Gość: Pablo
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
19.08.03, 11:58
Na trzeci dzień przypomina sobie o pracy i idzie do kuźni. Widzi, krata
prawie całkiem już gotowa, brakuje tylko ostatniego kółka. Ale czeladnik
zniknął. Klnąc sam więc zabiera się do roboty, lecz na próżno: wszystko
żelazo, które młotem na kowadle chce uformować, łamie się złośliwie. Miarkuje
kowal w końcu, że złe moce to sprawiają. Strach i trwoga, miota się po
warsztacie, to pracę rzuca, to znów z rozpaczą nadaremno ją od nowa zaczyna.
A tu północ już nadchodzi. Ze zgrozą słyszy majster uderzenie zegara na
wieży, kiedy otwiera się pod nim ziemia i pochłania go w jednej chwili.
Odtąd skazany jest kowal tak długo pod ziemią pracować, aż brakujące
kółko wykuje. Ludzka moc nie może go wybawić. Ilekroć dobrzy ludzie wstawiali
kółka do kraty, znikały one przez noc, albo złe moce nie dawały dobroczyńcom
spokoju, póki sami ich na powrót nie zdjęli, jak się to niedawno czeladnikowi
kowalskiemu nazwiskiem Wende przydarzyło.
Dlatego wciąż kuje kowal pod ziemią, i co noc słyszą mieszkańcy
Górnego Rynku, zwłaszcza w domach w jego północno-zachodnim rogu, gdzie był
mieszkał, uderzenia młota, raz miarowe i spokojne, to znów szaleńcze i
szybkie, kiedy majstra znów rozpacz bierze. Wprawdzie w nowszych czasach
ludzie, co zawżdy wszystko lepiej chcą wiedzieć, orzekli mądrze, że głuche te
uderzenia od wód podziemnych idą, ale wiadomo, co o takich wymysłach sądzić
należy. A kowalowi było pono na imię Volprecht.
Z książki: „Dziedzictwo kulturowe Dolnego Śląska” (praca zbiorowa).