witomir
18.12.06, 02:36
www.obywatel.org.pl/index.php?name=News&file=article&sid=6715
Olaf Swolkień
Rocznica stanu wojennego to zawsze okazja do rozmyślań, a wśród pokolenia,
które pamięta tamten czas, także do wspomnień.
W tym roku 13 grudnia rano, w radiu wypowiadał się Lech Wałęsa. Po południu na
krakowskim rynku mogłem sobie posłuchać i obejrzeć przemówienie generała
Jaruzelskiego. W międzyczasie słuchałem ckliwie patetycznych deklamacji w
odnowionym ponoć Polskim Radiu. Wałęsa jak zwykle po prostacku, trochę
bełkotliwie, ale nie bez pewnej dozy zdrowego rozsądku o „swojej koncepcji” –
generał ładną polszczyzną, prosto i uczciwie. Dzisiaj, kiedy patrzę na to z
perspektywy 25 lat, zastanawiam się, jak można było wtedy tak bezkrytycznie
wierzyć temu pierwszemu i nie doceniać drugiego. To dla mnie gorzkie
wspomnienie własnego uzależnienia od obowiązujących wtedy w moim środowisku
schematów myślenia. Wspominając to, doznaję podobnego uczucia, jakie ma się
wtedy, gdy ktoś napisze coś oryginalnego, co my gdzieś tam czuliśmy, ale
baliśmy się powiedzieć.
Bo choć byłem wtedy i jeszcze przez następne 10 lat całym sercem w obozie
„Solidarności”, to wbrew temu, co się nam dzisiaj wmawia, oprócz zaczynającego
się wtedy strachu i kłopotów z ukrywaniem się, gdzieś tam w środku czułem
ulgę, że ten okres szaleństwa, jaki trwał przez poprzednie 16 miesięcy,
wreszcie się skończył i to w gruncie rzeczy nie tak tragicznie, jak mógł.
Strajk za strajkiem, awantura za awanturą, a wszystko bez jakiejkolwiek
poważnej analizy jak długo coś takiego jest możliwe, jaki może być dalszy
ciąg. Zamiast tego była licytacja w radykalizmie, obowiązkowy entuzjazm i
wszechogarniająca bezmyślność. No i ku pamięci potomnych, to właśnie wtedy, w
okresie pierwszej „Solidarności”, a nie przedtem i potem na półkach był tylko
ocet – może była to jakaś szydercza zapowiedź czasów, gdy miliony ludzi 17 lat
po zwycięstwie Solidarności będą przymierać głodem, oglądając wystawy
luksusowych zachodnich butików lub tandetne kształty hiper-paśników dla mniej
zamożnych.
To dlatego większość Polaków, która tamte czasy pamięta, pomimo nachalnej
antykomunistycznej propagandy uważa do dzisiaj, że generał Jaruzelski postąpił
słusznie. To, czy groziła czy nie groziła interwencja radziecka, niewiele ma z
tym wspólnego. Postąpił słusznie, bo kraj pogrążał się w totalnej anarchii i
zwykli ludzie byli tym potwornie zmęczeni, a przywódcy „Solidarności” już
wtedy żyli w innym, lepszym świecie. Kartki mogą dzisiaj śmieszyć, ale kiedy
zamiast sloganów i dowcipów przychodzi zetknąć się z prawdziwym życiem, wtedy
każdy normalny człowiek woli stabilizację, choćby na niskim poziomie, niż
przymieranie głodem, a przede wszystkim niż niepewność jutra. To właśnie
dlatego opór społeczny po 13 grudnia, wbrew legendzie o tym, że cały naród
zjednoczony w słusznym gniewie walczył ze złym generałem, był tak słaby.
Większość Polaków czuła ulgę, choć może wstydziła się, a być może wstydzi do
dzisiaj, głośno do tego przyznać.
Współczesny mit głosi, że milion ludzi musiało wtedy emigrować. Z mojej
licealnej klasy też „wyemigrowało” wówczas kilka osób. Wśród nich były dwie,
które w 1979 roku, w maturalnej klasie zapisały się do PZPR, bynajmniej nie ze
względów ideowych. A gdy stan wojenny zastał je na Zachodzie, skorzystały z
okazji, a właściwie to chcąc nie chcąc, jak tysiące innych, awansowały nagle
do statusu emigranta politycznego. Dzisiaj za kolejnych rządów tak zwanej
lewicy i prawicy emigracja powodowana nędzą i upadkiem cywilizacyjnym jest
znacznie większa, a polski rząd sam reklamuje swój kraj jako dostarczyciela
żigolaków w strojach rzemieślników i dupeniek przebranych za pielęgniarki.
Wielu profesorów wypisało się po wprowadzeniu stanu wojennego z partii,
aktorzy bojkotowali telewizję. Na moim roku na studiach bywało się na
manifestacjach jak na imprezach towarzyskich i nie pamiętam śmiałka, który by
się ośmielił bronić generała Jaruzelskiego. Po prostu prąd dziejów już zmienił
kierunek. Dlatego w istocie były to zachowania stadne, tak samo jak stadne
było zapisywanie się do partii dla kariery w latach 70. Tych, którzy wtedy
tego nie chcieli zrobić, już dawno nie było na żadnej istotnej pozycji w życiu
publicznym. To wtedy, a nie w latach 80. tak naprawdę dokonała się
demoralizacja na wielką, narodową skalę. Symbolem tego pokolenia miernot,
jakie zaczęło robić kariery w czasie dekady rządów Edwarda Gierka, jest osoba
Leszka Balcerowicza. Takim ludziom wystarczył inny, jeszcze mniej
skomplikowany niż kiedyś marksizm-leninizm schemat tłumaczący świat, by znowu
mogli płynąć z prądem, tyle że w drugą stronę. Mówił o tym świetnie w swoim
pożegnalnym przemówieniu odchodzący wówczas prezes PAN, profesor Groszkowski,
słusznie przewidując, że będzie to ciążyć na polskim życiu publicznym przez
pokolenia. Miernoty u władzy to bowiem choroba, która jest dziedziczna. Tacy
ludzie na pomocników i następców z niebywałą wprost intuicją dobierają sobie
podobnych, to mechanizm pewniejszy od genów.
Inny popularny sposób oczerniania generała Jaruzelskiego to wyroki moralne.
Ksiądz Popiełuszko, górnicy z „Wujka”. Oczywiście to były zbrodnie i osobiste
tragedie, jednak ludzie ginęli także w czasie zamachu majowego i wszystkich
tego typu historycznych zdarzeń. Na ogół najbardziej pokrzywdzenie byli wtedy
robotniczy działacze na prowincji, ci sami, których rządy ich własnych
przywódców już po zwycięstwie pozbawiły często możliwości uczciwej pracy,
zbywając tragedie tych, co wynieśli ich samych do władzy, ponurym frazesem o
tak zwanych kosztach transformacji. Nie słyszałem, żeby tych polityków
„Solidarności”, którzy są odpowiedzialni np. za tysiące samobójstw dokonanych
z nędzy, ktoś kiedyś rozliczał i odbierał pobierane wtedy ministerialne pensje.
Tak się pechowo dla walczących dzisiaj z generałem Jaruzelskim złożyło, że
rocznica wprowadzenia stanu wojennego zbiegła się ze śmiercią generała
Pinocheta. Trzeba być Stanisławem Michalkiewiczem z jego prostą jak u Kalego
dialektyką, żeby zagłuszyć przykre porównania, że oto w 15-milionowym Chile
wymordowano wtedy około 3 tysięcy ludzi, podczas gdy w 38-milionowej Polsce
100. W Chile kilkadziesiąt tysięcy ludzi przeszło także tortury, przy których
większość cierpień internowanych traci swój blask. Nie ulega też wątpliwości,
że wiele z ofiar stanu wojennego to efekt działań esbecji, która działała poza
kontrolą, a nie jakiejś świadomej polityki mordów czy eksterminacji
prowadzonej przez generała Jaruzelskiego. Porównywanie tych czasów do okupacji
w czasie II wojny światowej, ale także do okresu stalinowskiego, kiedy planowo
wymordowano kilkadziesiąt tysięcy najlepszych patriotów, jest nie tylko
żałosne, ale i haniebne. Jeśli dodać do tego nasz udział w masakrowaniu
Jugosłowian czy Irakijczyków, to wtedy lepiej siedzieć cicho, bo w Iraku 100
osób ginie każdego dnia i mają je na sumieniu także obecne, jakże pobożne
władze IV RP.
Ogromną rolę w doprowadzeniu do stanu wojennego odegrała też słabość
intelektualna polskich elit i wady charakteru narodowego. Zarówno elit
partyjnych, którym tajniki marksizmu wykładał Leszek Balcerowicz, jak i
solidarnościowych, gdzie rolę intelektualisty odgrywał Jacek Kuroń, a wszyscy
„wychowali się na paryskiej »Kulturze«”. Prawdziwy festiwal możliwości
intelektualnych tej formacji stanowiły rządy AWS-UW oraz postać Jerzego Buzka.
Ilekroć próbuję gdzieś wszcząć dyskusję na temat podobieństwa obu ustrojów i
różnic w ramach samego komunizmu, to zawsze spotykam się z reakcjami
przypominającymi chyba czasy sejmików w I Rzeczpospolitej. To przykre, ale
dorośli, często wręcz starsi ludzie zachowują się wtedy jak hałasujący w
ostatnim rzędzie sztubacy. Wykrzykują jakie