al-szamanka
28.01.11, 18:28
Świat nie jest człowiekiem zainteresowany, jest on mu kompletnie obojętny, szczególnie mężczyzna z niejednoznaczną przeszłością, wyświechtanym kołnierzykiem i pięciodniowym zarostem na ponurej twarzy. Do diabła, takiemu facetowi też jest wszystko obojętne, już od dawna. Puste mieszkanie, rozbebeszone jak dla psa wyrko, raczej barłóg, jak w sam raz na krótki, bezpamiętny sen, lodówka z paroma niedopitymi puszkami piwa, byle jak rzucony na fotel prochowiec, na nim stary kapelusz a la Bogey - jeszcze z czasów, gdy czuł się w nim ważny, zanim stracił złudzenia. Coś na podobieństwo drwiącego uśmiechu na chwilę wykrzywiło mu twarz, tak, to były inne czasy, życie jak z innego świata; czysty kołnierzyk, drugie śniadanie w papierowej torebce, zaplątany w płaszczu nikły zapach porannego pożegnania na ostatnim stopniu werandy, kolacja przy świecach, miękki połysk osuwającej się z jej ciała, jedwabnej koszuli. Życie jak z filmu, jak z reklamy psiego żarcia, albo niezawodnego proszku do prania. Kiedy to się skonczylo? Zaraz, zaraz...to wtedy Jeff rzucił się przed lufę pistoletu, rozwaliło mu pół głowy. Biedny, naiwny chłopak. Tak się kończą szczytne ideały, przyjaźń, bezinteresowna pomoc. Głupiec, dać się tak załatwić zafajdanemu ćpunowi, w imię czego. Poszedł do ziemi, jak wielu przed nim, i po nim, życie gliny takie już jest. Detektywa też. Może nawet gorsze. Każdy dzień podobny do następnego; byle jaka kawa, szybki lunch w obskurnym barze, krótka drzemka z głową opartą na kierownicy, w bocznych uliczkach, bezczelnie, do rytmu hałaśliwej muzyki kręcące zadkami tanie dziwki, gdy tymczasem ilość petów w popielniczce rosła w nieskończoność, idiotyczni klienci ze swoimi paranoidalnymi życzeniami, podejrzliwi, zalani potem tłumionych wyrzutów sumienia. Noce różniły się tylko oświetleniem. Jaskrawy puls neonów i histerycznie nim drgające postacie, diabli wiedzą; idą tylko do domów po skończonej robocie, czy coś knują, przy czym to drugie jest w tej dzielnicy bardziej prawdopodobne. Tak jak strzały w podrzędnych spelunach. I wrzask obłędu za oknem na pół rozwalonej rudery.
W taką noc ujrzałem ją po raz pierwszy.
Siedziałem za biurkiem, rozwalony w przedpotopowym, skórzanym fotelu, ze szklanką paskudnej brandy w ręku półmroku nie rozświetlał już nawet żar cygara. Jeszcze zanim wyłoniła się z cienia, wiedziałem, że jest. Nieokreślony zapach niewinności; mieszanina dobrego pudru, domowego ciasta i zasypki dla niemowląt, wywołała we mnie wspomnienie rodzinnego domu. Wiedziałem, że to był inny przypadek niż wszystkie do tej chwili.......