Dodaj do ulubionych

samotnie w Chicago

13.10.05, 00:08
Tak sie zastanawiam od rana (w PL), po przeczytaniu wątku michala, jak to
jest, jak czlowiek laduje w Chicago i nie ma tam zupelnie nikogo? :( Bo
przeciez często tak bywa chyba, to co sie pisze we wnioskach wizowych i gada
na lotnisku, to w sporej części typowe wodolejstwo.
Jak sie znależc w nowej rzeczywistości? Ma ktos z Was takie przezycia za soba?
Obserwuj wątek
    • muss_ka Re: samotnie w Chicago 13.10.05, 14:51
      nie moge powiedziec ze nie mialam tu nikogo kiedy zjawilam sie w stanach.
      Najpierw bliski kolega, pozniej przyjaciel az wreszcie chlopak;)
      Ale fakt faktem czasami zastanawialam sie jakbym cobie poradzila(czy bym sobie
      poradzila...) bez tej znajomosci. I potrafie sobie wyobrazic jak moze byc
      ciezko pracowac 3/4 dnia, czuc glod nowych znajomosci i przyjazni a nie miec na
      to ani czasu ani sily. A nie sama praca czlowiek zyje.
      A i w grupie(nawet w duecie;) duzo latwiej. Bezpieczniej. Dlatego nie wiem czy
      mialabym odwage przyjechac tutaj zupelnie sama.
    • marxx Re: samotnie w Chicago 13.10.05, 17:24
      ja przyjechalem praktycznie do rodziny...ojciec i brat...na poczatku doslownie
      o nic nie musialem sie martwic ...dlatego jak sobie pomysle , ze sa ludzie
      ktorzy wpadaja tu i zalatwiaja wszytsko sami to jestem dla nich pelen podziwu
      • anyaw73 Re: samotnie w Chicago 13.10.05, 21:21
        Samotnie......... problme jest w tym ze istnieje kilka rodzaji samotnosci.
        Przyjechalm tu do ojca ale tak naprawde zaczynalismy wszystko razem od
        poczatku. Ojciec pomimo tego ze byl juz tu 5 lat zyl jak typowy emigrant, ktory
        zarobi kaske i zmyka do Polski, az tu zielona karta.....no i co sciagnal mnie
        tu do Chicago i dopiero razem zaczynalismy "normalne zycie" pragne dodac ze
        mialam wtedy 18 lat i nie znalam jezyka oraz odzwyczajlam sie od ojca ktorego
        nie widzalam 5 lat. Pierwsze miesiac to byl koszmar, nie kogo nie znalam z
        nikim nie moglam pogadac, nie wiedzialam gdzie sie ruszyc aby cos zobaczyc
        kogos poznac, pamietam po 2 miesiacach ojciec znalazl czas aby wybrac sie ze
        mna na wycieczke do downtown.........troche mi to pomoglo. W miedzy czasie
        zapisalam sie na kursy angielskiego i od tego momentu zaczely sie poczatki
        mojej nie zaleznosci i proby zycia w nowej rzeczywistosci, nadal uczylam sie
        jak tu zyc sama.......choc nie dreczyly mnie takie sprawy z kad pieniadze na
        mieszkanie czy zakup........wiec w tej jednej kwestji nie bylam sama.........i
        wiem ze wiele osob stwierdzi ze to duzo. Ogolnie uwazam ze jest to kwestja
        indywidualna, sa ludzie ktorzy uwielbiaja zaczynac od nowa w nie znanym
        swiecie.
        Anya,

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka