Gość: Liber
IP: *.zabrze.net.pl
28.02.07, 20:50
Śląsk mnie wkurza
Dariusz Kortko
2007-02-18, ostatnia aktualizacja 2007-02-19 19:45
Ze Śląska trzeba uciec - te słowa senatora Kazimierza Kutza wciąż nie dają mi spokoju. Dla osób, którym los tego miejsca nie jest obojętny, to warunek konieczny. Tylko poza Śląskiem można się nieco otrząsnąć z naszej - zdaniem Kutza - wrodzonej dupowatości, spojrzeć z dystansu, rozwinąć skrzydła. Kto tutaj zostanie, jest stracony, a wtedy jedyne, co może zrobić, to usiąść w wąskim gronie znajomych, ponarzekać, przyznać, że tak źle jeszcze nie było, zauważyć otaczającą go beznadzieję, wskazać winnych i następnego dnia wrócić pokornie do swoich zajęć.
Kto z nas nie chciał ze Śląska uciec? Wielu wyjechało, ale równie wielu zostało. Jestem jednym z nich. Tutaj jestem u siebie, tutaj mam przyjaciół, na ulicach spotykam znajomych. Tutaj częściej o różnych sprawach mogę powiedzieć: rozumiem. Mam swoje ulubione miejsca i ustalone rytuały. Lubię tu być, ale jestem coraz bardziej wściekły.
Wściekam się codziennie: gdy w centrum miasta wdepnę w psią kupę, gdy ochroniarz w publicznym przecież Urzędzie Miejskim zamiast "dzień dobry" woła za mną "gdzie!", a nieżyczliwy urzędnik nie załatwi mojej sprawy, bo nie. Takie incydenty zdarzają się wszędzie, nie tylko na Śląsku. To o co chodzi?
Śląsk to grajdoł
Wszystko bierze się stąd, że żyjemy na prowincji, gdzie powszechne są kompleks niższości, niewiara we własne możliwości, ciasnota myślenia i ostrożność, by, broń Boże, nikogo nie urazić. Mamy oto przebudować centrum Katowic. Marzy mi się miasto, które żyje do późna w nocy. Tęsknię za gwarną ulicą. Była szansa na prawdziwą zmianę. Podpowiadaliśmy w "Gazecie" prezydentowi Piotrowi Uszokowi, żeby do konkursu na przebudowę centrum zaprosić największych na świecie architektów: Daniela Libeskinda, Normana Fostera, Richarda Meiera. I co? I nic. Libeskind w Katowicach? Pan raczy żartować, za niskie progi, a poza tym nas nie stać. Jednym słowem, stuknij się pan w głowę.
Konkurs się odbył i oto mamy zwycięzcę! Zabudujemy centrum pudełkami - trochę wieżowców niższych i wyższych, trochę pasaży. Oto wizja - swojska i całkiem grajdołowata. Idealnie nijaka. Wizja centrum na miarę naszych prowincjonalnych możliwości. Nikt nie zadzwonił do Libeskinda. A co, Libeskind by go zjadł?
Na odlot nie ma szans
Z paraliżującego strachu przed odważnymi pomysłami możemy zapomnieć nie tylko o odlotowej budowli, która mogłaby się stać nowym symbolem Śląska, o delfinarium, o rollercoasterze w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku i wielu innych propozycjach, które jako zbyt szalone nigdy nie zostaną zrealizowane. Odlot nie ma u nas szans.
Myślenie prowincjonalne objawia się także w braku szacunku dla dziedzictwa naszego regionu. Myślę tutaj o opuszczonych hutach i kopalniach. Z zazdrością patrzę na to, co ze swoimi halami fabrycznymi zrobili Niemcy w Zagłębiu Ruhry. Wyczyścili, odremontowali i przekształcili w sklepy, sale wystawowe, koncertowe, galerie sztuki, obiekty sportowe. U nas kończy się na gadaniu. Lepiej opłaci się starą cechownię rozwalić, niż wyremontować.
Na Śląsku trzeba być, kurczę, skromnym
Na nasze prowincjonalne życie ogromny wpływ ma dość powszechna skaza charakteru, przez wielu uznawana za cnotę. Na każdym kroku słyszę - właściwie słyszę to od dzieciństwa - że nie wolno się chwalić, nieładnie, fe. Mamy prawdziwe znakomitości, to laureaci światowych nagród, osoby wybitne w swoich dziedzinach, ale szerokiej publiczności są nieznane, bo... każda z nich emanuje skromnością. Nigdy nie słyszałem, by ktoś publicznie o sobie powiedział: mam wielkie osiągnięcia, znają mnie na świecie, to, co robię, ma wielkie znaczenie. Nie ma mowy - skromność ponad wszystko. Dlaczego nikogo nie boli, że takie śląskie skarby, jak Henryk Mikołaj Górecki czy Kwartet Śląski, są na Śląsku praktycznie nierozpoznawalne, a w Londynie lśnią jak diamenty?
Czas głośno powiedzieć, że na Śląsku wiele rzeczy robimy lepiej niż inni, szybciej niż inni, dokładniej. Jesteśmy dobrze zorganizowani, nie lubimy tracić czasu na zbędne gadanie. Mamy pomysły, odnosimy sukcesy. Tutaj. A potem każdy jedzie do tej swojej Warszawy, na to swoje zebranie i zamiast się chwalić, siedzi w kącie. Nie walczymy o swoje, nie dyskutujemy, nie sprzeczamy się, bo "lepiej siedzieć cicho".
Nasza osobista niechęć do autopromocji przekłada się na niechęć do chwalenia się naszymi wspólnymi osiągnięciami, a to już jest grzech śmiertelny. Mamy najlepszą w Polsce medycynę, innowacyjne ośrodki naukowe, nasi artyści są rozpoznawalni na świecie. Tylko kto o tym wie? Tak się już dłużej nie da, tak nie można! Wrocław jest tak fantastyczny, bo od lat trąbi o tym na lewo i prawo w myśl zasady: "powtórz coś sto razy, a wszyscy w to uwierzą". Nie potrafimy chwalić się Śląskiem, bo sami nie wiemy, co mamy. Tacy jesteśmy skromni.
Godzimy się na życie na pustyni
Tymczasem na katowickim lotnisku lądują samoloty z setkami tysięcy weekendowych turystów. Przyjeżdżają Anglicy, Niemcy, Hiszpanie, Włosi... Nie, nie do nas. Wsiadają do autobusów i pędzą do Krakowa. Tam się bawią, tam zwiedzają, tam zostawiają pieniądze. Pędzą autostradą A4 bez świadomości, że zostawiają za sobą region, który ma wiele do zaoferowania. Nie są w stanie dojechać nawet z Pyrzowic do Katowic, bo od kilkunastu lat o kolejce na lotnisko tylko się gada.
Zresztą, może nawet dobrze, że turyści omijają Katowice. Wstyd mniejszy. Cechą prowincji jest bowiem pustynia kulturalna. Pustynia sprawia, że nie chce się nam wychodzić z domu. I nie wychodzimy. Nawet studenci wolą się zamknąć w akademikach. To przykre, że w naszych miastach życie kończy się po godz. 18, wraz z zamknięciem ostatnich sklepów. Potem na ulicach hula wiatr.
Gdy się myśli o grzechach, powinno ich być siedem, jak w katechizmie. Moja lista jest dłuższa i publiczna spowiedź nie jest istotą tego tekstu. Niech każdy zrobi sobie własny rachunek sumienia, a potem porozmawiajmy o Śląsku.
PS Chyba najbardziej wkurza mnie Kutz. Jestem na niego wściekły, bo ciągle mam w głowie tę jego przestrogę. W głębi duszy wiem, że ma rację. Wiem, powinienem wyjechać, ale jestem niemal pewien, że tego nie zrobię. I to mnie denerwuje najbardziej.