cocolino10
22.11.06, 17:39
Wczoraj uświadomiłem sobie że nie muszę brać. Że branie bierze się z braku
innych alternatyw. Że związane jest z rytuałem i jest tylko do niego
dodatkiem. Do wczoraj nie wyobrażałem sobie że można pójść na impreze i nie
wciągnąć. Wciąganie == dobra zabawa. Wciąganie == "a może coś fajnego mi się
przydarzy". Wciąganie == odstresowuje się po cięzkim dniu.
Dziś myślę sobie:
Ale czy wogóle potrzebna mi ta impeza? Czy nie potrafię już inaczej spędzić
wolnego czasu, szydełkować, pleść koszyki itp?
Inaczej,
Czy jest możeliwe zapełnienie pustki która się pojawia po decyzji o zmiania
dotychczasowych przezwyczajeń. Czy jest możeliwe szczęście poza wytyczonymi
od lat ścieżkami.
I czy można zaszaleć bez wciągnięcia grama koksu w nos?
Piątek w Heroinie napisał że "może być niechuj..owo"
Ja chcę tylko, żeby było tak samo jak przed dragami.
Macie jakieś doświadczenia w tej materii?