Dodaj do ulubionych

Rodzinna Ukraina

07.01.06, 04:57

Sława!
Rodzinna Ukraina
Andrzej Romanowski 06-01-2006, ostatnia aktualizacja 06-01-2006 21:30
serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34181,3102075.html?as=1&ias=4
Cokolwiek byśmy mówili o "zdradzie jałtańskiej", wolny Zachód stale się o nas
upominał. To tylko nieszczęsna Ruś została - wśród milczenia narodów -
stratowana przez Rosję. Ale czy nie była też tratowana przez Polskę? Los
Ukrainy powinien być - dla świata, ale przede wszystkim dla Polaków - wielką
lekcją pokory - pisze Andrzej Romanowski


Rafałowi, uczestnikowi pomarańczowej rewolucji

Przed rokiem, w trakcie rewolucji na Ukrainie, wpatrywałem się w opublikowaną
w "Gazecie" mapę poparcia dla Wiktora Juszczenki. Kolor pomarańczowy zaczynał
się tuż za naszą granicą, obejmował dawną Galicję wschodnią (czyli
wcześniejszą Ruś Halicką), a także rosyjski niegdyś Wołyń (czyli wcześniejszą
Ruś Włodzimierską), przekraczał na Zbruczu dawną granicę austriacko-rosyjską
(a zarazem przedwojenną granicę polsko-sowiecką), zajmował dawne włości
kniazia Jaremy Wiśniowieckiego na Zadnieprzu, królował nawet na dawnych
Dzikich Polach, a kończył się gdzieś na zachód od Charkowa. Długo nie mogłem
uwierzyć: zakres poparcia dla Juszczenki odtworzył wschodnią granicę
Rzeczypospolitej z początku XVII w. Sprzed powstania Bohdana Chmielnickiego.

Ukraina, kraj Zachodu

Ukraina rozwinęła się bowiem w Koronie Polskiej. Ta oczywista prawda jest
pamiętana zbyt rzadko - może dlatego, że przed tym "rozwojem" były
przecież "narodziny", a te nastąpiły wcześniej: jeżeli nie razem z Rusią
Kijowską, to w XII, a najpóźniej w XIII w. Czy początkiem związków zachodniej
części Rusi z łacińskim Zachodem, w tym Polską i Węgrami, były interwencje w
Haliczu księcia krakowskiego Kazimierza Sprawiedliwego, czy raczej akcje
króla Węgier Beli III, który przybrał nawet tytuł króla Rusi? Dość
powiedzieć, że gdy w r. 1199 książę Roman Mścisławicz zjednoczył Ruś Halicko-
Włodzimierską (Wołyńską), oderwał ją w pewnym sensie od ruskiego zaplecza i
dokonał jej geopolitycznej reorientacji.

Ten wnuk po kądzieli Bolesława Krzywoustego wychowany w Krakowie i
Sandomierzu na dworze wuja Kazimierza Sprawiedliwego był - jak się zdaje -
zauroczony kulturą Zachodu. Poległ w bitwie ze swym kuzynem Leszkiem Białym
pod Zawichostem w czerwcu 1205 r., ale to właśnie od niego zaczął się ów -
odmienny niż na reszcie Rusi - kurs polityczny haliczan. A proces ten polegał
nie tylko na bliskich kontaktach politycznych z zachodnimi sąsiadami i nie
tylko na sprowadzaniu kolonistów niemieckich, ale też na przyjmowaniu przez
ruskie budownictwo cerkiewne form w części zachodnich - najpierw romańskich,
niebawem gotyckich.

To zbliżenie z Europą łacińską okazało się nadspodziewanie trwałe - nie
przerwał go nawet najazd Mongołów z lat 1240-41. Syn Romana, Daniel Halicki,
uznał wprawdzie - jak większość książąt ruskich - zwierzchnictwo mongolskie i
w 1250 r. w Saraju nad Wołgą, stolicy Złotej Ordy, złożył hołd chanowi, ale
już trzy lata później porozumiał się z papieżem, przeszedł na katolicyzm i
ukoronował się na króla Rusi. Żeby zaś było jeszcze dziwniej, uczynił to w
Drohiczynie.

Obecność na historycznej mapie Rusi miasta znajdującego się dziś w Polsce nie
powinna dziwić. Księstwo Halickie sięgało na wschodzie po Bracław nad Bohem,
ale na zachodzie obejmowało Sanok, Krosno i Rzeszów. Przemyśl (Peremyszl) był
nawet do 1141 r. stolicą tego państwa, a po stu latach stołeczności Halicza
kolejną stolicą został w 1240 r. założony trzy lata wcześniej Chełm - dziś
również miasto polskie. Dopiero w 1272 r. stolicą Rusi Halicko-Wołyńskiej
został Lwów - wybudowany nieco wcześniej dla Lwa, syna Daniela. Ruś Halicko-
Wołyńska była w każdym razie swoistym "przedmurzem obrotowym" - wysuniętym
najdalej na zachód krajem prawosławnym, a przy tym zachodnim bastionem Złotej
Ordy, zarazem jednak wysuniętym najdalej na wschód przyczółkiem cywilizacji
niemiecko-łacińskiej. Czy w fakcie tym nie widzimy prefiguracji usytuowania
Polski - a rebours?

Księstwo Halicko-Wołyńskie (Królestwo Rusi) nie tylko istniało w części na
tych ziemiach, które dziś uważamy za polskie, ale było w swej ostatniej fazie
rządzone przez... Piasta. Jerzy II z Mazowsza wprawdzie jak jego ruscy
poprzednicy wyznawał prawosławie (przyjął je na żądanie bojarów - konwersja
Daniela nie okazała się trwała), ale otaczał się rodakami - Mazowszanami, a
także Małopolanami, Węgrami i Niemcami. W rezultacie został przez bojarów
otruty. Ale związki z Zachodem były już wtedy we Lwowie na tyle silne, że
pretensje dynastyczne do Królestwa Rusi zgłosił natychmiast inny Piast, król
Polski Kazimierz Wielki. Wojna, która rozpoczęła się w r. 1340, toczyła się
jednak nie tyle z Rusinami, co z ich suwerenami - Tatarami (ściągnęła ona na
Polskę nowe, doszczętnie w tradycji zagubione, najazdy tatarskie), a także z
innymi pretendentami do halickiego dziedzictwa - pogańskimi Litwinami
(sprowokowała również ich najazdy, także zapomniane). Rezultat był w każdym
razie taki, że w 1349 r. pod władzę Krakowa przeszły nie tylko Rzeszów i
Krosno, ale też Sanok i Przemyśl, ba! - Lwów i Halicz. Z czasem dołączono
jako lenna Chełm i Bełz, a także skrawek Rusi Wołyńskiej z Włodzimierzem, a w
1366 r. nawet Krzemieniec i - jako kolejne lenno - Kamieniec Podolski.

Oto więc niespodzianka: Rzeszów należy do Polski dopiero od 660 lat... Czyli
niemal tak długo jak Lwów - dopóki w 1939 r. Stalin nie oddał go Ukrainie
sowieckiej. I tylko niewiele dłużej niż Kamieniec Podolski. To w czasach
Kazimierza Wielkiego nastąpiło zrośnięcie się Polski z Rusią. Owszem, była ta
Ruś niejako prywatną domeną Kazimierza; co więcej, po śmierci króla nastąpił
na niej kolejny epizod panowania węgierskiego. W obu jednak przypadkach -
polskim i węgierskim - otwarto na Rusi szerzej niż kiedykolwiek wrota
cywilizacji łacińskiej lub, ściślej, łacińsko-niemieckiej (w początku XV w.
Niemcy stanowili 70 proc. mieszkańców Lwowa). Kiedy w 1387 r. królowa Jadwiga
ostatecznie przyłączyła Ruś Halicką do Polski, siła atrakcyjności polskich
przywilejów spowodowała niebawem (za Jagiełły i Warneńczyka) unifikację praw
i powstanie szlacheckich sejmików.

To właśnie te polskie wolności przypieczętowały rozłam Rusi. Jej część
zachodnia - polska, od XVIII w. austriacka (wschodnia Galicja), po I wojnie
światowej ponownie polska (wschodnia Małopolska) - żyje do dziś życiem
odrębnym, jako tzw. Ukraina Zachodnia. "Ukraina spolonizowana" - jak mówią
czasem w Kijowie, zapominając, że akurat na tym terenie wrogość polsko-
ukraińska była w XX w. największa.

Natomiast u schyłku średniowiecza związek polsko-ruski (polsko-rusko-
niemiecki?) stał się fundamentem świeżo odrodzonej Korony Polskiej. Ma więc
ten związek metrykę starszą niż związek "polsko-mazowiecki", bo jeśli pominąć
czasy pierwszych Piastów, Mazowsze stało się lennem króla Polski dopiero w
1351 r., zostało zaś inkorporowane do Korony w 1529. Oto Polska - kraj
paradoksów: przez niemal 200 lat Warszawa była bardziej na zewnątrz królestwa
niż Lwów.

Tego samego Fredry wnuki

"Ukraińcy i Polacy stanowią poniekąd jedną rodzinę" - stwierdziła w niedawnym
wywiadzie dla "Gazety" Julia Tymoszenko. Zwrot grzecznościowy, lecz przecież
słowa te odwołują się do najgłębszych pokładów naszej wspólnej tożsamości.
Taką "rodzinną" wspólnotę stworzył najpierw ukraińsko-polski paralelizm
losów. Jeżeli bowiem zachodnia Ruś oderwała się w średniowieczu od swych
korzeni i zorientowała się na Zachód, to i Polska sto lat później oderwała
się od swych korzeni - zachodniosłowiańskich - i częściowo się
zreorientowała - na Wschód. To właśnie na tej drodze dokonało się w
średniowieczu polsko-ruskie spotkanie. Jego finałem stał się ów zrost, który
sprawił, że przez całe stulecia trudno b
Obserwuj wątek
    • ignorant11 Re: Rodzinna Ukraina (2) 07.01.06, 04:59
      Lecz w 140 lat po Świdrygielle działo się znowu inaczej - przeciw władzy Wilna
      zbuntowała się tylko Ruś południowa, bez Rusi Białej. "Jako równych do równych,
      wolnych do wolnych przywracamy" - głosiły akty inkorporacji Wołynia i
      Kijowszczyzny do Korony dokonane wbrew Wilnu, a w sojuszu z Krakowem na sejmie
      w Lublinie w maju i czerwcu 1569 r. Król Zygmunt August odłączył wtedy te
      ziemie od Litwy i przyłączył do Polski - a więc do tego państwa, które od czasu
      Kazimierza Wielkiego miało charakter polsko-ruski. "Spotkanie Rusi z Rusią" -
      pisze historyczka ukraińska Natalia Jakowenko, po raz pierwszy bowiem od
      Jarosława Mądrego z XI w. Ruś Kijowska i Halicka spotkały się ponownie w jednym
      organizmie państwowym. Rzecz jednak w tym, że organizm ten nazywał się wtedy
      Polska, a mówiąc konkretnie: "prowincja Małopolska". Kijów miastem Małopolski?
      Historycy lubią mówić, że na kilka tygodni przed unią polsko-litewską doszło do
      zapomnianej dziś unii polsko-ruskiej.

      Tymczasem reszta Rusi Giedyminowiczów - ta właśnie, która nie zaznała wcześniej
      panowania tatarskiego - pozostała w swoistej unii rusko-litewskiej. To w łonie
      Wielkiego Księstwa narodzi się z czasem Białoruś w obecnym znaczeniu tego
      słowa - czyli zbiorowość, która z czasem wchłonęła także Ruś Czarną. Dzisiejsza
      granica Ukrainy z Białorusią ustaliła się w 1569 r. na sejmie lubelskim - była
      to wtedy granica między Koroną a Wielkim Księstwem. Natomiast wschodnia granica
      Korony, rejony Bracławszczyzny i Kijowszczyzny - to były polskie kresy. Innymi
      słowy - polska "okraina". I tak właśnie, w 1569 r., narodziła się w łonie
      Rzeczypospolitej Ukraina.

      Ukraina, czyli Polska

      Na drodze spotkania Polski i Litwy z Rusią wykształciły się więc cztery narody:
      polski, ukraiński, białoruski i litewski. Co więcej jednak: wykształcił się
      odrębny charakter Europy Środkowo-Wschodniej. Nieustanny styk z żywiołem
      niemiecko-polskim, a mówiąc szerzej: z cywilizacją Zachodu, odróżniał Ruś
      litewsko-polską od moskiewskiej (bądź tej, która w ciągu XV w. została podbita
      przez Moskwę). Bo tylko repu-bliki Nowogrodu i Pskowa miały bezpośredni kontakt
      z niemiecko-polskim Zachodem.

      Natomiast, przypomnijmy, lustrzanym odbiciem procesów na Rusi były przemiany
      zachodzące w Polsce. Bo tak jak u Słowian Wschodnich Ruś Halicka oddalała się
      od Rusi Kijowskiej, tak u Słowian Zachodnich Polska odchodziła od Czech. Już na
      czasy Jagiełły przypadła pierwsza fala orientalizacji polskiej sztuki
      (odpowiednik okcydentalizacji sztuki ruskiej zachodzącej wiek wcześniej).
      Wykształciła się wtedy moda na "malowidła greckie" - najpierw w Wiślicy,
      Lublinie i Sandomierzu, potem także na Wawelu (kaplica Świętokrzyska z 1470
      r.), a nawet w Gnieźnie. Ale już nieco wcześniej, w 1382 r., zagościła na
      Jasnej Górze pewna bizantyńska ikona, która z czasem stanie się narodową ikoną
      Polaków. Sto lat później na zamówienie katedry prawosławnej w Przemyślu, w
      krakowskiej oficynie Niemca Szwajpolta Fiola, zaczęto tłoczyć pierwsze druki
      ruskie. Stolica Polski, niemiecki Kraków, stała się kolebką drukowanej książki
      ruskiej...

      Tak oto nie sposób sobie wyobrazić fenomenu Ukrainy bez związku z Polską. Na
      ślady wspólnoty natykamy się dosłownie na każdym kroku. Nawet początki
      katolickiego wyznania zachodnich Ukraińców (obrządku bizantyńsko-ukraińskiego)
      tkwią w Rzeczypospolitej. Unia brzeska z 1596 r. łącząca prawosławie z
      katolicyzmem była ze strony władyków aktem rozpaczy - wobec wyczerpania się
      europejskich źródeł prawosławia (Konstantynopol był od ponad stu lat tureckim
      Stambułem) oraz wobec powstania w 1589 r. jedynego w państwie chrześcijańskim
      patriarchatu prawosławnego - akurat w Moskwie, tradycyjnie wrogiej Polsce. Unia
      była więc koniecznością zarówno religijno-kulturową, jak i państwową. Ale
      szukając odrodzenia chrześcijaństwa w Rzymie, tym bardziej wzmogła ruski pęd na
      Zachód.

      Jeśli w XIX-wiecznej Galicji stała się wyznacznikiem ukraińskości, to czy przez
      to przestała być "nasza"? Skoro największym członem Rzeczypospolitej była Ruś,
      czy dziedzicami tego państwa nie są także Ukraińcy?

      Nie tylko Polacy są depozytariuszami tamtego państwa - prawdę tę powtarza bez
      ustanku dyrektor lubelskiego Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej Jerzy
      Kłoczowski. Pamiętajmy jeszcze i to, że w Rzeczypospolitej, w przededniu
      powstania Chmielnickiego, nie tylko unici, lecz i prawosławni dokonali
      reorientacji na Zachód. W 1635 r. metropolita Kijowa i całej Rusi Petro Mohyła
      założył pierwszy w świecie uniwersytet prawosławny - Kolegium Kijowskie (zwane
      z czasem Akademią Kijowsko--Mohylańską). Przyjął w nim jezuicki model oświaty,
      a językiem wykładów uczynił polszczyznę i łacinę. Kiedy zmarł, w Soborze
      Uspienskim Ławry Peczerskiej - sercu kijowskiego prawosławia - żegnano go
      cerkiewnymi modłami (w języku starosłowiańskim) oraz mowami żałobnymi (w języku
      polskim).

      Taka właśnie była ta XVII-wieczna Ruś: po polsku (choć oczywiście nie wyłącznie
      po polsku) pisali wszyscy. Nawet większość pism Chmielnickiego powstała w tym
      języku. Łazarz Baranowicz, rektor Akademii Kijowskiej, a potem prawosławny
      arcybiskup czernihowski, polityczny zwolennik Moskwy (choć broniący
      niezależności ukraińskiego prawosławia), twierdził, że "póki świat światem, nie
      będzie Rusin Polakowi bratem". Ale napisał to po polsku, tak jak olbrzymią
      większość swego bogatego dorobku. Baranowicz zakładał drukarnie i kolegia
      polsko-łacińskie w Nowogrodzie Siewierskim i Czernihowie, i to w czasach, gdy
      miasta te należały już do Carstwa Moskiewskiego. Czy było w tym coś dziwnego?
      Pierwsza, przed-Piotrowa okcydentalizacja Moskwy miała na imię polonizacja.

      Tyle tylko, że była to polonizacja dokonywana przez Rusinów! Kimże bowiem był
      Baranowicz? Kim jego wychowanek Symeon Połocki, nauczyciel dzieci carskich,
      projektodawca (w 1680 r.) Akademii Słowiańsko-Grecko-Łacińskiej w Moskwie? Kim
      Stefan Jaworski, autor wydanego po polsku w Kijowie "Echa głosu wołającego na
      puszczy" (1689), a kilkanaście lat później metropolita riazańsko-muromski,
      wierny poddany Piotra Wielkiego? Triumf kultury sarmackiej, który w
      symbolicznym skrócie ukazuje fenomen mówiącego po polsku dworu carskiego w
      Moskwie, był triumfem nie tyle Polaków, ile Rusinów - lub lepiej - polsko-
      ruskiej przestrzeni cywilizacyjnej, której na imię było Rzeczpospolita. Więc
      także ów projekt trójjęzycznej Akademii w Moskwie nawiązywał do podobnego
      trójjęzycznego kolegium prawosławnego założonego jeszcze w czasach Batorego w
      wołyńskim Ostrogu, w Rzeczypospolitej. W końcu nawet XVII-wieczny Kijów,
      niezależnie od przynależności do Polski bądź Moskwy, był - w różnych kręgach
      swej społeczności - miastem rusko-polsko-łacińskim.

      Przykładów bezwiednego zawłaszczania przez Polaków tego, co w rzeczywistości
      było polsko-ruskie, jest więcej. Mówimy: "Polska przedmurzem chrześcijaństwa",
      lecz przecież ofiarami najazdu Mongołów w 1241 r. byliśmy razem z Rusią,
      najazdy Tatarów krymskich zaś trapiące od XVI w. wspólne państwo Rusinów i
      Polaków docierały zaledwie do obrzeży ziem etnicznie polskich. Najazdy tureckie
      zatrzymywały się również na ziemiach ruskich - w najgorszym przypadku z 1672 r.
      sięgnęły Podola. A wschodnich i południowych ścian Rzeczypospolitej bronili
      najpierw prawosławni Kozacy: to oni w 1621 r. w obozie pod Chocimiem stanowili
      więk-szość żołnierzy hetmana litewskiego Jana Karola Chodkiewicza. I nawet po
      Chmielnickim fale kolejnych najazdów rozbijały się o ziemie ruskie, bo to Ruś
      właśnie była puklerzem państwa - formalnie polsko-litewskiego. A cóż powiedzieć
      o tej realizacji mitu przedmurza, którą była w 1920 r. wojna polsko-
      bolszewicka? Nawet wtedy, w dobie szalejących nacjonalizmów, po zakończonej
      zaledwie przed paroma miesiącami polsko-ukraińskiej wojnie o Galicję, naszymi
      sojusznikami byli petlurowscy Ukraińcy. Czy pamiętamy, że Zamościa bronił przed
      bolszewikami gen
      • ignorant11 Re: Rodzinna Ukraina (3) 07.01.06, 05:01
        Ale mogło się zdarzyć na Rusi. Tylko Ruś bowiem była zostawiona samej sobie,
        zapomniana przez świat. Dziś, jakkolwiek będziemy się oburzać na prezydenta
        Putina za pomniejszanie polskiego wkładu w zwycięstwo nad Hitlerem, o ileż
        boleśniejsze było przemilczanie przez niego wkładu - i tragedii! - Ukraińców. I
        cokolwiek będziemy mówić o "zdradzie jałtańskiej", wolny Zachód stale się o nas
        upominał. To tylko nieszczęsna Ruś została - wśród milczenia narodów -
        stratowana przez Rosję. Ale czy nie była też tratowana przez Polskę? Los
        Ukrainy powinien być - dla świata, ale przede wszystkim dla Polaków - wielką
        lekcją pokory.

        "Wiem, że czekają nas kajdany i ponure ciemnice, w których morzyć nas będą
        głodem i uciskać wedle moskiewskiego zwyczaju, ale pókim jeszcze żyw - mówię ci
        prawdę, władco! Nie unikniesz odpowiedzi przed Królem wszystkich królów, Bogiem
        Wszechmogącym, za zgubę naszą i całego narodu!" Takie przemówienie włożyła
        ukraińska tradycja w usta ostatniego demokratycznie wybranego hetmana
        kozackiego Pawła Połubotka zmarłego w czasach Piotra Wielkiego w moskiewskich
        kazamatach. Nie tylko każdy Ukrainiec, lecz i każdy Polak mógłby te słowa uznać
        za własne. Mógłby - gdyby nie nasza współwina i rodząca się z nieczystego
        sumienia obojętność.

        Kiedy na Wszystkich Świętych przystanąłem na krakowskim Cmentarzu Rakowickim
        przed kurhanem ku czci internowanych Ukraińców - w tym także petlurowców,
        naszych sojuszników - mijająca mnie kobieta rzuciła okiem na obcy alfabet i
        mruknęła: "To grób żołnierzy radzieckich".

        Ich ruski los

        Aż przyszli księża i w imieniu

        Chrystusa Pana podpalili

        Nasz cichy raj, rozlali morze

        Łez i krwi ludzkiej, a sierotom

        Zadali śmierć męczeńską oto

        Ku jeszcze większej chwale Bożej

        Tak w wierszu "Do Polaków" pisał Taras Szewczenko. Utwór ten rozpoczęty wizją
        rusko-polskiego raju, a zakończony pamiętnym wezwaniem "Podajże rękę Kozakowi"
        wchodzi w ciąg literackich świadectw złej pamięci o panowaniu polskim na
        Ukrainie prawosławnej. Utwory takie jak "Hajdamacy" tegoż Szewczenki czy "Taras
        Bulba" zrusyfikowanego Ukraińca Nikołaja Gogola dają wyraz wręcz zwierzęcej
        nienawiści do Lachów. Czy jednak należy się dziwić? W XX w. zła pamięć stała
        się normą również na Rusi Zachodniej - grekokatolickiej. Wspomnienie obecności
        Polaków na Ukrainie nie budziło świadomości wspólnoty - budziło przekleństwo.

        Czesław Miłosz cytuje w "Wyprawie w dwudziestolecie" ukraiński raport z wojny
        1919 r. zakończonej (nazwijmy rzecz po imieniu, choć z ruskiego punktu
        widzenia) podbojem Zachodnio-Ukraińskiej Republiki Ludowej przez
        Rzeczpospolitą: "Rozstrzelano bez dochodzeń ukraińskiego ministra rolnictwa, p.
        Martinetza, sławnego kompozytora, wielebnego Niżankowskiego i wielebnego
        Pidlaszewskiego i Halibeja, którzy zostali skatowani i żywcem spaleni po
        uprzednim oblaniu naftą".

        Czy można wierzyć tym świadectwom? I czy można przyjąć twierdzenie historyka
        ukraińskiego, że ze strony Rusinów nie było wtedy mordów na Polakach? Przecież
        Miłosz przytacza także raporty polskie dokumentujące z kolei okrucieństwa
        ukraińskie. A jednak... Dźwięczą mi w uszach słowa jednego z przywódców WiN i
        działacza KOR dr. Józefa Rybickiego, który wspominał tę właśnie wojnę polsko-
        ukraińską z 1919 r.: "Ukraińcy zamordowali w nocy siekierą dwóch naszych
        żołnierzy stojących na czujkach. Akcja naszego dowództwa była natychmiastowa i
        bezwzględna - zastosowano odpowiedzialność zbiorową. Miejscową wieś otoczono,
        odbyto sąd nad tutejszą ludnością, po czym podpalono domy, a wszystkich
        mieszkańców wymordowano. (...) Do dziś to pamiętam: płonąca wieś, wrzaski
        ludzkie i strzały naszej żandarmerii, która likwiduje wszystkich po kolei".

        Spróbujmy coś jeszcze sobie wyobrazić. Jest rok 1930. Oddział Wojska Polskiego
        wkracza do ukraińskiej wsi. Bije do krwi mężczyzn i kobiety, batoży unickiego
        księdza, niszczy dobytek, drze ruskie książki i gazety, miażdży butami portret
        Szewczenki, wiesza dziewczęta za nogi głową w dół, czyniąc z ich opadłych
        spódnic tzw. tulipany. I zaraz po odejściu żołnierzy wieś zostaje podpalona
        przez nieznanych sprawców.

        Jest rok 1938. Po Lubelszczyźnie jeżdżą buldożery i burzą cerkwie prawosławne -
        co z tego, że zazwyczaj już opustoszałe. Tłumy zrozpaczonych wiernych rozpędza
        wojsko - zupełnie tak jak armia carska rozpędzała w 1894 r. broniących swego
        kościoła katolików w Krożach. A przecież Rosjanie (zwłaszcza w epoce Murawiewa)
        zamieniali na Litwie kościoły katolickie na cerkwie, ale na ogół ich nie
        niszczyli. Polacy zaś (w czasach Rydza-Śmigłego) zburzyli na Lubelszczyźnie
        ponad sto cerkwi, kaplic i domów modlitwy (prawosławnym zostawili 49). Na
        dodatek zmuszali wiernych - skutecznie! - do przejścia na katolicyzm.

        I wreszcie nadchodzi rok 1947. Tysiące chłopów ukraińskich z Rzeszowszczyzny i
        Lubelszczyzny są ładowane do bydlęcych wagonów i wywożone daleko od ojcowizny -
        na zachód i północ. Akcja "Wisła" - jedyne w polskich dziejach wysiedlenie
        współobywateli. Wysiedlenie tak daleko, jak było to możliwe, bo Sybirem
        przecież nie dysponowaliśmy. Raz jeszcze wróciliśmy do narodowej tradycji -
        godzenia się z Rosją (z Sowietami) na trupie Ukrainy. I raz jeszcze
        zastosowaliśmy odpowiedzialność zbiorową.

        Powtórzmy - wszystkie te wydarzenia miały swe przyczyny. Ukraińskie zbrodnie na
        Polakach - jak ludobójcze rzezie wołyńskie z 1943 r. - były w wielu przypadkach
        jeszcze potworniejsze. Rzecz jednak w tym, że ze swoim dziedzictwem Ukraińcy
        muszą zmierzyć się sami. Zresztą to robią: w ich świadomości wiele się już
        zmieniło. My bijmy się w piersi własne - nie cudze. Współczujmy najpierw innym -
        nie sobie. Czy potrafimy przyjąć naszą polską współwinę? Zerwać z polską
        obojętnością? Przyjąć tę nigdy niepamiętaną prawdę, że Ukraińcy to naród
        męczenników?

        Pomarańczowa Ukraina

        Kiedy we wrześniu 1987 r. stawiłem się w Maisons-Laffitte przed Jerzym
        Giedroyciem, zostałem w rozmowie poproszony o opinię, jakie jeszcze pozycje z
        literatury polskiej powinny być wydane w Bibliotece „Kultury”. Ponieważ
        zajmowałem się wtedy literaturą tworzoną po I wojnie, wypaliłem bez dłuższego
        namysłu: „ »Pożoga « Zofii Kossak-

        -Szczuckiej!". Stary książę siedział naprzeciw mnie, tyłem do okna, w
        charakterystycznej apaszce pod szyją, z papierosem w ustach. "Nigdy tego nie
        wydam - powiedział po chwili - to jest powieść antyukraińska".
      • ignorant11 Re: Rodzinna Ukraina (4) 07.01.06, 05:02
        Często wracam pamięcią do tego momentu spotkania i za każdym razem uświadamiam
        sobie, ile wszyscy za-wdzięczamy Giedroyciowi. Czy miał rację w sprawie Kossak-
        Szczuckiej - o tym oczywiście można dyskutować. Ale wykorzenienie z Polaków
        antyukrainizmu uważał rzeczywiście za swą misję. To przecież "Kultura" jako
        pierwsza, już na progu lat 50. zaczęła przełamywać fatalizm wrogości, to ona
        wyrąbała aksjomat nowej polityki polegający nie tylko na rezygnacji z
        przedwojennych granic wschodnich, ale w gruncie rzeczy z całego procesu
        dziejowego, który 600 lat wcześniej rozpoczął Kazimierz Wielki. A może tylko
        nadała temu procesowi ów (dawno zapomniany czy nigdy nieistniejący?) sens
        wspólnotowy? "Niech Litwini, którzy gorszy niż my los przeżywają, cieszą się ze
        swego Wilna, a we Lwowie niech powiewa sino-żółty sztandar" - można było
        przeczytać w "Kulturze" zaledwie dziewięć lat po rzeziach wołyńskich i siedem
        lat po dyktacie poczdamskim. Giedroyc pierwszy "odważył się być mądrym". Nie
        zważając na oskarżenia, że "zaprzedał się komunistom", poszedł - przeciw
        rodakom - pod prąd.

        Proces pojednania polsko-ukraińskiego trwał odtąd niemal 40 lat. W rezultacie
        pierwszym w świecie państwem, które w 1991 r. uznało niepodległą Ukrainę, była
        Polska. I to było nasze polskie zadośćuczynienie, nasz wielki polski honor. Ale
        przełom psychologiczny nastąpił w nas dopiero w ubiegłym roku, podczas
        pomarańczowej rewolucji. Bo dopiero wtedy, chodząc po ulicach z pomarańczowymi
        wstążeczkami i śpiewając "Razom nas bahato, nas ne podołaty", pobieraliśmy
        przyspieszony kurs "ojczystego" języka ruskiego. Dopiero wtedy przekonaliśmy
        się, że sprawa Ukraińców jest polską sprawą. Podświadomie (w stosunkach polsko-
        ukraińskich podświadomość jest decydująca) zdawaliśmy sobie sprawę, że
        doczekaliśmy "prawdziwego końca wielkiej wojny". Nie tylko bezsensownej i
        haniebnej wojny Polski z Ukrainą. Przede wszystkim końca ciągnących się od
        średniowiecza zmagań naszego regionu z ościennymi potęgami: turecką,
        habsburską, niemiecką, rosyjską, sowiecką. Zwycięstwem w tej wojnie stała się
        już Jesień Ludów 1989 roku, potem rozpad ZSRR w 1991. Ale dopiero przebudzenie
        milionów Ukraińców przypieczętowało te zmiany.

        Bo dopiero dziś wiemy - do tamtej, "przedpomarańczowej" Europy nie ma już
        powrotu. Cokolwiek będziemy mówić o obecnym ukraińskim rozczarowaniu,
        przestrzeń wolności i demokracji rozciąga się teraz od Lwowa po Morze Azowskie,
        Ługańsk i Donieck. Znacznie nawet dalej niż w przypadku Ukrainy
        juszczenkowskiej, a tym samym znacznie dalej niż w przypadku XVII-wiecznej
        Rzeczypospolitej. To właśnie dokonało się rok temu i można się tylko
        zastanawiać, czy tak niezwykłe zjawisko wytrzyma próbę czasu. I czy Ukraina
        stanie się jak niegdyś Rzeczpospolita rzeczywistym - politycznym i kulturowym -
        pomostem między Wschodem a Zachodem.

        Los Ukrainy jest dziś w rękach ukraińskich. Zważywszy na tragiczną historię
        tego narodu, nie jest to mało. "Wolna, silna Ukraina - pisał jeszcze przed
        pomarańczową rewolucją Jarosław Hrycak - daje szansę istnienia stabilnej
        Europy. (...) Ważne jest (...) aby Ukraińcy uświadomili sobie swoją misję,
        ponieważ nic tak nie dodaje sił jak świadomość własnego przeznaczenia".

        *** Prof. dr hab. Andrzej Romanowski pracuje na Wydziale Polonistyki
        Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz w Instytucie Historii PAN. Wydał m.in.: „Jak
        oszukać Rosję. Losy Polaków” (2002), „Pozytywizm na Litwie” (2003). Z prof.
        Henrykiem Markiewiczem jest współautorem „Wielkiego słownika
        cytatów »Skrzydlate słowa «” (najnowsze wydanie 2005)

        Wykorzystane opracowania:

        Daniel Beauvois: "Trójkąt ukraiński", przeł. Krzysztof Rutkowski, Wydawnictwo
        UMCS, Lublin 2005

        Piotr Borek: "Szlakami dawnej Ukrainy: studia staropolskie", Collegium
        Columbinum, Kraków 2002

        Wacław Felczak: "Historia Węgier", Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław
        1983

        Jarosław Hrycak: "Historia Ukrainy 1772-1999, przeł. Katarzyna Kotyńska,
        Instytut Europy Środkowo-Wschodniej, Lublin 2000

        Mikołaj Iwanow: "Pierwszy naród ukarany: stalinizm wobec polskiej ludności
        kresowej (1921-1938)", Omnipress, Warszawa 1991

        Natalia Jakowenko: "Historia Ukrainy do końca XVIII wieku", przeł. Ola Hnatiuk,
        Katarzyna Kotyńska, Instytut Europy Środkowo-Wschodniej, Lublin 2000

        Gerard Labuda: "Zagadnienia i cele poznawcze syntezy historii Polski od
        prawieków do współczesności", "Prace Historyczno-Politologiczne", nr 4/2004

        Mariusz Markiewicz: "Historia Polski 1492-1795", Wydawnictwo Literackie, Kraków
        2004

        Rostysław Radyszewskyj: "Poezja polskojęzyczna na Ukrainie w XVII wieku",
        Wydawnictwo Oddziału PAN, Kraków 1996

        Andrzej Romanowski: "Ludzie tamtego czasu. Wywiady z lat 1977-1998",
        Wydawnictwo Krakowskie, Kraków 2000

        Hienadź Sahanowicz: "Historia Białorusi. Od czasów najdawniejszych do końca
        XVIII wieku", przeł. Hubert Łaszkiewicz. Instytut Europy Środkowo-Wschodniej,
        Lublin 2002

        Andrzej Leon Sowa: "Stosunki polsko-ukraińskie 1939-1947: zarys problematyki",
        Towarzystwo Sympatyków Historii, Kraków 1998

        Wiktor Sukiennicki: "Polityczne konsekwencje błędu semantycznego", przeł.
        Tadeusz Kadenacy, "Zeszyty Historyczne", Paryż, nr 72 (1985)

        Stanisław Szczur: "Historia Polski. Średniowiecze", Wydawnictwo Literackie,
        Kraków 2004


        Wiersz Tarasa Szewczenki w przekładzie Jerzego Jędrzejewicza


        Andrzej Romanowski


        Zobacz mapę historyczną:
        bi.gazeta.pl/im/7/3101/m3101907.jpg
    • eliot Re: Rodzinna Ukraina 09.01.06, 14:05
      Fantastyczny materiał!!! Pozwolisz , mam nadzieję, że, jak wszystkie materiały
      związane z RON skopiuje je do wątku "Rzeczpospolita..."
      Ukłony
      • ignorant11 Re: Rodzinna Ukraina 09.01.06, 14:38
        eliot napisał:

        > Fantastyczny materiał!!! Pozwolisz , mam nadzieję, że, jak wszystkie
        materiały
        > związane z RON skopiuje je do wątku "Rzeczpospolita..."
        > Ukłony

        Sława!

        NO jasne akoro chcesz miec wszystko w jdnyum watku...

        Pozdrawiam i zapraszam na:
        Forum Słowiańskie
        • eliot Re: Rodzinna Ukraina 09.01.06, 14:54
          ignorant11 napisał:

          >
          >
          > NO jasne akoro chcesz miec wszystko w jdnyum watku...
          >
          Łatwiej szukać spraw związanych z Rzecząpospolitą w jednym wątku niż wśród
          tysięcy zebranych w Forum Słowiańskim...
          Pozdr.
          • ignorant11 Re: Rodzinna Ukraina 09.01.06, 15:30
            eliot napisał:

            > ignorant11 napisał:
            >
            > >
            > >
            > > NO jasne akoro chcesz miec wszystko w jdnyum watku...
            > >
            > Łatwiej szukać spraw związanych z Rzecząpospolitą w jednym wątku niż wśród
            > tysięcy zebranych w Forum Słowiańskim...
            > Pozdr.



            Sława!

            Można tak jak TY robisz, mozna tez zalozyć watek katalogowy jak to zrobiłem dla
            Królewca.

            Nie upieram się przy zadnym z tych rozwiazań, bo podchodze do tego
            pragmatycznie.

            Która forma sie przyjmie ta bedzie lepsza lub moga funkcjonowac obie..


            Pozdrawiam i zapraszam na:
            Forum Słowiańskie
            • eliot Re: Rodzinna Ukraina 10.01.06, 14:09
              ignorant11 napisał:

              >>
              > Sława!
              >
              > Można tak jak TY robisz, mozna tez zalozyć watek katalogowy jak to zrobiłem
              dla
              >
              > Królewca.
              >
              > Nie upieram się przy zadnym z tych rozwiazań, bo podchodze do tego
              > pragmatycznie.
              >
              > Która forma sie przyjmie ta bedzie lepsza lub moga funkcjonowac obie..
              >
              Pozwolisz, że przynajmniej na razie pozostnę przy takiej formie..???
              wink
              Pozdr.
              • ignorant11 Re: Rodzinna Ukraina 10.01.06, 16:15
                eliot napisał:

                >> Pozwolisz, że przynajmniej na razie pozostnę przy takiej formie..???
                > wink
                > Pozdr.


                Sława!

                NO przecie napisałem,ze pozwalam, wszak ja jestem liberał.

                NO chyba że żadasz ode mnie specjalnego przywileju ( to maszsmile), a moze edyktu,
                ukazu, dekretu z moca ustawy..?
                smile))

                Pozdrawiam i zapraszam na:
                Forum Słowiańskie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka