Dodaj do ulubionych

[Wrocław] Urodziłam na Kamieńskiego

13.11.06, 18:10
Witajcie,

Opisawszy w szczegółach, których nie powstydziłby się sam papa Homer przebieg
mojego porodu na CiPie – chciałam dodać kilka słów juz o samym szpitalu i o
personelu – z myslą o mamach z Wrocławia i okolic.

Zajechaliśmy na Kamieńskiego ok. 4 nad ranem. Było pusto i sennie, przyęła nas
połozna – pani Ela (niestety nie zapamiętałam nazwiska - niska, dość tęga,
bardzo krótko obciete jasne włosy – taka pani kuleczka.) Była sensowna,
konkretna, delikatna i ludzka. Odpowiadała jasno na pytania, nie zbywała mnie,
cierpliwie czekała na koniec skurczu, żeby doczekac się odpowiedzi na jakieś
zadane pytanie. Widać, że wiedziała co robi, ale nie postępowała ze mną
mechanicznie i przedmiotowo. Fajna babka jednym słowem.
Lekarka na izbie przyjęć: Anna H. Szurkiewicz – młoda blondyna w okularach,
dłuższe włosy. Sympatyczna, spokojna, rzeczowa, odpowiadła na pytania, nie
zbywała. Standard.

Blok porodowy nie wygląda jeszcze tak, jak na stronie internetowej szpitala
(ten turkusowy fotel ze zdjęcia sali porodowej jest dopiero zamówiony smile))
Ale jest czysto schludnie, kafle, szkło, w kazdej Sali porodowej jest sofa,
piłka, sako i materac. Do tego – łoże Madejowe, o którym już pisałam na CiPie
– żaden tam fotel ginekologiczny, ale wielkie łóżko z podnoszonym podgłówkiem
i opuszczaną druga częścią oraz podpórkami na stopy. Toaleta – wyremontowana
nowiutka,– kibelek, bidet i wielki prysznic.

Pozycje – do wyboru do koloru. Gdyby Hania nie zaklinowała się główką w kanale
pewnie mogłaym ją wypchnąć na klęczkach (tak spędziłam prawie cały drugi okres
porodu) albo na ostatni skurcz poproszonoby mnie o obrócenie się na plecy (tak
ją ostatecznie wypierałam, bo w tej pozycji największa była sila parcia).

Położne – ze względu na długi poród towarzyszyły mi dwie, bo się jednej dyżur
skończył. I ten fragment powinnam chyba napisać wielkimi złotymi literami.
Od 4.30 do 8 opiekowała się mną Ewa Kosmala – Pachurska. Młoda 25-30 lat,
niewysoka, ciemne krótkie włosy, okulary. Charakterystyczny niski, ciepły,
bardzo kojący głos. Słuchajcie – ta kobieta to był anioł. Do dziś słyszę jej
głos, gdy ja parłam – ona trzymała mnie za plecy albo biodra i powtarzała jak
zaklęcie: „Nie bój się Natalia, nie bój się, prowadź tego maluszka w dół”.
Była delikatna, usmiechnięta była ze mną niemal cały czas. Pamiętam, gdy
musiałam położć się na boku, żeby Hania – odklinowawszy się wykonała we mnie
zwrot i łatwiej przechodziła kanałem rodnym. Przez kilka minut powtarzałam jak
zakręona (robiłam to nieswiadomie i dopiero teraz sobie to przypominam) – „Jak
to strasznie boli, jak to strasznie boli…”. Pani Ewa stała przy mnnie, ręce na
brzuchu albo na plecach, albo na głowie i oddychała przy każdym skurczu razem
ze mną. Codziennei od dnia porodu dziękuję Bogu, że trafiłam na jej dyzur.

O godzinie 8 Ewę zastapiła Elżbieta Ciesielska – trochę starsza, bliżej
40-tki, krótko ściete blond włosy, bardzo jasne oczy – zapamietałam smile)) Heh –
wierzcie lub nie – drugi anioł. Równie kochana spokojna, cierpliwa. Przeszła
ze mną najtrudniejsze 1,5 godziny parcia. Pozycje jakie tylko mi pasowały, zas
do najbardziej efektywnego parcia miałam odpychac się nogami od jej boku, gdy
ona masujac mi krocze chroniła je do ostatniej chwili. Nieźle ją pokopałam…
Cytay z pani Eli – „Natalko, popatrz na mnie”. Byłam już strasznie zmęczona i
albo zapadałam w pół-sen albo zciskałam oczy. Gdy przychodził skurcz i trzeba
było się zebrac do parcia, Pani Ela głaskała mnie po twarzy i mówiła to swoje
„poatrz na mnie”. Już po porodzie siedziała przy mnie podczas szycia,
tłumaczyła dokładnie jakie leki podaje (dostałam oksytocyne na szybkie
obkurczenie się macicy). Bez negatywnego komentarza przyjęła moją odmowę
kroplówki z glukozy podczas porodu na wzmocnienie mnie i wydłużenie skurczów
(trwały tylko 30 sek). Ja panicznie boję się kroplówek, a ona proponowała, ale
nie zmuszała. „Powolutku, damy radę same, tak?” – skomentowała moje „Nie,
tylko nie kroplówka, plis”.
Gdy leżałam na sali poporodowej przepisowe 2 godziny – przyniosła mi sniadanie
z kuchni, choc zbliżał się obiad. Ciagle zaglądała, uśmiechała się,
gratulowała, no czułam że jest ze mną - jak człowiek.

Lekarka na porodówce: Beata Lipowczyk, starsza babka, zasadnicza, zimna jak
kawał lodu, apodyktyczna, ale fachowa. To dzięki niej wyparłam Hanię (huknęła
na mnie tak, że przy trzecim parciu już na sucho, bez skurczu wytrzymałam na
bezdechu jakąś kosmiczna ilość czasu i główka wreszcie zatrzymała sę na
wierzchu, nie cofając do środka. Po kolejnych dwóch martwych skurczach,
podczas których nic się nie działo, bo krocze trzymało główkę Lipowczyk
powiedziała tylko „Natalia, dalej tak nie pójdzie, tniemy”. I nacięła.
Wystarczył centymetr i w jednej sekundzie 4-kilowa Hanka była na świecie.
Zszyła bardzo ok., po 4 dniach siedziałam normalnie, nawet ze szwami niezdjętymi.

A teraz bardzo krótki paragraf o oddziale noworodków. Porażka. Zero pomocy,
zero dialogu, o wszystko trzeba się dopraszać, dopytywac, dopominać. Może to i
sposób jest, bo dzieki temu „ozdrowiałam” po porodzie w 12 godzin. Nie było,
że boli. Niestety wszystko robiłam na czuja, bo nawet lekarz pediatra
odpowiadała na moje pytania monosylabami, najczesciej w dridze do drzwi z
komentarzem na moje pytanie co ma na mysli mowiac „sladowa żółtaczka” - „Ja tu
pracuje 20 lat, wiem co robię”. Ginekolog podczas wieczornego obchodu:
fircykowaty lowelas, wchodzi tanecznym krokiem do sali: „Wszystko ok.? No to
dobranoc”. Nie obejrzał żadnej pacjentki, mimo powikłań z kroczem które miało
kilka kobiet na sali. Zawołałam go z powrotem, bo dla mnie to jakis absurd był
i pytałam o zalecenia w postepowaniu z kroczem po nacieciu. Pan doktor wykazał
się nie lada elokwencja odpowiadajac: „Chłopa nie dopuszczać przez pare
tygodni, będzie dobrze”. No comments.

Jedyna, słownie JEDNA sensowna połozna, bardzo miła, kompetentna, pomocna, z
wiedzą wykraczająca poza rzucane znad talezyka z sernikiem: „Niech pani cyca
da, albo pobuja” to młoda kobietka o nazwisku Zatoń. Niestety imienia nie znam
(ciemne włosy do ramion, ok. 25-30 lat). Poza tym - dokarmianie i wtykanie
smoczka od butelki dzieciom, które przebywały w pokou dla dzieci albo pod
lampami - oczywiście norma.

Uff, tak wygląda piekło-niebo na Kamieńskiego. Ale wsponienie tak cudnego
porordu zaciera całą resztę.

Dodam jeszcze, że nikogo w tym szpitalu nie znałam, nie miałam tam lekarza,
nie miałam umówionej położnej, nie zapłaciliśmy z Mackiem za poród rodzinny
ani grosza.

Mam nadzieję, że ten opis pomoże Wam w poszukiwaniu szpitala do porodu
Pozdrawiam
Natalia
Obserwuj wątek
    • poziomka555 Re: [Wrocław] Urodziłam na Kamieńskiego 13.11.06, 21:43
      GRATULACJE z okazji narodzin Haneczki !!! pięknie wszystko opisałaś, masz dar
      do tego, przyjemnie się czyta, ja mam termin na koniec tygodnia, też
      Kamieńskiego, dlatego tym bardziej mnie to interesuje co napisałaś, tak z
      ciekawości zapytam czy chodziłaś może do szkoły rodzenia ostatnio na Długosza?
      • nat.wroclaw Re: [Wrocław] Urodziłam na Kamieńskiego 13.11.06, 22:21
        Witaj,

        Dzieki za gratulacje, jest czego. Obiekt gratulacyjny jest ozywiscie
        najpiekniejszym dzieckiem świata :pppppp

        Nie, nie chodziłam na Długosza. Do porodu przygotowywała mnie Jolanta
        Fankowska-Szkutnik u mnie w domu.

        Powodzenia. Dasz radę, tam jest naprawde fajnie. A na noworodkach twardym trzeba
        byc i nie pozwalac dawac smoka i butli.

        Pozdr
        Nat
    • na_swoim Re: [Wrocław] Urodziłam na Kamieńskiego 12.01.07, 21:53
      Miło poczytać tak miłe słowa o mojej żonce...

      Darek
    • anna-z11 Re: [Wrocław] Urodziłam na Kamieńskiego 12.01.07, 22:37
      Dla mnie szpital na Kamieńskiego to jedynie piekło. Nie rodziłam tam (na
      szczęście), ale leżałam w ciąży. Trafiłam tam, bo mieszkam blisko. Ok. 30 tyg.
      poczułam skurcze. Zrobili mi usg i stwierdzili, że płód się nie rozwija i
      trzeba przerwać ciążę. Jeżeli zdecyduję się od razu na przerwanie ciąży to
      dziecko będzie miało 30 proc. szans na przeżycie, a w ogóle jak się urodzi to
      będzie upośledzone. Lekarka powiedziała mi, że jeżeli będę czekać to dziecko
      umrze w brzuchu. Zaczęli mnie wypytywać czy nie jestem chora na HIV, czy brałam
      narkotyki skoro dziecko nie rośnie. Pytania były bardzo upokarzające. Byliśmy z
      mężem załamani, płakaliśmy oboje na korytarzu. Następnego dnia przyszli do mnie
      lekarze i powiedzieli, że poczytali sobie w internecie na temat mojego
      przypadku i uważają, że to dystrofia i przesyłają mnie na Dyrekcyjną.Tam takich
      przypadków jak ja było mnóstwo. lekarze stwierdzili, że rzeczywiście dziecko
      jest mniejsze niż powinno być, ale się rozwija (być może jest mniejsze, bo ja i
      mąż jesteśmy niscy).Dotrwałam do 35 tygodnia, bez żadnych problemów. Póxniej
      przekazano mnie do Brochowa, bo zamykali Dyrekcyjną z powodu urlopu. Na
      Brochowie urodziłam w 37 tyg. Byłam wykończona psychicznie, bo cały czas
      myślałam o tym, że dziecko może umrzeć, albo będzie chore.
      Dziś synek ma 4,5 miesiąca. Rozwija się wspaniale, jest zdrowym, fajnym
      dzieckiem.
      Na Kamieńskiego chcieli żebym urodziła w 30 tyg.Jedyne co im zawdzięczam to
      decyzję o przekazaniu mnie do innego szpitala (chcieli się mnie pozbyć).Być
      może straciłabym przez nich mojego synka.
    • kotek713 Re: [Wrocław] Urodziłam na Kamieńskiego 15.01.07, 11:12
      ja odnosząc się do ostatniego postu jak było na brochowie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka