nutella
08.02.02, 13:08
Pisze, bo po ostatniej nocy potrzebuje jakiejs wskazowki, jak mam sie
zachowywac. Ale moze po kolei.
Mam 28 lat, od 10 lat pozostaje w zwiazku z tym samym partnerem (33), ktory byl
pierwszym mezczyzna z ktorym odbylam pelny stosunek. Bylam dla niego pierwsza i
jestem jedyna partnerka seksualna. Mamy dziecko (6 lat), bardzo sie kochamy i
staramy sie wspolnie rozwiazywac nasze problemy.
Od poczatku naszego wspolzycia nie mialam problemow z uzyskiwaniem orgazmu
podczas stosunku, najpierw byl to orgazm lechtaczkowy, z biegiem lat co raz
wieksza role w moim szczytowaniu zaczely grac bodzce plynace z pochwy. Teraz
graja juz tak duza role, ze stawiam stosunek z penetracja ponad najlepiej
wykonany oral, bo wole czuc Go w sobie. Onanizuje sie od okresu dojrzewania i
mysle, ze naprawde dobrze znam swoje cialo i nad nim ponuje. Orgazm potrafie
miec praktycznie na zawolanie i w kazdych okolicznosciach, potrafie go
przyspieczyc badz zwolnic, by dostosowac sie do partnera lub okolicznosci. I tu
pojawia sie problem.
Na poczatku naszego wspolzycia moj partner mial przedwczesny wytrysk. Nie bylo
to wiekszym klopotem, bo po pierwsze, wiedzielismy, ze to normalne, a po drugie
nawet po wytrysku wzwod tak szybko nie ustepowal i moglam spokojnie konczyc. Z
biegiem czasu dlugosc stosunku wydluzala sie i z pozoru wszystko bylo OK. Ale
mnie nasze wspolzycie nie przynosilo takiej radosci, jakiej oczekiwalam.
Paradoksalnie, nadal KAZDY stosunek zakonczony byl moim orgazmem, ale cos bylo
nie tak. Ile my nocy przegadalismy probujac to zidentyfikowac; pojawialy sie
najrozniejsze hipotezy( przypominam, ze nie dzialo sie to z dnia na dzien, ani
nawet z miesiaca na miesiac); a to, ze jestem zablokowana w swoich reakcjach i
nie potrafie sie do konca zapomniec - udalao sie to nam przepracowac; a to, ze
moze partner wydaje mi sie mniej pociagajacy po latach - zeszczuplal i rysuja
mu sie nawet miesnie brzucha pod skora;-) a to, ze czuje sie w lozku wylacznie
jak obiekt seksualny, bo nawet jak mnie aseksualnie glaszcze po plecach to ma
niesamowity wzwod (bo go TAK podniecam) i przez to odczuwam ciagla presje - tez
nie to. Chociaz mozliwe, ze na tamtych etapach dobrze diagnozowalismy nasze
problemy, to ciagle chyba pozostawal jeszcze jeden, z ktorym nie uporalismy sie
do dzis. Jakies pol roku temu dotarlo do mnie, ze nie potrafie w pelni
rozkoszowac sie nasza bliskoscia, bo ciagle musze sie spieszyc. Spieszyc sie do
orgazmu. Ze brakuje mi poczucia pewnosci, ze bez wzgledu na moj nastroj ( wolno
i delikatnie, czy szybko i mocno), moj partner bedzie szczytowal ze mna lub po
mnie. Moze to nieszczesny wplyw filmow czy literatury, moze szczeniece
wyobrazenie idealnego seksu, nie wiem. Ale jest we mnie oczekiwanie, ze dla
dobrego kochanka dopiero orgazm u partnerki dziala jak zaplon wytrysku. Zdaje
sobie sprawe, ze jest to myslenie byc moze krzywdzace dla mojego partnera, ale
gdzies gleboko we mnie tkwi takie wlasnie przekonanie. A tak u nas nie jest.
Sprawa zrobila sie tym bardziej naglaca, ze partner nie taki mlody jak kiedys i
po wytrysku wzwod ustepuje, a dla mnie te doznania, jak pisalam, staly sie
bardzo wazne. Nie pisalam o tym wczesniej, ale jego przedwczesny wzwod powracal
jako nasz problem jak echo w naszych rozmowach. Zawsze tlumaczyl go tym, ze ja
i moje zywiolowe reakcje tak bardzo go podniecaja. Takie slowa dzialaly i
dzialaja na mnie nieco hamujaco w ekspresji mojego podniecenia, bo podswiadomie
wiem, ze im bardziej okazuje podniecenie, to tym bardzie MUSZE spieszyc sie z
orgazmem. To tez dla mnie problem, nie moge go na przyklad namietnie piescic
przed stosunkiem, mimo, ze to lubie i bardzo mnie to podnieca, bo wiem, ze
zabawa bedzie jeszcze krotsza. Staralismy sie to poprawic, partner cwiczyl
zaciskanie miesnia guziczno-lonowego, w czasie ruchow frykcyjnych zatrzymujemy
sie na chwile, by jego podniecenie nieco opadlo. Naprawde bardzo staram sie mu
pomoc w opanowywaniu wytrysku. Nie jest tak, ze stosunek trwa 3 minuty, bron
Boze. Trwa dluzej, ale bez tej pewnosci, ze moge byc soba, reagowac we wlasnym
tempie i ze nie pozostane na lodzie, mimo ze oczywiscie w przypadku takiego
niepowodzenia partner zaspokaja mnie w inny sposob. Ale nie tak
satysfakcjonujacy :-(((
Mielismy kilka rozmow na ten temat i wygladalo to tak, jakby moj partner wzial
sie w garsc, jakby udalo mu sie nad tym w pelni zapanowac. Przez jakis czas
bylo super. Mialam nareszcie poczucie, ze ja i MOJA przyjemnosc sa dla niego
przynajmniej tak samo wazne jak jego podniecenie, ze nie koncentruje sie
wylacznie na jego odczuwaniu, tylko potrafi dostosowac sie do mnie. Po latach,
gdy to tylko ja sie dostosowywalam.