazywać go synuś, ale widzieć w nim syna. Szkoda,
że nie poradziłam jej tego wiele lat temu. Nie pytała zresztą o radę.
Kolejny przykład. Spedziłam kilka dni w szpitalu, w sali z 4 starszymi
paniami. Te, które miały zwykłe "córki", były przez nie odwiedzane i zadbane.
Jedną panią odwiedzała tylko sąsiadka, ale ona miała "córcię", z której była
bardzo dumna i wydzwaniała do niej z (mojej) komórki, zwracając się do niej
właśnie w ten sposób : "córciu, córuniu". Pielegniarki potwierdziły, "z
córciami i synusiami tak juz jest".
A na "cyca" mam autentyczne uczulenie, bo lekarz w naszej przychodni uważał
nas wszystkie młode matki za "dojne krowy" i krzyczał głośno, że dziecko
powinno być "na cycu" nawet kilka lat. Gdy zwróciłam mu uwagę, ze mnie się
karmienie piersią kojarzy raczej z Madonną, niż z krową, był mocno zdziwiony.
On też poezję widział tylko u Mickiewicza, nie w codziennym zyciu.
Reasumując, zdrobnienia bywają różne, a niektóre w naszym społeczeństwie maja
złe konotacje, jak ten nieszczęsny "synuś", albo "mamuśka".
Pamietajmy, że w naszych słowach powinien zawierać się szacunek dla dziecka,
choćby najmniejszego.
A jak ktos nie wierzy, że język "zupek, kupek, dzidzi i cycy" nie zniechęca
młodych bezdzietnych kobiet do macierzyństwa, niech zajrzy na odpowiednie
forum. Im się wydaje, że my, matki, cofamy sie w rozwoju i boją sie tego.
Pozdrawiam wszystkie mamy z maluszkami, dreptusiami i tymi starszymi wisusami.