Gość: werwr
IP: *.visp.energis.pl
12.04.04, 12:16
Wykłady Leszka Kołakowskiego
O wielkiej zdradzie
Narazić na śmierć kogoś, kto ma prawo oczekiwać naszej lojalności, jest
szczególnie odrażającym przypadkiem zdrady. Ale Hitler też miał prawo
oczekiwać lojalności od swoich generałów, a jednak nie poślemy do piekła tych
generałów, co go porzucili i chcieli zabić.
Rodzimy się prawie zawsze jako uczestnicy pewnej zbiorowości etnicznej, to
uczestnictwo jest nam dane, nie wybieramy swojego narodu, podobnie jak nie
wybieramy rodziny. Późniejsze nasze związki z ludźmi - przyjacielskie,
zawodowe, polityczne, seksualne czy towarzyskie - pochodzą natomiast
najczęściej z wyboru.
Mogłoby się wydawać, że te nasze umiejscowienia w świecie, które nie zależą
od naszej woli, są z tej racji niewiążące, nie nakładają na nas żadnych
obowiązków - bo przecież nie zapisywałem się do swego narodu i nie prosiłem
swoich rodziców, by mnie na świat wydali - że natomiast zobowiązują nas te
rodzaje przynależności, któreśmy z własnej woli wybrali. W rzeczywistości
powszechne nasze poczucia są odwrotne: właśnie lojalność wobec własnego kraju
i rodziny, najbliższych ludzi, uchodzi za obowiązek bezwzględny, a zdrada za
rzecz szczególnie karygodną, podczas gdy różne związki międzyludzkie, które
sami sobie wybieramy - na przykład organizacje polityczne - możemy też sami,
z własnej woli, porzucić, nie narażając się koniecznie na potępienie.
Pomiędzy tymi dwiema formami lojalności jest jeszcze pośrednia: lojalność
względem zrzeszenia religijnego czy Kościoła. Jest ona pośrednia, bo chociaż
przynależność religijna nie jest nam dana z krwią ("Ludzie nie rodzą się
chrześcijanami, lecz się stają", jak mówił święty Hieronim), to jednak w
przygniatającej liczbie przypadków środowisko, w którym się rodzimy, jest pod
tym względem decydujące, a w tych zgromadzeniach, gdzie się zazwyczaj chrzci
dzieci wkrótce po urodzeniu, jak w Kościele rzymskim, przynależność religijna
niemal się zawsze z rodzinnej wywodzi. Toteż zmiana wyznania, lub porzucenie
własnej wspólnoty religijnej, jest odczuwana boleśnie i piętnowana w tej
wspólnocie, a w islamie apostazja pociąga za sobą automatycznie karę główną.
Nie jest jednak wcale dziwne, że zdrada zbiorowości, do której należymy nie z
wyboru, lecz z przypadku urodzenia, jest piętnowana szczególnie surowo.
Naród, podobnie jak jednostka ludzka, jest dziełem natury, nie powstał z
zamiaru czy planu, i nie musi się tłumaczyć ze swego istnienia: jest, bo
jest, i przez to, że istnieje, istnieje prawomocnie. Podobnie człowiek
pojedynczy: skoro istnieje, istnieje prawomocnie. Ponieważ należymy do narodu
bez aktu wyboru, nosimy niejako tę przynależność w sobie, a wyzbywając się
jej i odmawiając jej prawomocności, jakby naród sam uśmiercamy.
Inaczej w przypadku zbiorowości, do których należy się na mocy aktu woli, jak
np. partie polityczne lub Kościoły (przy zastrzeżeniu właśnie poczynionym).
Te zbiorowości muszą się ze swego istnienia tłumaczyć, istnieją po coś,
czemuś służą, ich byt jest zalegalizowany zadaniami, jakie spełniają. Kościół
jest nosicielem prawdy i rozdawcą dóbr, które są potrzebne dla wiecznego
zbawienia. Partia jest także nosicielem prawdy oraz skupiskiem energii, która
albo ma nam zapewnić zbawienie doczesne, na przykład budując świat doskonały
i niszcząc wrogów świata doskonałego, albo przynajmniej załatwiając jakieś
sprawy, które są istotne dla dobrobytu ludzkości.
Przypuśćmy, że jestem członkiem pewnej sekty, ale w pewnej chwili zauważam,
że ta sekta jest dziełem szarlatana i oszusta, który podaje się za boga w
celu wyłudzania od wyznawców pieniędzy i usług seksualnych; porzucam zatem tę
sektę, czyli ją zdradzam. Podobnie mogę porzucić, czyli zdradzić, partię, co
do której przekonałem się, że jej dziełem jest niewolnictwo, nie zaś
wyzwolenie ludzi. Na ogół w takich przypadkach słowo "zdrada" jest w sposób
naturalny używane przez członków tej samej sekty albo partii, ale nie przez
innych, gdyż słowo samo nie jest neutralne, zawiera potępienie, podczas gdy
większość z nas nie potępia ludzi, którzy wystąpili z jakiejś sekty
zbudowanej w Ameryce przez obłąkanego oszusta albo z partii faszystowskiej,
albo z partii komunistycznej.
Używamy z reguły słowa "zdrada" w taki sposób, by nie można było powiedzieć,
że zdrada bywa czasem dobra, bo zdradzana zbiorowość na nic innego nie
zasługuje. W takim razie jednak o tym, czy coś jest albo nie jest zdradą,
decydują moje własne opinie na temat tego, względem czego ktoś inny zdrady
się dopuścił: Niemiec, który w czasie wojny jął pracować dla aliantów, tj.
wrogów państwa hitlerowskiego, nie jest wtedy zdrajcą, lecz dzielnym obrońcą
dobrej sprawy. Innymi słowy, wydaje się, że uważamy coś za zdradę lub nie,
zależnie od tego, co, naszym zdaniem, jest moralnym obowiązkiem albo jest
przynajmniej moralnie dobre.
Natychmiast widzimy, że sprawa się wikła w dwuznacznościach. Nie mamy ochoty
powiedzieć, że zdrada bywa dobra, ale wtedy w samo pojęcie zdrady pakujemy
różne nasze opinie polityczne i moralne, które nie muszą być oczywiste. Z
pewnością celowo narazić na śmierć kogoś, kto ma prawo oczekiwać naszej
lojalności, jest szczególnie odrażającym przypadkiem zdrady, toteż Judasz i
Brutus siedzą na samym dnie dantejskiego piekła. Ale Hitler chyba też miał
prawo oczekiwać lojalności od swoich generałów, a jednak nie poślemy do
piekła tych generałów, co go porzucili i chcieli zabić. Możemy powiedzieć, że
czym innym jest państwo, czym innym naród, i że wolno nam w imię dobra narodu
wyrzec się (czy zdradzić) państwa, które jest narzędziem zła, choćby państwo
to było popierane przez większość narodu i było suwerenne, jak Niemcy Hitlera
czy Związek Radziecki Stalina, a nie zniewolone przemocą, jak Europa Środkowa
po drugiej wojnie.
W naszym wieku dwudziestym bardzo trudno powtarzać porzekadło "ma rację czy
nie ma, ale to mój kraj"; w XIX wieku można było łatwiej zgodzić się na to,
że nie wolno nam zdradzić króla czy kraju, choćby ten kraj bardzo grzeszył,
jeśli to naprawdę mój kraj, a nie na przykład najeźdźca. W XX wieku
decydujące się stało nie przywiązanie do tradycji, nie lojalność narodowa,
ale ideologia: gdy ideologia słuszna, zdrada nie jest zdradą. Nie możemy bez
zastrzeżeń uznać, że zdrada jest dozwolona, jeśli samo państwo nie jest
prawomocne, bo wedle jakich kryteriów decydujemy o prawomocności państwa? W
sensie prawa międzynarodowego prawomocne jest każde państwo, które jest
uznane przez tzw. społeczność międzynarodową, tj. ONZ, a są wśród nich
najohydniejsze tyranie, państwa ludobójcze, które zdradzić wydaje się
zasługą. Ale skoro ideologie się różnią, nie może być zgody, co do oceny
zdrady. Agenci sowieccy, którzy działali przeciw krajom demokratycznym, by
pomóc komunistycznej tyranii, czynili tak przeważnie z pobudek ideowych,
przynajmniej w początkowym okresie (w ostatnich kilku dziesięcioleciach już
robili to dla pieniędzy albo w wyniku szantażu). Czy powiemy, że ludzie tacy
jak siatka sowiecka z Cambridge są usprawiedliwieni, bo pracowali ideowo? A
jeśli nie są, to czy dlatego, że ich ideologia była błędna albo zbrodnicza?
Widzimy trudność. Motywy ideologiczne są często niczym więcej niż emocjami, a
gdyby emocje miały usprawiedliwiać, to wszystko byłoby usprawiedliwione i
samo pojęcie zdrady jako czegoś złego straciłoby sens.
A jednak mamy poczucie, że nie wolno nam poprzestawać na ukazywaniu
dwuznaczności i niejasności, że pojęcie zdrady jako czynu z natury złego jest
nam potrzebne i że można je opisać nie zakładając koniecznie jakiejś
ideologii politycznej czy filozofii, że potrzebujemy jednak prostych i
niewyszukanych odróżnień między dobrem a złem. Ludzie, którzy, na przykład,
wydają tajemnice innych, w zaufaniu im powierzone - czy dla korzyści własnej
czy dla zabawy - dopuszczają się najoczywiściej zdrady.
Tam, gdzie zd