ignorant11
14.05.07, 03:10
Sława!
Bartłomiej Sienkiewicz dla DZIENNIKA
2007-05-14 02:04
"Polska może wygrać z Rosją"
www.dziennik.pl/Default.aspx?TabId=14&ShowArticleId=44100
Krakowski szczyt energetyczny był jak wejście między wódkę a zakąskę w
rosyjsko-niemieckiej biesiadzie - pisze w DZIENNIKU Bartłomiej Sienkiewicz.
Demonstracją, że można zdobyć się na działalność na Wschodzie niekoniecznie z
Niemcami.
Jeszcze przed szczytem energetycznym w Krakowie odtrąbiono jego fiasko.
Powodem była nieobecność Nursułtana Nazarbajewa, prezydenta Kazachstanu,
kraju kluczowego jeśli chodzi o rezerwy ropy, o którego względy toczy się
walka między Rosją, Chinami i Zachodem.
Czy tak jest rzeczywiście? Rząd PiS nie jest zbyt wymowny jeśli chodzi o cele
polityki zagranicznej. Po części wynika to z osobowości braci Kaczyńskich czy
pani minister spraw zagranicznych, a po części zapewne z przekonania, że
wobec fali krytyki jakakolwiek deklaracja i tak zostanie albo wyśmiana albo
zlekceważona.
Faktycznie, trudno dziś zauważyć przypisywanie rządzącym jakiś szczególnych
osiągnięć w polityce unijnej, nie mówiąc już o wizerunku, jaki przylgnął do
rządów Kaczyńskiego w oczach europejskiej opinii publicznej. Na Wschodzie
zresztą nie jest lepiej: mroźne stosunki z Rosją, impas jeśli chodzi o
Białoruś, kłopoty pomarańczowych na Ukrainie.
Ale konsekwencja i cichy upór w działaniach na Wschodzie, jaki Polska
przejawiała przez ostatnie pół roku, każe się zastanowić, czy nie mamy w tym
wypadku do czynienia z dobrze ułożonym planem, którego cele są daleko
ambitniejsze, niż krakowskie nieformalne spotkanie.
Topografia wizyt
Jest taki dość oklepany, analityczny sposób na odgadywanie zamiarów w
polityce zagranicznej państwa, które nie ma skłonności do nadmiernej
jawności. To badanie częstotliwości i topografii wizyt oficjalnych i ich
szczebla. Od stycznia do kwietnia państwa Kaukazu i Azji Centralnej były
terenem zmasowanego desantu wysokich rangą urzędników Rzeczpospolitej.
Dwukrotnie przebywał tam z wizytami prezydent Lech Kaczyński (Kazachstan i
Azerbejdżan, potem osobno Gruzja), szefowa dyplomacji (wszystkie trzy państwa
Kaukazu). Przedtem i potem wizytowali te rejony wiceministrowie gospodarki i
MSZ.
A przecież, aby te wizyty doszły do skutku, musiała mieć miejsce krzątanina
dyrektorów departamentów na niezliczonych spotkaniach i konsultacjach, bo tak
się zwykle dzieje w dyplomacji. Dodajmy do tego spotkania prezydenta
Kaczyńskiego z ukraińskim prezydentem Juszczenką (trzykrotne w tym roku), z
prezydentem Litwy i wizytę w Warszawie premiera Janukowycza, śmiertelnego
wroga Juszczenki.
Chyba nie było żadnego innego obszaru (oprócz Brukseli rzecz jasna), któremu
państwo polskie poświęciło by w ostatnich latach tyle uwagi w tak krótkim
czasie. Poza Litwą wszystkie państwa leżą na jednej osi. I to wszystko po to,
by w Krakowie zebrać paru prezydentów na nieformalnym szczycie, bez wspólnych
deklaracji i konkretnych umów? Chyba za dużo pracy na taki efekt.
Niespodziewane reakcje
Gdyby chodziło o "czapkę dyplomatycznych gruszek", nie bylibyśmy świadkami
dość niecodziennego zjawiska. Oto aktywność Polski na obszarze WNP powoduje
gwałtowne poruszenie Rosji. Tego samego dnia, gdy prezydent Kaczyński kończy
wizytę w stolicy Kazachstanu (29 marca), z niespodziewaną wizytą do
Astany "wpada" na chwilę premier Federacji Rosyjskiej Jurij Fradkow.
Zaledwie tydzień po tym, jak Lech Kaczyński wraca do Polski i ogłasza
deklarację o zaproszeniu prezydenta Nazarbajewa na szczyt energetyczny,
prezydent Władimir Putin ogłasza chęć złożenia wizyty w "bratnim
Kazachstanie". Im bardziej się konkretyzował termin i lista zaproszonych do
Krakowa gości, tym bardziej konkretny stawał się plan wizyty Putina.
Potem Rosjanie dołączyli do tego Turkmenistan i oto zbieg okoliczności:
akurat w terminie krakowskiego spotkania Rosja urządziła równoległy, "mały
szczyt" energetyczny w Aszchabadzie, w ten sposób niejako "wyjmując" Polakom
Kazachstan jako uczestnika spotkania. Dodajmy - wyjmując niezupełnie, bo
obecność wiceministra energetyki Kazachstanu na spotkaniu w Polsce jest
niczym innym niż zastępstwem samego prezydenta Nazabajewa.
Skąd ta nerwowość?
To kluczowe pytanie, zważywszy, że Rosja Putina właściwie Warszawę ignoruje,
a jeśli już zwraca uwagę, to w formie połajanek. Polska nie posiada atutów,
które mogłyby dla Rosji stanowić realne zagrożenie: siły gospodarczej,
posłuchu i znaczącego wpływu w instytucjach Unii Europejskiej czy trwałego
zakorzenienia w krajach Wspólnoty Niepodległych Państw. Ale, jak się wydaje,
rosyjska reakcja jest pochodną lęków, które spędzają sen z powiek lokatorom
Kremla.
W ostatnim roku zaszły bowiem na obszarze dla Rosji strategicznym niepokojące
dla niej zmiany. Po pierwsze, klan Nazarbajewów, nadal w znacznej mierze
uzależniony od Rosji w zakresie przesyłu surowców energetycznych, stopniowo i
systematycznie powiększa swój margines swobody. Podejmuje wspólne plany
wyprowadzenia rurociągów i gazociągów do Chin, jest bliski zawarcia
korzystnego dla siebie porozumienia w sprawie przesyłu ropy szlakiem Baku-
Tbilisi-Ceyhan.
W obydwu działaniach nie ma miejsca dla Rosji. W Turkmenistanie, po epoce
Nijazowa, nowy Turkmenbasza Berdymmuchamedow nie jest już tak chętny jak jego
poprzednik, by pełnić wyłącznie rolę namiestnika "rosyjskiej kolonii
gazowej", czego dowodem była rzecz jak na WNP niesłychana - w pierwszą podróż
nie ruszył do Moskwy, tylko z pielgrzymką do Mekki (przy okazji odbywając
spotkania w Arabii Saudyjskiej).
Na razie Turkmenistan wprawdzie jest gotowy nawet do zwiększenia dostaw gazu
do Rosji, ale przykład niedalekiego, wypchanego petrodolarami Azerbejdżanu,
działa w dłuższej perspektywie jak magnes. Dla Kremla to potencjalnie
niebezpieczna sytuacja: grozi utratą monopolu na trasy przesyłowe surowców z
terenu b. ZSRR, a w konsekwencji pojawieniem się konkurencji dla własnych
węglowodorów na światowych rynkach.
Ale to także wielki kłopot polityczny: Moskwa przestaje być jedynym punktem
odniesienia dla elit władzy Azji Centralnej. Szczyt w Krakowie nie ma
znaczenia natychmiastowego, jego następstwem nie muszą być zawarte kontrakty
czy decyzje dotyczące rurociągu Odessa - Brody. Ale może pomóc w
uświadomieniu krajom południowej "osi", że istnieje alternatywa wobec
rosyjskiego monopolu - i gospodarcza, i polityczna.
Tym bardziej, że Polska występuje jako kraj unijny, a sama koncepcja
partnerstwa energetycznego z krajami Azji Centralnej i Kaukazu jest
deklarowanym priorytetem Brukseli (wraz z projektem Odessa - Brody). Szczyt
zorganizowany przez Polskę był więc niczym innym, jak prowadzeniem unijnej
polityki, tyle że bez Javiera Solany czy komisarza ds. energii Pielbalsa…
Ktoś w Warszawie dobrze odrobił lekcję: uważnie obserwował to, co dzieje się
na Wschodzie, i dobrze wybrał moment inicjatywy.
Między wódkę a zakąskę
Dodatkowego smaku dodaje kontekst niemiecki krakowskiego spotkania. Do tej
pory bowiem żadna inicjatywa Unii wobec Wschodu nie mogła się obejść bez
Niemiec, które zajęły wręcz dominującą pozycję w kształtowaniu wschodniej
polityki UE. Po epoce Schroedera w Polsce dobrze zapamiętano największe
rozczarowanie polityką zachodniego sąsiada: Moskwa okazała się stolicą
położoną bliżej Berlina niż Warszawa, mimo wspólnoty w UE i NATO.
To, co było widać od dłuższego czasu w działaniach dyplomacji niemieckiej, to
dążenie, by w inicjatywach politycznych na Wschodzie zawsze zagwarantować
miejsce dla Rosji. I kiedy w ubiegłym roku minister spraw zagranicznych
Steinmeier ogłosił plany intensyfikacji współpracy politycznej i
energetycznej z państwami Kaukazu i Azji Centralnej, jako platformę działania
Niemcy wybrały Organizację Współpracy Gospodarczej Państw