pia.ed
28.10.17, 22:04
kobieta.gazeta.pl/kobieta/7,107881,22552307,jestem-zona-numer-dwa-i-w-tym-roku-powiedzialam-dosc-nie-jade.html#MT
W mojej rodzinie "na groby" chodzi się wtedy, kiedy się chce i niekoniecznie 1 listopada. Najważniejsze, że o osobach zmarłych myślimy w życiu codziennym w ciągu całego roku.
W rodzinie mojego męża 1 listopada to pokaz, kto jest bogatszy, kto więcej wydał na znicze
i plastikowe wiązanki.
Wszyscy zjeżdżają przed południem. Najpierw piją herbatę i jedzą ciasta. Nieważne, że ktoś jest na diecie, ma uczulenie na gluten lub zwyczajnie nie lubi zakalca. ZJEŚĆ TRZEBA. Potem idziemy na cmentarz. Powolutku, żeby wszyscy widzieli, że jesteśmy całą rodziną.
Źle mi się robi, kiedy "ciocie" w kozakach na szpilce uwieszone na ramieniu partnera/męża brodzą przez kałuże, piach i błoto.
Jest ścisła hierarchia, kto i gdzie może położyć wieniec
I mój ulubiony moment. Wreszcie dochodzimy do grobu. Celebrujemy zamiatanie małą zmiotką, myjemy grób wodą z pastą, którą pamiętam z PRL-u (zaskakujące, że tę śmierdzącą pastę w szklanej butelce jeszcze produkują). Potem ustawianie zniczy i wiązanek. To przypomina grę w szachy, jest przecież ścisła hierarchia, kto i gdzie może położyć wieniec.
Zmarli to tylko pretekst
Powrót z cmentarza. Obowiązkowy obiad, kolejne wpychanie" jedzenia. "Jak to nie jesz drugiego?", "Zrobiłam pyszne schabowe", "Musisz zjeść"... Znacie to?
I obgadywanie wszystkich nieobecnych, i tych, których spotkało się na cmentarzu, przy herbatce, nalewce i kolejnych ciastac ...