Dodaj do ulubionych

Litewska lekcja

05.04.07, 04:53
Sława!
biznes.onet.pl/11,1400166,prasa.html
Litewska lekcja
(Nowe Życie Gospodarcze/24.03.2007, godz. 09:45)

Polskie uzdrowiska oraz wiele samorządów w kraju zelektryzowała ostatnio
wieść, iż trzydzieści tysięcy Kuwejtczyków gotowych byłoby leczyć się i
wypoczywać w naszych uzdrowiskach.

Na razie jeżdżą do Czech, Niemiec, bo tam mają zapewnione dobre warunki. I
nie tylko o zabiegi lecznicze im chodzi, ale moc innych atrakcji, jakie
zapewniają tamtejsze kurorty.

Polskie walory przyrodnicze są jeszcze ciekawsze (albo przynajmniej
porównywalne) niż u południowych i zachodnich sąsiadów. Cóż z tego, skoro w
2006 roku na leczenie uzdrowiskowe jest cztery razy mniej pieniędzy niż np. w
1998 roku. Zagranicznych gości to specjalnie nie przeraża. Oni płacą żywą
gotówką. Większy problem w tym, że nasze sanatoria są w 100 procentach
spółkami skarbu państwa i nie mogą korzystać ze wsparcia funduszy unijnych,
by podnieść swój standard, powiększyć ofertę. W dodatku jest ich bardzo mało.
Zaledwie 25. Do tego dochodzą jeszcze zwykłe polskie lokalne swary.

Takie np., jakie są w regionie północno-wschodnim, miejscu o szczególnych
walorach przyrodniczych, których zazdroszczą nam obcokrajowcy. Suwalszczyzna,
Mazury, Ziemia Białostocka, Pojezierze Augustowskie to – rzec by można – cud
natury. Wie o tym każdy, kto choć raz postawił tu swoją stopę. Niestety, żyją
pełnią życia dwa, trzy miesiące w roku. Potem zapadają w długi zimowy sen.
Wciąż bowiem tylko się mówi o przedłużaniu sezonu turystycznego, uruchamianiu
zakładów przyrodoleczniczych, które tętniłyby życiem przez okrągły rok.

Augustów – miasto niespełnionych nadziei

Jednym z pomysłów są właśnie uzdrowiska. Chodzi tu nie tylko o leczenie
skołatanych nerwów czy innych narządów, ale o to, by można było do takich
uzdrowiskowych miejscowości przyjeżdżać całymi rodzinami. Zdrowi
delektowaliby się walorami przyrodniczymi w jakimś pensjonacie, a chorzy
członkowie rodziny rozkoszowali się np. borowinami w sanatoryjnej wannie.

Tylko na Warmii i Mazurach aż siedem miejscowości ma warunki przyrodnicze do
urządzenia tu uzdrowisk. Na razie funkcjonuje jedno niewielkie w Gołdapi przy
polsko-kaliningradzkiej granicy. Najdłużej o uzdrowisku marzy Augustów. O
sanatoriach mówi się tu od co najmniej lat 20. ubiegłego wieku!

Poważna szansa na stanie się uzdrowiskiem z prawdziwego zdarzenia pojawiła
się w roku 1961, gdy miasto uznane zostało za posiadające walory
uzdrowiskowe. Jako pierwsze wykorzystać okazję spróbowało ówczesne
Białostockie Zjednoczenie Budownictwa. Już w 1973 roku, w lesie nad skarpą
jeziora, stanął dom wypoczynkowy, który zdobył zresztą I nagrodę w konkursie
na najlepszą wówczas budowę w ówczesnym województwie białostockim. W 1976
roku Białostockie Przedsiębiorstwo Usług Socjalnych Budownictwa otrzymuje
decyzję ministra zdrowia o prawie prowadzenia sanatorium. Cieszyli się i
leczyli najpierw budowlani, potem ludzie innych zawodów. Potem uzdrowiskowego
leczenia imały się jeszcze dwa ośrodki, ale z przeciwnościami losu walczą
wciąż już tylko budowlani. No i leczą. A miasto wciąż śni niespełniony sen o
uzdrowisku.

Gdy w 1977 roku budowlani poprosili ówczesne władze województwa suwalskiego o
zgodę na rozbudowę ośrodka, otrzymali odmowę, bo "doprowadziłoby to do
dewastacji zieleni ... . Poza tym ośrodek będzie mógł być zaopatrzony w wodę
z sieci miejskiej dopiero w 1983 roku, a włączony do kanalizacji po 1985
roku".

Co prawda, sanatorium zapewniało, że samo zbuduje i kolektor i oczyszczalnię
ścieków, ale to nie przekonało urzędników. Po kilku latach od tamtego czasu
niepokorni budowlani znów zapukali do urzędniczych drzwi. Tym razem chcieli
budować porządny zakład przyrodoleczniczy dla 550 kuracjuszy. Na nic.
Województwo suwalskie trwało w oporze. "Jakieś tam Śledziki (to pieszczotliwe
określenie białostocczan) nie będą szarogęsić się po Puszczy Augustowskiej. -
Niedoczekanie - było słychać w wojewódzkich korytarzach. - Zbudujemy sami
swoje sanatorium. Nim wyjednano w centrali pieniądze na budowę, augustowianie
pokłócili się o lokalizację uzdrowiska. Jedni chronili brzeg jeziora, drudzy
las, a trzeciego miejsca po prostu nie było, bo tu albo las, albo woda! W
1987 roku, gdy Suwałki po raz pierwszy wypięły się na Białystok, pieniądze
trafiły do Iwonicza. I to tam jadą kuracjusze na leczenie. Pod koniec lat
80., gdy po tysiącach nieprzespanych z powodu kłótni nocy, augustowianie
zdecydowali się wreszcie na zlokalizowanie uzdrowiska na terenie przy wylocie
szosy z miasta w kierunku Sejn, zmienił się ... ustrój! No i obiecane w 1989
roku przez ministra zdrowia miliony złotych nie doszły już do Puszczy
Augustowskiej. Nowe władze miały wówczas ważniejsze sprawy na głowie niż
jakieś tam uzdrowisko. Przy okazji wyszło na jaw, że walczący przeoczyli
drobny fakt ..., nikt nigdy miastu nie nadał statusu uzdrowiska! Błąd
naprawiono dopiero w 1993 roku, a więc po ... 32 latach (!) od pierwszego
wpisu Augustowa do wykazu miejscowości posiadających walory uzdrowiska. Ale
prawdziwego uzdrowiska (poza budowlanym ośrodkiem) jak nie było, tak nie ma.
Spory co do różnych inwestycji nie ustały. A i o dzielnicy uzdrowiskowej już
mało pamiętał.

Ile dzielnic?

Przypomniało o tym na początku 2006 roku Towarzystwo Miłośników Ziemi
Augustowskiej. W ratuszu odbyło się spotkanie z burmistrzem. Społecznicy
zaproponowali tym razem, by dzielnicę sanatoryjną zlokalizować na osiedlu
Borki, gdzie znajduje się kilka ośrodków wypoczynkowych z minionej epoki,
m.in. po ZSMP, które już nie odpowiadają standardom dnia dzisiejszego. Stoją
zaś nie tylko w mieście, ale i w lesie, gdzie rosną dorodne sosny. Problem w
tym, że teren należy do lasów państwowych. A te zawsze i wszędzie bronią się
skutecznie przed uszczupleniem ich włości.

Burmistrz Leszek Cieślik wskazywał jeszcze na kilka innych aspektów. Miejsce,
gdzie byłaby zlokalizowana dzielnica sanatoryjna, zostaje od razu objęte
ścisłą strefą ochronną. Nie mogą w pobliżu odbywać się ani szumne imprezy
turystyczno-rekreacyjne, ani funkcjonować zakłady produkcyjne. Ma być cicho,
spokojnie! Tak więc, ten teren miasta wyłączony zostałby z działalności
gospodarczej. Lepiej zatem lokalizować dzielnicę tam, gdzie już funkcjonuje
sanatorium "Budowlani". Też w lesie, w pobliżu wody, niedaleko od głównego
traktu przelotowego w mieście.

Na to miłośnicy Augustowa, że jedno drugiemu nie przeszkadza. Może i powinno
być z kilka dzielnic uzdrowiskowych w mieście. Niech sanatoria konkurują ze
sobą. Rzecz w tym, że – jak na razie – nie widać chętnych do ich budowy, ba,
nawet rozbudowy istniejącego sanatorium. Mało tego – okazuje się, że trzeba
stracić kolejne trzy lata, by ... uchwalić od nowa statut uzdrowiska! Bo ten
z 1993 roku już zdezaktualizował się. Fakt, skoro po dzień dzisiejszy nie
wiadomo, gdzie mają powstać sanatoria?

– Ta niemoc władz jest porażająca – nie ma wątpliwości Piotr Zalewski,
działacz Stowarzyszenia. – Kilkadziesiąt lat sporów, dyskusji. I żadnych
efektów. Na razie sytuacja jest taka, że przez Augustów właśnie mkną
samochody, autokary z całej Polski oraz ze znacznej części Europy Zachodniej
do ... uzdrowiskowo-turystycznych Druskiennik na Litwie! Zamiast zatrzymać
się i leczyć u nas, dają zarobić braciom Litwinom. W takiej samej wielkości
mieście i podobnych walorach przyrodniczych funkcjonuje kilkanaście
sanatoriów. Większość została sprywatyzowana, oddzielono części hotelowe od
leczniczych. Tak więc przyjeżdżają tu całe rodziny, i chorzy, i zdrowi.
Miasto kwitnie, rozwija się, słychać tam z kilka języków obcych na raz.

Druskiennicka tradycja i nowoczesność

Druskienniki to już nie tylko miejsce, gdzie emeryci, renciści lub cierpiący
na wi
Obserwuj wątek
    • ignorant11 Re: Litewska lekcja (2) 05.04.07, 04:54


      Druskiennicka tradycja i nowoczesność

      Druskienniki to już nie tylko miejsce, gdzie emeryci, renciści lub cierpiący na
      większe i mniejsze dolegliwości ludzie, w tym i z Polski, leczyli przez lata
      swe choroby, ale nade wszystko miejscowość turystyczna, świadcząca usługi na
      europejskim poziomie. W lipcu 1997 r. wprowadzono w Republice Litewskiej nowe
      zasady odpłatności za pobyt w sanatoriach (100-procentowe koszty pobytu są
      pokrywane tylko dla ok. 20 proc. emerytów i rencistów), od lutego 2002 r.
      litewską walutę lita związano z euro zamiast sztywnego dolara (1 lit = 3,45
      euro). Wówczas ceny wyrównały się z polskimi, przerosły rosyjskie i
      białoruskie, a litewskie sanatoria i miasteczko opustoszały. Rosjanie, którzy
      wszak już od dawna musieli mieć przy wjeździe na Litwę wizy, zaczęli leczyć się
      w swych uzdrowiskach, a polskim emerytom - przy kursie 74-80 centów za
      złotówkę - nie za bardzo opłacało się tu leczyć.

      Ale już w 1998 roku A. Szlekys, ówczesny dyrektor generalny departamentu
      turystyki Litwy, radził, by uzdrowisko nastawiło się na tych, co pieniądze
      mają. W czasach - przekonywał - gdy zmęczeni problemami dnia codziennego
      przedsiębiorcy szukają ciszy, spokoju, szybkiej i skutecznej regeneracji sił,
      to Druskienniki powinny ich przyciągnąć, bo mają ku temu warunki przyrodnicze.
      Trzeba tylko przygotować na odpowiednim poziomie inne usługi.

      Przedsiębiorczy druskienniczanie, a także biznesmeni z całego kraju wcielają tę
      myśl w życie. Jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nowe hoteliki i
      pensjonaty, oko przyciągają pięknie odrestaurowane przedwojenne drewniane
      wille. Prywatyzowane są kolejne sanatoria. Druskienniki wyglądają jak jeden
      duży plac budowy i remontów. W mieście słychać nie tylko polską czy rosyjską
      mowę, ale także niemiecką, angielską, szwedzką, japońską, izraelską,
      hiszpańską. Zysk licznych kawiarenek, barów, pensjonatów pochodzi już nie od
      ubogich polskich czy trochę bogatszych, acz skąpych niemieckich emerytów, ale
      od nowobogackich Litwinów i Rosjan, wpadających do "wód" na weekend lub
      kilkudniowy wypoczynek, połączony z jakimiś zabiegami leczniczymi. A jest gdzie
      i jak wypocząć oraz stracić trochę euro.

      Właściciele sanatoriów oddzielają część sanatoryjną od wypoczynkowej,
      urządzając w tej drugiej naprawdę europejskie warunki. W ekspresowym, bo
      zaledwie rocznym tempie odrestaurowano też przedwojenną lecznicę druskiennicką.
      Czego tu teraz nie ma! Marmurowe hotele, pokoje relaksu, wanny ziołowe,
      wertykalne, wirowe, z jodem, bromem, terpentyną, masaż podwodny, prysznic
      cyrkularny, łaźnia parowa, masaże różnych typów. Można sobie zaaplikować m.in.
      kompleks zabiegów zmniejszających napięcie emocjonalne, zabezpieczających sen,
      polepszających potencję, odbyć terapię likwidacji cellulitu, odchudzania,
      pielęgnacji cery - łącznie 50 procedur leczniczych! Za konsultację płaci się
      lekarzowi 20 litów, zaś za 30 centów można wypić kubek leczniczej wody
      mineralnej. Tymczasem w takim Augustowie miejscowy szpital znajduje się już na
      skraju bankructwa i ani mu w głowie nie tylko marmury, ale nawet zwykła
      przyrodolecznicza kuracja chorych tubylców i turystów.

      Jeszcze taniej, bo tylko za jednego lita, można pochodzić po leczniczym
      (naprawdę!) brodziku z wodą i małymi kamieniami mieszczącym się w parku w
      centrum miasteczka. Brodząc po wodzie z leczniczymi kamieniami, uprawia się
      tzw. akupunkturę stóp, która poprawia stan niemal wszystkich organów człowieka.
      Opodal można skorzystać za dwa lity z kąpieli w kaskadach wodnych.

      A gdy już człowiek uleczy nerwy, stopy i wątrobę, czas na posiłek. A tu brać,
      przebierać i wybierać: litewskie bliny, cepeliny, czebereki, kibiniai lub też
      armeńskie szaszłyki czy kuchnia chińska. Dla tych, co lubią pichcić nawet
      podczas urlopu, markety (jeden sieci IKI, drugi litewski) oferują produkty z
      całego świata, owoców morza nie wyłączając.

      Nic dziwnego, że podczas gdy na Suwalszczyźnie, ziemi augustowskiej,
      białostockiej czy mazurskiej turyści dają tubylcom zarobić grosik jakiś przez 2-
      3 miesiące w roku, w pobliskich Druskiennikach życie tętni przez okrągły rok.
      Może zatem warto skorzystać z doświadczeń bliskich sąsiadów. Nawet prezydenci
      Litwy i Polski: Valdas Adamkus i Aleksander Kwaśniewski na pożegnalny obiad (w
      związku z upływem kadencji polskiej głowy państwa) wybrali 4 listopada 2005
      roku Druskienniki, a nie np. Augustów.

      Jan Wyganowski




      Forum Słowiańskie
      gg 1728585

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka