wezmy np.takie Twarzystwo Wzajemnej Adoracji.
Jest to grupa ludzi,ktorzy sie znaja,przebywaja razem.Taka szlachta.
Wszystko wiedza,wszystko umieja,to co mysla i mowia w ich mniemaniu jest
jedyne i sluszne.
Powszechnie wyznawane w takich kolach jest przykazanie my to my a reszta to
wiesniaki.Albo jestesmy tolerancyjni, ale gdy ktos nie podziela naszej opinii
to musi byc dyskretnie zjechany tzn.nie mowimy wprost (co to to nie)-poprostu
swoja pseudo ironia daja do zrozumienia,ze cos nie tak z toba,ale podane jest
to w sposob bardzo subtelny i dyskretny niczym zapach napalmu o poranku w
czasie wojny z Wietnamem.
czemu ludzie sie wstydza przyznac,ze naleza do takich grup,zarzekaja sie,ze
to nie to,ze oni maja wlasne zdanie a tak w ogole to sa przeciez
nonkonformistami

Jedno zaprzecza drugiemu a potrzeba tak silna.