Dodaj do ulubionych

Warszawa 1942 Tydzień czwarty - odcinek 1

04.08.04, 18:11
Franza Blättlera „Warszawa 1942. Zapiski szofera szwajcarskiej misji
lekarskiej”

Tydzień pierwszy
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14466925
Tydzień drugi
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14553035
Tydzień trzeci
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14587297


Tydzień czwarty

My, szoferzy szwajcarscy, nie przepadamy za wyjazdami na miasto, wolimy
raczej dalsze trasy w kierunku [zaplecza] frontu. Wyjazd na miasto oznacza
zwykle krótką jazdę i później długie wyczekiwanie na silnym mrozie, aż wróci
oficer, któremu zostaliśmy przydzieleni. Nie jest wskazane pozostawianie bez
opieki w Warszawie na poboczu ulicy samochodu zaopatrzonego w znaki
rejestracyjne Wehrmachtu. Polski ruch oporu jest bardzo aktywny. Szyby lub
reflektory takiego pozostawionego auta wkrótce by rozbito, opony by przecięto
albo po prostu ukradziono. Trzeba więc stale mieć się na baczności i nie
spuszczać samochodu z oczu. Dlatego też żaden z nas nie jest zachwycony, gdy
sierżant zażąda dla siebie wozu na załatwianie różnych spraw w mieście.
Ponieważ dopiero co wróciłem z wyjazdu na dalszą trasę, muszę zgodzić się na
trasę. Najpierw wieziemy brudną bieliznę żołnierzy do wielkiej pralni, potem
udajemy się do fabryki mydła pod Warszawą, żeby odebrać mydło przeznaczone
dla naszej grupy.
Obserwuj wątek
    • grba Warszawa 1942 Tydzień czwarty - odcinek 2 04.08.04, 18:35
      Budynek fabryki strzeżony jest przez niemiecki posterunek, mogę więc tutaj
      zostawić samochód bez obawy, że mu się coś przydarzy. Sierżant melduje się w
      biurze, a ja korzystam z okazji, żeby obejrzeć sobie fabrykę. To, co tutaj
      widzę, przechodzi wszelkie moje wyobrażenia. Okazuje się, że wyjazdy na miasto
      także mogą być pouczające. W fabryce wytwarza się różne rodzaje mydła. Do ich
      produkcji potrzebna jest maszyna mieląca. Zamiast energii mechanicznej rolę
      siły napędowej spełniają rosyjscy jeńcy wojenni. Zostali oni zaprzęgnięci do
      prętów ogromnego koła, którego używa się jako napędu maszyny. Znękani fizycznie
      i duchowo, poruszają się apatycznie i ociężale po okręgu, który wyznacza im to
      urządzenie. Obracanie koła sprawia im najwyraźniej ogromny wysiłek. Młody
      żołnierz niemiecki z włosami uczesanymi w przedziałek, z czapką policyjną
      zsuniętą zawadiacko na ucho, popędza biczem jeńców, zaprzęgniętych do pracy,
      która przekracza ich siły. Jeden z nich właśnie już tego wytrzymuje. Wypuszcza
      pręt z rąk i wisząc na rzemieniach pozwala, aby inni ciągnęli go dookoła.
      Uderzenia biczem już nie odnoszą skutku. Powalony jeniec szybko musi zostać
      zastąpiony przez następnego. Maszyna mieląca nie może się zatrzymać. Na razie
      zresztą nie grozi takie niebezpieczeństwo, gdyż rezerwuar rosyjskich jeńców
      wojennych jest jeszcze duży. Zadaję sobie pytanie, ile ofiar mógł do tej pory
      pochłonąć ten zakład. Rzeczywiście, już nawet mydło do golenia, którego używa
      niemiecki żołnierz, jest zbrukane krwią. Z uczuciem obrzydzenia opuszczam
      fabrykę i ładuję na samochód kilka tekturowych pudeł.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień czwarty - odcinek 3 04.08.04, 20:25
      W drodze powrotnej do miasta zwierzam się sierżantowi z mojej pogardy dla
      stosowanych tam średniowiecznych metod. Mój towarzysz jest innego
      zdania: „Pańskie oburzenie wynika z niedostatecznego uświadomienia pana w
      waszej ojczyźnie. Bolszewik wyrasta pod biczem i w żadnym razie nie odczuwa
      takiego traktowania jako czegoś niezwykłego. Te zezwierzęciałe istoty czują się
      dobrze jedynie wtedy, gdy otrzymują baty, a to zapewniamy im bardzo
      skrupulatnie”.
    • Gość: WOJ Czytamy... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 04.08.04, 21:56
      I niech tak będzie dalej.
      • carrramba Re: Czytamy... 04.08.04, 22:15
        Gość portalu: WOJ napisał(a):

        > I niech tak będzie dalej.
        CZytamy .
        • roody102 Re: Czytamy... 04.08.04, 22:16
          carrramba napisała:
          > CZytamy.

          Każdy jeden fragment.
          ________________________________________
          Roody102

          "Możemy spokojnie przyjąć, że autor nie umiejący myśli swych wyrazić jasno nie
          umie też myśleć jasno, że więc myśli jego nie zasługują na to, by się silić na
          ich odgadywanie."
    • grba Warszawa 1942 Tydzień czwarty - odcinek 4 04.08.04, 23:45
      Czas wolny w Warszawie jest dla mnie niekiedy problemem. Chciałbym znowu
      zobaczyć lub przeżyć coś, jeśli nie wesołego, to w każdym razie przyjemnego.
      Pójście do restauracji na koncert oznacza przebywanie w niemieckim
      towarzystwie, teatry serwują niemiecki repertuar, w kinach wyświetlane są
      niemieckie filmy. Postanawiam więc udać się na spacer po mieście. Zapewne
      niektórzy czytelnicy wiedzą sami, jak przygnębiające wrażenie robi na
      przechodniu widok miasta z wypalonymi murami i ponurymi ruinami. Jednakże tę
      ciężką atmosferę, wiszącą nad okupowanym przez Niemców miastem, tak naprawdę
      można odczuć dopiero wtedy, gdy jest się wolnym od służby i wędruje się
      samotnie ulicami miasta. Dostrzega się wówczas na wpół zagłodzone dzieci,
      półnagie i bezsilne, które kulą się w załomach murów i niczym parszywe psy
      czekają jedynie na to, żeby je dobić, widzi się butny wzrok okupantów i
      niezgłębione spojrzenia okupowanych. Wszystko to odczuwam jako policzek
      wymierzony moim demokratycznym zasadom. Często natykam się na Polaków, którzy
      walcząc jako żołnierze w obronie swej ojczyzny stali się inwalidami, a teraz
      nie są w stanie podjąć pracy. Jak zwierzęta wegetują oni na ulicach Warszawy.
      Mężczyzn zdolnych do pracy władze okupacyjne usiłują wysłać do Niemiec,
      natomiast inwalidów wojennych pozostawiono ich własnemu losowi.
      Jest dla mnie niezrozumiałe, jak można urządzać własnym poległym bohaterom
      uroczystości pogrzebowe z muzyką i tam-tamami, co sam widziałem, a pokonanym i
      okaleczonym podczas działań wojennych przeciwnikom odmawiać wszelkiego prawa do
      egzystencji. Ci o których tutaj mówię, mogą jeszcze uchodzić za szczęśliwców,
      ponieważ mają ręce i mogą wygrywać skostniałymi na mrozie palcami smutne
      melodie. Skromny zarobek nie pozwala im oczywiście, nigdy najeść się do syta.
      Na blaszanych talerzykach, które podsuwają ofiarodawcom, leży niewiele
      pieniędzy. Bo kto też może im cokolwiek ofiarować? Polacy sami najczęściej mają
      niewiele. Tak zwani Volksdeutsche uważani powszechnie za pasożytów, ich zasadą
      jest: raczej brać niż dawać. Niemcy natomiast nie są na tyle wspaniałomyślni,
      żeby udzielać pomocy pokonanemu wrogowi.
      • Gość: WOJ Czytamy... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.08.04, 00:05
        • Gość: WOJ :-))))))))))))))))))))))) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 05.08.04, 00:22
    • grba Warszawa 1942 Tydzień czwarty - odcinek 5 05.08.04, 09:16
      Widzę już, że spacer, od którego oczekiwałem relaksu, nie dostarczy mi żadnego
      powodu do radości. Wszystkie ładniejsze lokale, które mniej ucierpiały podczas
      bombardowań, przeznaczone są tylko dla Niemców, dobrze zaopatrzone sklepy z
      artykułami kolonialnymi dostępne są tylko dla okupantów, przemykające ulicami
      taksówki też mogą być używane wyłącznie przez Niemców. Kieruję swoje kroki w
      stronę ulicy Opaczewskiej – do pewnej rodziny, u której wprawdzie nie znajdę
      uśmiechu, ale za to będę miał możliwość swobodnego wypowiedzenia się. W
      dzielnicy ruin, gdzie leży Opaczewska, nie spotyka się już Niemców. Tutaj na
      przedmieściu, które bardzo ucierpiało podczas walk ulicznych, mieszkają już
      tylko ci, którzy mają najmniejsze wymagania.
      Ta część miasta leży przy głównej szosie prowadzącej do Radomia. W zgodzie z
      obowiązującą zasadą niszczenia polskich dóbr kulturalnych burzy się właśnie na
      placu... starą, okrągłą basztę. Im bardzie oddalam się od centrum miasta, tym
      uboższe i bardziej zniszczone stają się domy; już przed wojną musiała to być
      bardzo biedna dzielnica. Właściwie trudno tu znaleźć jakiś nieuszkodzony
      budynek: bombowce i działa artyleryjskie sprawiły, że cała dzielnica wygląda
      tak, jakby ją poprzewracała i porozrzucała jakaś ogromna ręka. Tam, gdzie stoją
      jeszcze mury, dziury po pociskach wytworzyły jakąś specyficzną fakturę, tak że
      z daleka sprawiają one wrażenie marmurowych płyt.
      Po z górą dwóch kwadransach dotarłem na skraj miasta. Na prawo znajduje się
      zajezdnia tramwajowa, po lewej stronie ulica Opaczewska. O jezdni z
      prawdziwego zdarzenia trudno tu właściwie mówić, tylko wydeptana w śniegu,
      pełna kałuż ścieżka wskazuje na to, że od czasu do czasu przechodzą tędy
      ludzie. Nie po raz pierwszy przemierzam ten szlak, w przeciwnym razie nie
      trafiłbym do zaprzyjaźnionej ze mną rodziny. Wiem, że po obydwu stronach
      zobaczę stojące w rzędzie kikuty murów, nadpalone belki (jeśli nie zostały
      jeszcze zabrane stąd przez ludność), popękane i rozwalone fasady domów. Od
      czasu do czasu ślad na śniegu prowadzi do wnętrza rumowiska; jest to dla mnie
      znak czasu, że mieszkają tutaj istoty ludzkie. Niczym mistrzowsko ustawiona
      dekoracja teatralna wyrasta przede mną frontowa ściana dawnego domu, która
      zachowała się aż do wysokości drugiego piętra. Gdy patrzy się z boku, ma się
      wrażenia, że ta mniej więcej 15-metrowa, wolno stojąca ściana skapituluje i
      zawali się przy pierwszym lepszym podmuchu, ale ona przekornie opiera się
      silnie tutaj wiejącemu wiatrowi.
      • carrramba Re: Warszawa 1942 Tydzień czwarty - odcinek 5 05.08.04, 19:48
        nie śpij, bo czekamy :)
    • grba Warszawa 1942 Tydzień czwarty - odcinek 6 05.08.04, 21:18
      Przez wyrwaną bramę wchodzę na zasłane gruzami podwórze. Tutaj znowu przychodzą
      mi z pomocą ślady wydeptane na śniegu. Oficyna znajdująca się za tą pojedynczą
      ścianą zachowała się w nieco lepszym stanie. Wprawdzie dach też jest zerwany,
      strych wypalony, a mury również są popękane, ale na parterze i pierwszym
      piętrze zachowały się jeszcze nawet szyby w oknach – prawdziwy luksus na tej
      pustyni gruzów. Schody prowadzące na pierwsze piętro, własnoręcznie zmontowane
      przez mieszkańców z przypadkowych materiałów znalezionych pośród gruzów,
      sprawiają groteskowe wrażenie.
      W dwóch niewielkich izbach, własnoręcznym sumptem doprowadzonych da stanu
      używalności, zamieszkuje tutaj siedmioosobowa rodzina: ojciec, matka, trzy
      córki, syn i zięć. Przed wojną ojciec posiadał dobrze prosperujący sklep na
      terenie dzisiejszego getta; później został przymusowo wykwaterowany i tutaj
      zrobił sobie prymitywne schronienie. Także ta rodzina boryka się z poważnymi
      problemami; wszyscy jej członkowie stale obawiają się, że zostaną rozdzieleni.
      A w tych ciężkich czasach potrzebują się nawzajem bardziej niż kiedykolwiek.
      Najmłodsza córka pracuje w sklepie z artykułami kolonialnymi, który jest
      przeznaczony tylko dla Niemców – jej grozi więc stosunkowo najmniej. Druga
      córka pomagała matce dotąd w gospodarstwie., ale dostała z Arbeitsamtu nakaz do
      podjęcia pracy w Niemczech; teraz w dzień i w nocy snuje plany, jak się od tego
      wymigać. Najstarsza jest krawcową i od tego czasu, gdy uda jej się zdobyć
      kawałek materiału, szyje dla swoich przedwojennych klientów. Syn i zięć,
      których wojna i długa okupacja nauczyły życiowego sprytu, potrafili dotąd
      instynktownie wykręcić się od deportacji. Chociaż obydwaj zachowują się wobec
      mnie z dużą rezerwą, zauważyłem, że to oni w głównej mierze zapewniają rodzinie
      skromną egzystencję ponieważ obaj zajmują się nielegalnym handlem. Jest to w
      Warszawie najbardziej intratne, a zarazem też bardzo niebezpieczne zajęcie. Za
      każdym razem przyjmują mnie tutaj ze szczerą radością. Najmłodsza córka, która
      dzięki kontaktom z klientami mówi jako tako po niemiecku, pełni rolę tłumacza i
      usiłuje nauczyć mnie najpotrzebniejszych polskich słów i zwrotów. Powtarza mi
      też często, że razi ją u mnie jako Szwajcara tylko ta niemiecka mowa.
      Dopiero w Polsce poznałem, czym jest prawdziwa gościnność. Ci ludzie chętnie
      sami sobie odejmą od ust, aby móc mnie poczęstować. Gdybym próbował płacić im
      za to, ciężko by się na mnie obrazili. Szwajcarskie papierosy, kawa z moich
      zapasów i wódka pochodząca z niemieckiej kantyny kończą zwykle naszą „ucztę”, a
      w rozmowie, która ciągnie się potem jeszcze długo, uciekamy od trwającej wojny
      w przeszłość – do pięknych lat przedwojennych. Światło elektryczne w ogóle
      tutaj nie dochodzi, a świece trudno dostać i są bardzo drogie. I tak w tym
      ciemnym źle opalonym pokoju ukazuje mi się Warszawa w swoim dawnym blasku.
      Jakże mógłbym wątpić w słowa tych ludzi? Z przeszłości czerpią siły, które
      pozwalają im oderwać się od smutnej teraźniejszości i spoglądać w lepszą
      przyszłość. Rewanżuję im się opisami mojej pięknej ojczyzny i przy każdym
      pożegnaniu czujemy wszyscy, że pomimo różnych języków, ras i zwyczajów łączy
      nas wspólny ideał – wolność.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień czwarty - odcinek 7 06.08.04, 10:03
      Zakupów do lazaretów dokonuje najczęściej inspektor. Nieraz zadawałem sobie
      pytanie, dlaczego ci inspektorzy tak chętnie posługują się przy zakupach
      samochodami Czerwonego Krzyża. Odpowiedź jest bardzo prosta. Zaostrzające się z
      tygodnia na tydzień środki przeciwko handlowi pokątnemu, także w armii
      niemieckiej, zdają się dowodzić, że zło tak bardzo szerzy się na tyłach frontu,
      że dotknięci nim są wszyscy – od zwykłych żołnierzy i urzędników aż po osoby
      zajmujące wysokie stanowiska.
      Jest sobotnie popołudnie, wraz z dwoma inspektorami jadę do polskiego majątku w
      pobliżu Radomia, żeby zakupić większą ilość ziemniaków. Majątek leży około 30
      km w bok od głównej szosy. Przez pola i wzgórza docieram tam podczas tego
      popołudnia. Niestety, nie spełniła się moja cicha nadzieja, że właściciel
      zaprosi mnie do mieszkania i pozwoli nieco rozgrzać przemarznięte nogi.
      Przeciwnie, mam uczucie, że ten człowiek pragnie pozbyć się nas jak
      najszybciej. Obaj oficerowie obchodzą najpierw stajnię i oborę, a ja przyłączam
      się do nich. Z ich rozmowy wynika, że widzą już w marzeniach, jak pędzą –
      oczywiście po wojnie – na koniach przez taki wielki majątek, trzaskając głośno
      biczami. Wyliczają też, jak przy pomocy polskiej siły roboczej i pod „surowym
      niemieckim nadzorem” można zwiększyć dochodowość takiego majątku – dla dobra
      narodu niemieckiego. Jednakże wszyscy trzej zgadzamy się co do tego, że takie
      projekty będzie można realizować dopiero po zakończeniu wojny, a ja myślę sobie
      po cichu, że do tego czasu wszystko może się zmienić.
      Zadołowane ziemniaki zostaną odkryte, inspektor ocenia ich jakość i następnie
      ustala bez dłuższego namysłu cenę. Właścicielowi majątku nie pozostaje nic
      innego, jak zgodzić się na nią. Gdyby zaoponował, mógłby w ogóle nic nie dostać
      za swoje ziemniaki. To, co teraz nastąpiło, było bardzo typowe dla panującej
      wówczas na Wschodzie mentalności okupantów. Inspektor daje właścicielowi
      jednoznacznie do zrozumienia, że bardzo zależy mu na worku białej mąki oraz
      worku jabłek, podkreślając przy tym, że wysokość kontyngentu ziemniaczanego
      została ustalona z korzyścią dla Polaka. Właściciel doskonale wie, co ma
      czynić. Jeśli nie spełni „życzenia” inspektora, ten nie zareaguje wprawdzie od
      razu, ale już w najbliższych dniach z powodu jakiegoś fikcyjnego wykroczenia
      naśle na niego żandarmów, którzy najprawdopodobniej nie zadowolą się jednym
      tylko workiem. Nie dziwi mnie więc wcale, że z chwilą odjazdu z majątku
      znajdują się w samochodzie zarówno mąką, jak i jabłka.
      Niemiecka policja, która ściga szmuglerów i handlarzy czarnorynkowych i ma
      prawo rewidować wszelkie pojazdy zarówno niemieckiego, jak i polskiego
      pochodzenia, pozwala nam w drodze powrotnej jechać bez przeszkód, ponieważ
      samochody Czerwonego Krzyża nie mogą być zatrzymywane i rewidowane. W Warszawie
      muszę towar dostarczyć do prywatnego mieszkania naszego inspektora. Czy towar
      ten zostanie teraz ze znacznym zyskiem sprzedany jakiemuś Polakowi, który
      dysponuje jeszcze pieniędzmi, czy też trafi w jakiś sposób do Niemiec – tego
      nie wiem. Ja jako „zapłatę” za moją usługę (tak to nazywa inspektor, a chodzi
      przecież o zapłatę za milczenie) dostaję 6 jaj chłodniczych z zapasów
      lazaretu; przyjmuję je, do niczego się jednak wobec pana inspektora nie
      zobowiązując.
      Jadę z aptekarzem sztabowym przez miasto. Przez całą noc padał śnieg, teraz
      pada deszcz i ulica pokryta jest co najmniej 20-centymetrową warstwą błota.
      Przede mną wyłaniają się dwie Polki, które z trudem ciągną po rozmiękłej jezdni
      ciężki, dwukołowy wózek. Zwalniam i zataczam mały łuk, żeby obydwu kobiet i ich
      pojazdu nie opryskać błotem. „Czy pan oszalał? – wydziera się na mnie
      aptekarz. – Gdy pan zobaczy Polaków, powinien pan dodać gazu, podjechać jak
      najbliżej i chlapnąć na nich tyle błota, ile się tylko da. W przeciwnym razie
      ta hołota śmieje się z nas”.

      (Koniec tygodnia czwartego)
      • Gość: up Re: Warszawa 1942 Tydzień czwarty - odcinek 7 IP: *.internetdsl.tpnet.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 06.08.04, 19:45

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka