witomir
02.04.04, 15:04
Nigdy wcześniej rodzimy terror nie zbierał na ziemiach polskich tak krwawego
żniwa, jak podczas powstania styczniowego. Powstał specjalny oddział
egzekwujący wyroki powstańczego sądu – sztyletnicy.
Jest 27 czerwca 1862 roku, 8.00 rano. Mimo wczesnej pory w Ogrodzie Saskim
zebrało się już sporo kuracjuszy raczących się wodami mineralnymi.
Gdzieniegdzie widać oficerów. Wśród spacerujących wyróżnia się namiestnik
Królestwa Polskiego hrabia Luders. Nikt go nie chroni – w tych czasach wysocy
dostojnicy poruszają się jeszcze bez ochrony. Nawet namiestnik Luders nie
obawia się zamachu, choć dzień wcześniej podpisał wyrok śmierci na trzech
wojskowych, którym udowodniono udział w spisku. Luders proponował
Aleksandrowi II okazanie laski, ale car odmówił. Zamyślony namiestnik nie
zauważył człowieka, który podszedł z ty1u i strzelił mu prosto w kark. Ciężko
ranny, przeszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów i padł. Zamachowiec, Andrzej
Potiebnia szybkim, miarowym krokiem odszedł z dymiącym pistoletem w ręku
przez nikogo nie zatrzymywany. ”Ja mu wsadziłem w łeb Arnholda i śliwickiego”
(skazanych na śmierć oficerów) – oświadczył naczelnikowi warszawskiej
konspiracji Jarosławowi Dąbrowskiemu, również oficerowi w służbie czynnej. Od
dwóch lat Warszawa i Królestwo Polskie wrzały. Obserwując liberalizację w
Rosji, Polacy żywili nadzieje na polityczne ustępstwa, mimo że przecież car
oświadczył im: ”Co mój ojciec zrobił, dobrze zrobił. Żadnych marzeń,
panowie”. Radykałowie nie przestawali jednak marzyć o powstaniu. Akty terroru
miały przekreślić możliwość ugody z władzami, sprowokować wybuch.
Na krwawe zamachy spiskowców władze odpowiadały brutalnymi represjami. Tak
nakręcała się spirala przemocy – aż do wybuchu najkrwawszej z polskich
insurekcji – powstania styczniowego. Nigdy wcześniej rodzimy terror nie
zbierał na ziemiach polskich tak krwawego żniwa. W tydzień po zamachu na
Ludersa, 2 lipca, do Warszawy przybył nowy namiestnik, carski brat, wielki
książę Konstanty. Wśród oczekujących na dworcu był czeladnik krawiecki
Jaroszyński. Człowiek Dąbrowskiego. Zamach planowano starannie i to, że
wielki książę nie zginął wtedy, zawdzięczał ciężarnej żonie, którą trzymał
pod rękę. Do kobiet – szczególnie w odmiennym stanie – nie strzelali w owym
czasie nawet terroryści. Następnego dnia w Teatrze Wielkim Jaroszyński
strzelił jednak do Konstantego. Kula utkwiła w szlifach munduru, a
zamachowiec po śledztwie w Cytadeli trafił na szafot. Podobny los czekał
dwóch innych czeladników – Ludwika Rylla i Jana Rzońcę, którzy w sierpniu
bezskutecznie usiłowali zabić margrabiego Wielopolskiego. Prasa konspiracyjna
opisała zamach, proces i egzekucję. Podkreślano proste pochodzenie społeczne
straconych – oto do walki o niepodleg1ość włączają się przedstawiciele ludu.
Zamachy budziły grozę, ale wedle słów naczelnika żandarmerii rosyjskiej w
Warszawie, płk. Raspopowa ”zabójstwami tymi wzmacnia się ogromny wpływ
moralny Komitetu na wszystkich mieszkańców”. Nie bano się już rozmawiać o
polityce w obecności służby domowej, choć do niedawna właśnie służący byli
dla policji ważnym źródłem informacji. Publiczne egzekucje zamachowców
przynosiły efekt odwrotny do zamierzonego – asystujący tłum modlił się za
skazańców, ich nazwiska uwieczniano w ulotkach, odprawiano nabożeństwa
żałobne. Komitet Miejski, na którego czele stał Jarosław Dąbrowski,
przekształcił się w centralę tajemnego państwa polskiego.
Po wybuchu powstania w styczniu 1863 roku wśród agend Policji Narodowej
znalazła się Straż Przyboczna z wydzielonym oddziałem sztyletników mającym
egzekwować wyroki śmierci. Na czele Straży stał najpierw student medycyny
Paweł Landowski, a po jego odejściu do partyzantki syn pochodzącego ze Śląska
stolarza Emanuel Szafrańczyk. 0 ile zamachy poprzedzające wybuch powstania
miały cele ofensywne, o tyle działania sztyletników to w większości terror
defensywny, względnie odwet. Pierwszą ich ofiarą byt naczelnik kancelarii
tajnej w biurze oberpolicmajstra Paweł Felkner. Typ spod ciemnej gwiazdy,
były inspektor szkolny, inkwizytor w stosunku do uczniów i nauczycieli.
Usunięty przez Wielopolskiego, wstąpił do policji. Zasztyletowano go w bramie
kamienicy, gdzie mieszkał. Zabójcy zabrali trupowi dokumenty i obcięli ucho –
dowód, że wyrok wykonano (wedle akt śledczych). Po wybuchu powstania
działalność sztyletników jeszcze się nasiliła. Jak wynika z obliczeń Zofii
Strzyżewskiej, w latach 1862-64 dokonali oni na terenie Warszawy 47 zamachów,
w których 24 osoby zabito (,,schowano” – jak się fachowo wyrażali
sztyletnicy), zaś 22 raniono. Zdecydowaną większość ofiar sztyletników
stanowili carscy policjanci i donosiciele. Nie zabrakło wśród nich również
osób walczących słowem, jak choćby szydzący z powstania w rządowych
gazetach dziennikarz Aleksander Miniszewski. Ponad potowa zaatakowanych była
Polakami. Kim byli sztyletnicy? Wedle władz rosyjskich były to wyzute z
ludzkich uczuć kreatury, bandyci prowadzący rozpustne życie. Taki obraz z
lubością kreślili oficjalny historyk polskiego buntu M. W. Berg i rosyjscy
dyplomaci chcący zgasić sympatię, jaką powstanie budziło na Zachodzie. Rząd
Narodowy instruował swoich przedstawicieli dyplomatycznych, by tłumaczyli, ze
terror nie jest metodą walki zalecaną przez powstańcze władze, że jego
stosowanie jest ograniczone i wymuszone przez brutalność władz.
Z akt śledczych wynika, że większość sztyletników pochodziła z niższych
warstw społecznych. Byli to czeladnicy różnych specjalności, stangret,
dorożkarz, dwóch rolników, trzech zdeklasowanych szlachciców, Dostawali
miesięczny żołd wystarczający na skromne utrzymanie, zwrot wydatków
służbowych i gratyfikację za wykonane wyroki. Ta ostatnia okoliczność
wpłynęła zapewne na dwuznaczny stosunek do sztyletników w pracach
współczesnych historyków.
Sztyletnicy wykonywali wyroki skazujące wydane przez utworzony w 1863 roku
sąd powstańczy (potem przekształcony w Trybunał Rewolucyjny). Niekiedy wyrok
sygnowany przez Trybunał i opatrzony pieczęciami rządowymi dostarczano
skazanemu zawczasu. Tak było na przykład w przypadku majora Wasyla von
Rothkircha, wicedyrektora Kancelarii Specjalnej do spraw Stanu Wojennego.
Zamach nie powiódł się Rotchkirch został tylko ranny. Przesłuchiwani w
Cytadeli uczestnicy konspiracji twierdzili, że zamachy nie zawsze były
wykonaniem prawomocnego wyroku. Czasami, by zachować jedność ruchu, prasa
konspiracyjna donosiła o wykonaniu wyroku, którego faktycznie nigdy nie
wydano. Przypadki, kiedy ofiarami byli zwykli szeregowcy bądź stójkowi,
wydają się potwierdzić tę opinię. Zdarzały się i pomyłki. O ranionym przez
zamachowca wojskowym lekarzu dr. Messerschmidcie prasa podziemna
napisała: „Wiarygodne osoby zapewniają o nieposzlakowanej prawości charakteru
rannego”.
Najgłośniejszym z zamachów warszawskich było obrzucenie bombami powozu nowego
namiestnika Królestwa Polskiego hrabiego Teodora Berga we wrześniu 1863 roku.
Bomby rzucono ze stojącej do dziś kamienicy Zamoyskiego, na rogu
Świętokrzyskiej i Nowego Światu. Namiestnik cudem ocalał, choć jego płaszcz i
karetę podziurawiły odłamki. Żandarm Raspopow pisał wówczas z irytacją,
że ”podczas zamachu nikt z przechodniów nie został zraniony; omnibusy bez
przerwy: poruszające się w tym miejscu zatrzymały swoje kursy”. Po zamachu na
Berga władze zastosowały zasadę
odpowiedzialności zbiorowej. Mieszkańców kamienicy Wysiedlono, cenniejsze
mienie zrabowało wojsko, a pozostałe rzeczy spalono na Krakowskim
Przedmieściu. Wydano rozporządzenia grożące konfiskatą domów, w których
pobliżu dokonano zamachów, nakazano dozorcom zamykanie na klucz bram,
administratorom przeprowadzanie rewizji w mieszkaniach lokatorów. Na miasto
nałożon