Zdarza się tak, że ktoś w mojej rodzinie zamawia mszę za innego zmarłego członka rodziny, sobie najbliższego i powiadamia o tym innych. Idzie to najczęściej w parze z zaproszeniem po tej mszy na obiad, ewentualnie kawę i ciasto, w każdym razie zaprasza potem do siebie. Ale jedna z kuzynek zaprasza najpierw do siebie na obiad np. na 15:00 a na godzinę 18:00 jest msza. I o 17:30 wszyscy się zbierają i wychodzą go kościoła.
Mnie się to nie podoba, mam wrażenie, że wszyscy są niejako wyrzucani o tej godzinie. Tak, jakby chciała pozbyć się gości, mieć ich z głowy, żeby nikt się nie zasiedział i dlatego organizuje w takiej konfiguracji. Jednocześnie, gdy sama jest gościem, nie ma żadnego wyczucia czasu - potrafi od przykładowej 16:00 (zaproszenie na obiad) siedzieć do 1:00 w nocy i nie widzieć, że gospodarzom oczy się zamykają i siłą powstrzymują ziewanie. Sądzi innych po sobie i boi się, że jak zaprosi innych po mszy to będą siedzieć i siedzieć?
Ta sama osoba ma też zwyczaj zapraszać gości na dwie tury. Organizuje np. imieniny i zaprasza rodzinę na 15:00 na obiad a znajomych na 19:00 na imprezę wieczorno-nocną. I też czułam kiedyś dyskomfort jak przyszłam o tej 19:00 a pierwsza tura

jeszcze siedziała przy stole. Na mój widok zaczęli się zbierać i wychodzić. A ja się czułam jakbym to ja ich wygoniła. Goście też pewnie za miło tego nie odebrali. Organizatorka chce jedną robotą odwalić imprezy dla różnych grup?
Czy ja jestem przewrażliwiona czy jednak jest coś nie tak?