-
ogarnia mnie poczucie pustki
okropnej samotnosci i przemijania bol
tego ze juz nigdy nie poczuje milosci
tego ze juz zawsze bede sama
tego ze nawet jesli chce to zmienic
nie znajde sposobu i miejsca na zmiany
tego ze dla czynnych alkoholiczek swiat jest otwarty
tego ze dla trzezwiejacej nie ma miejsca
tego ze jest mi smutno
i potrzebuje nadziei
a nie umiem jej szukac
...
-
Wczoraj uświadomiłem sobie że nie muszę brać. Że branie bierze się z braku
innych alternatyw. Że związane jest z rytuałem i jest tylko do niego
dodatkiem. Do wczoraj nie wyobrażałem sobie że można pójść na impreze i nie
wciągnąć. Wciąganie == dobra zabawa. Wciąganie == "a może coś fajnego mi się
przydarzy". Wciąganie == odstresowuje się po cięzkim dniu.
Dziś myślę sobie:
Ale czy wogóle potrzebna mi ta impeza? Czy nie potrafię już inaczej spędzić
wolnego czasu, szydełkować, pleść ...
-
chyba zwariuje...
po ponad 2 latach udręki z narkomanem.. poszedł sie leczyc..
za pare dni sprawa rozwodowa..
nie moge zniesc tej ciszy i pustki, jestem totalnie sama ze swoimi myslami.
z jednej strony go nienawidze za to co dal mi przeżyć przez te miesiące i jak się to odbiło na mnie.. a z drugiej jakby tesknie, czuje sie rozbita, nie moge sobie znalezc miejsca..
nie wiem co robic, co myslec, jak sie ogarnac..
pomozcie...