Dodaj do ulubionych

Wojna obronna 2004

19.09.04, 00:13
Sława!
Wojna obronna 2004
Sobota, 18 września 2004 - 18:03 CEST (16:03 GMT)
www.wprost.pl/ar/?O=67081

Polski Sejm nie godzi się na rewizję historii korzystną dla katów i
zbrodniarzy

Politycznym awanturnictwem nazwał polski minister spraw zagranicznych uchwałę
Sejmu w sprawie reparacji wojennych od Niemiec. Grzechem polskiego parlamentu
ma być jasne stwierdzenie, że to nie Polacy są winni Niemcom zadośćuczynienie
finansowe za rezultaty II wojny światowej. Skoro Sejm in corpore jest
ogarnięty politycznym awanturnictwem, rząd powinien chyba parlament rozwiązać
i wybrać nowy. Niewykluczone, że trzeba by także rozwiązać społeczeństwo,
ogarnięte nierozumnym niepokojem z powodu niemieckich roszczeń. Rauty i
żurfiksy niemiecko-polskie powinny nadal przebiegać w pogodnej atmosferze.
Polityczna gnuśność

Polski Sejm nie jest bez winy, podobnie jak publicyści. Irytacja spowodowana
żądaniami Pruskiego Powiernictwa, a zwłaszcza brak rządowej, precyzyjnej
reakcji na niemieckie próby reinterpretowania historii najnowszej spowodowały
pewne zamieszanie nomenklaturowe. Przestano rozróżniać reparacje, restytucję
majątków, odszkodowania i zadośćuczynienie. Powiernictwo Polskie z Gdyni,
Warszawa i inne miasta przygotowujące rachunki strat nie zamierzają się
domagać reparacji wojennych, to znaczy refundacji kosztów poniesionych w
związku z wojną z III Rzeszą. Chcą sobie natomiast zarezerwować możliwość
dochodzenia odszkodowań za zniszczenia i straty spowodowane prowadzeniem
przez III Rzeszę wojny i sprawowanie okupacji w sposób sprzeczny z prawem
międzynarodowym. Minister Cimoszewicz twierdzi, że Polska reparacji się
zrzekła. Polska nie była jednym z 60 państw koalicji antyhitlerowskiej,
sygnatariuszy układu londyńskiego z września 1953 r. o umorzeniu niemieckich
zobowiązań finansowych. Jednostronne zrzeczenie się przez PRL reparacji
wojennych od Niemiec w tymże 1953 r., na żądanie Moskwy i w rezultacie
powstania berlińskiego, nie ma charakteru aktu prawnego. Nie zostało
opublikowane w Dzienniku Ustaw ani ratyfikowane przez Sejm PRL. Publikacja
w "Trybunie Ludu" to trochę za mało. Premier Belka, kanclerz Schroeder i
minister Cimoszewicz zapewniają, że nie ma żadnej możliwości uwzględnienia
niemieckich roszczeń. A dlaczego? Polacy chętnie poznaliby podstawę prawną
takich twierdzeń. Niemcy zapewne też. Przemówienia, tak jak artykuły prasowe,
nie mają mocy ustawowej. Zastanawiające jest, dlaczego rząd RFN, najlepiej do
spółki z rządem RP, nie zapowiedzą publikacji białej księgi przedstawiającej
daremność usiłowań pana Pawelki i jego powiernictwa. Czy to też byłoby
polityczne awanturnictwo i czy lepsza jest polityczna gnuśność?

Co o nas powiedzą na Zachodzie?

Gdyby nie konsekwentna postawa części mediów, w tym tygodnika "Wprost", oraz
części polityków, dziś mielibyśmy już falę rozpraw sądowych o odszkodowania
dla niemieckich wypędzonych. A w Berlinie Centrum przeciw Wypędzeniom Eriki
Steinbach czekałoby na uroczyste otwarcie z udziałem przedstawicieli
tamtejszych najwyższych władz partyjnych i państwowych oraz zaproszonych
gości, przede wszystkich z Polski. Przeprosinom za niemieckie ofiary II wojny
światowej nie byłoby końca, dzięki czemu pojednanie nabrałoby nowego impulsu
i zyskało prawdziwie europejski wymiar. Robilibyśmy znów za pinczera, bo taką
rolę wymyślili dla nas nasi rodzimi, awangardowo europejscy intelektualiści,
orędownicy międzynarodówki poprawności politycznej i pokory wobec silnych i
wielkich. Na szczęście, jeszcze do tego nie doszło i tylko należy współczuć
tym Polakom, którzy niezmiennie troszczą się o to, "co o nas powiedzą na
Zachodzie", czy przypadkiem Bruksela nie obetnie nam budżetu, a Paryż i
Berlin za karę nie podniosą podatków. Za to, że bronimy narodowej godności i
nie godzimy się na rewizję historii korzystną dla katów i zbrodniarzy
wojennych. Ericą Steinbach i jej chorymi ideami należało się zająć dużo
wcześniej. Nie zrobili tego Niemcy - z powodów wewnątrzpolitycznych i
nacjonalistycznych. A poza tym przypominanie cierpień wypędzonych było
kuszące, bo zamazywało niemiecką winę, rozmywało ją. Bo przecież na końcu to
Niemcy były okupowane, zbombardowane, obywatele sfrustrowani klęską, a kilka
milionów Niemców opuściło swoje domy, by zamieszkać w kraju, w którym
niedobrzy Amerykanie realizowali plan Marshalla i zaprowadzali demokrację.
Nie zajęliśmy się na poważnie Ericą Steinbach również my, ponieważ
uwierzyliśmy, że z chwilą powrotu Polski do Europy rozdział II wojny
światowej został zamknięty raz na zawsze, że czeka nas wspólna dobrosąsiedzka
przyszłość.

Furia teutońska

Działalność Eriki Steinbach i jej - na początku - wyjątkowo bezczelne żądania
wobec Polski nie wyrosły na kamieniu. Przeciwnie - ona nauczyła się historii
ostatniej wojny i historii Polski w szkole i od swoich doradców ze Związku
Wypędzonych. A w szkole dowiedziała się, że potężny Wehrmacht przeszedł
spacerkiem przez Polskę, której broniła kawaleria. Ta kawaleria była
ulubionym tematem kpin z mojej córki, uczennicy jednego z niemieckich
gimnazjów. Poza tym cierpienia Polaków, mordy, rabunki i zniszczenia nie
istniały. Na lekcjach historii latami wałkowano tylko dwa tematy - dzieje
nazizmu, zjawiska dziwnie oderwanego od narodu niemieckiego, który był tego
nazizmu ofiarą, oraz sprawę Holocaustu. Można było odnieść wrażenie, że poza
Żydami nikt nie został zamęczony w obozach zagłady, a wszelki przejaw
antysemityzmu w Polsce był powodem do Schadenfreude: "widzicie, oni też byli
zbrodniarzami". Nic zatem dziwnego, że prezydent RFN Roman Herzog pomylił w
swoim przemówieniu w Warszawie powstanie warszawskie z powstaniem w getcie.
Skąd on miał się dowiedzieć o bohaterskim zrywie Polaków - ze szkoły? A może
z mediów czy opracowań historycznych? Polska nie była w Niemczech tematem
interesującym, ona się nie liczyła. Budziła jedynie litość i lekceważenie. I
tak - sądziła Erica Steinbach - będzie już zawsze. Wyrazem takiego
lekceważenia, a nawet pogardy była reakcja jednego z czołowych polityków SPD
Petera Glotza, wypędzonego z Czech. Glotz uznał za stosowne pouczyć Polaków,
by skończyli z katolicko-nacjonalistycznym fundamentalizmem. Reakcję tę, nie
mającą żadnego związku z roszczeniami wypędzonych i żądaniem reparacji
polskiego Sejmu, można zaliczyć do arsenału wybryków określanych mianem furii
teutońskiej, znanej już w czasach starożytnego Rzymu jako furious teutonicus.
Peterowi Glotzowi i innym rozwścieczonym komentatorom prasy niemieckiej,
atakującym nas za populizm i nacjonalizm, nic do naszego katolicyzmu i do
naszego patriotyzmu. Niech pilnują własnych wartości, niech zwalczają
odradzający się raz po raz nacjonalizm i arogancję wobec innych narodów. Być
może wartości katolickie nie mają w Niemczech żadnego znaczenia, skoro
właśnie tam odbędzie się wielki kongres innych fundamentalistów, bo
islamistów - pod hasłem walki z Ameryką i Izraelem, z wartościami
chrześcijańskimi Zachodu. Niemców nie wolno pouczać, oni sobie na to nie
pozwolą, bo są narodem besserwisserów, lepiej wiedzących, co to jest prawda,
moralność i dobro, pokój i prawa człowieka, a przede wszystkim, co jest dobre
dla innych.

Krystyna Grzybowska

Pełny tekst w najnowszym tygodniku 1139 "Wprost", w sprzedaży od poniedziałku
20 września

W tym samym numerze: Aleksander II Gnuśny




Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka