jw1969
28.02.07, 13:48
Zapewne większość z Was czytała list pana Jana Zadwórnego z Legnicy,
wydrukowany w "Rozrywce" nr 4. Na wszelki wypadek zacytuję go w całości:
"Chciałbym poruszyć sprawę różnego rodzaju turniejów i mistrzostw, na których
spotyka się przeważnie śmietanka szaradziarska należąca do klubów i
układająca zadania do pism. Sam niejednokrotnie brałem udział w takich
turniejach, lecz, prawdę mówiąc, bez powodzenia, ponieważ te turnieje były
obsadzane przez zawodowców i w potyczce z nimi żaden amator nie ma szans.
Wszystkie nagrody przeważnie trafiały do rąk elity szaradziarskiej. Nasuwa
się pytanie: dlaczego nie organizuje się turniejów szaradziarskich i
mistrzostw dla tych, którzy na co dzień tylko rozwiązują zadania i nie należą
do żadnych klubów. Przecież wzorem różnych imprez sportowych mozna byłoby
organizować równocześnie mistrzostwa zarówno dla zawodowców, jak i amatorów.
Wtedy miałbym możliwość zmierzenia się z amatorami i... duże szanse
powodzenia."
Tyle czytelnik. Uważam, że poruszył dość istotny problem, nad którym
organizatorzy turniejów szaradziarskich pewnie często się zastanawiają. Z
jednej strony zależy nam na wysokim poziomie, interesującej walce, a z
drugiej o to, żeby jednak wszyscy uczestnicy mieli przynajmniej drobną
satysfakcję z udziału. Można starać się zadbać o odpowiednio bogatą pulę
nagród, żeby nikt nie wyszedł z pustymi rękoma. Trudno jednak zabronić
komukolwiek udziału w otwartym turnieju szaradziarskim. Zresztą, na jakiej
podstawie? Jak odróżnić amatora od zawodowca? Czy ktoś, kto regularnie
uczestniczy w imprezach szaradziarskich, a nie zdobywa najwyższych laurów,
jest już zawodowcem, czy jeszcze amatorem? Trudno też byłoby sprawdzać, czy
ktoś rzeczywiście nie należy do żadnego klubu i nie publikuje zadań.
Nawiasem mówiąc, parę stron wcześniej "Rozrwyka" donosi o rozegranym w Płocku
II Międzyklubowym Szaradziarskim Turnieju dla Amatorów, który wygrał Robert
Romanowski. Ciekawe, jakie tam przyjęto kryteria amatorstwa?
Myślę, że powstały problem jest w pewnym sensie ubocznym skutkiem powstania
Pucharu Neptuna. Rywalizacja pucharowa sprawia, ze również imprezy dawniej
peryferyjne, o charakterze bardziej lokalnym, teraz stały sie również
atrakcyjne dla osób walczących o czołowe lokaty w końcowej klasyfikacji.
Pewnym wyjściem jest organizowanie imprez typowo lokalnych, bez ogłoszeń w
ogólnopolskiej prasie branżowej, choć i to nie daje gwarancji, że jakiś
miejscowy "zawodowiec" się nie pojawi.
Patrząc na rzecz okiem uczestnika turniejów, widzę to tak. Przed pierwszym
startem w imprezie szaradziarskiej miałem podobne odczucia - co ja tu robię,
wśród zawodowców? Widziałem, ze prawie wszyscy uczestnicy się znają,
wymieniają uwagi o swoich startach w różnych imprezach i teleturniejach,
część nazwisk znałem z łamów "Rozrywki". Nie zniechęciło mnie to jednak (inna
sprawa, że poszło mi całkiem nieźle jak na debiut), a z czasem zawarłem
bliższą znajomość z wieloma osobami z szaradziarskiego światka, w którym, jak
się okazało, nowe osoby przyjmowane są serdecznie. Udział w imprezach
traktuję dzisiaj nie tyle jako chęć rywalizacji z innymi, a bardziej jako
właśnie możliwość spotkania znajomych i zamienienia z nimi choć paru słów.
Liczy się też oczywiście okazja zmierzenia się z interesującymi zadaniami – a
o takie na turniejach nietrudno. Myślę, że nie tylko ja podchodzę do sprawy w
ten sposób.
A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Ciekaw jestem zwłaszcza opinii osób,
które nie czują się „zawodowcami”, a chętnie jeżdżą na szaradziarskie imprezy.