Dodaj do ulubionych

Białoruś

21.07.03, 19:04
Sława!

grupa linków dotyczących Białorusi:
wiem.onet.pl/wiem/fts.html?q=Bia%B3oru%B6&szukaj.x=21&szukaj.y=8
Obserwuj wątek
    • ignorant11 Re: Białoruś 07.08.03, 03:45

    • ignorant11 Komentarz Sokrata Janowicza 30.08.03, 23:47
      Komentarz Sokrata Janowicza


      not. dp 21-08-2003, ostatnia aktualizacja 21-08-2003 18:41

      Sokrat Janowicz, polski i białoruski pisarz, publicysta mieszkający na
      Białostocczyźnie:

      Likwidacja "Ratuszy" Wpisuje się w ten sam nurt wydarzeń co likwidacja
      niezależnych radiostacji i czasopism, m.in. tygodnika "Pahonia", białoruskiego
      liceum w którym wykładali słynni opozycjoniści. Słowem - Łukaszenko szykuje się
      do trzeciej kadencji prezydenckiej i w tym celu likwiduje wszelką opozycję.
      Jest trochę jak Turkmenbasza, tyle że ten postąpił jednoznacznie, ogłaszając
      się prezydentem Turkmenistanu aż do śmierci, a Łukaszenko stwarza pozory
      demokracji. "Ratusza" była jedyną organizacją, która mogła jeszcze coś zrobić w
      Grodnie, otrzymywała granty z zagranicy.

      Nie ma już ani jednak szkoły z językiem białoruskim. Ludziom o psychice
      sowieckiej, którzy sprawują władzę na Białorusi, język i kultura białoruska
      kojarzą się z Europą, z przebrzydłym zachodem. Poniekąd słusznie, bo kultura
      białoruska odrodziła się nie pod wpływem Rosji, lecz pod wpływem Europy, za
      pośrednictwem Polski. Płucami tego odrodzenia byli w XIX wieku katolicy. Teraz
      szkoły białoruskie zlikwidowano, żeby nawet nie śmierdziało jakąkolwiek Europą.
      Wszystko po to, by upodobnić się do Rosji. Odległym zamiarem Łukaszenki jest
      bowiem zasiąść na tronie na Kremlu. Nie rozumiem, dlaczego on wierzy, że może
      to osiągnąć, ale wierzy. Chce z Białorusi jak z trampoliny skoczyć na Kreml, a
      Kreml go wykorzystuje, by trzymać za mordę Białoruś.
      • ignorant11 Największa organizacja pozarządowa na Białorusi ro 30.08.03, 23:49
        Największa organizacja pozarządowa na Białorusi rozwiązana



        ZOBACZ TAKŻE


        • Kto następny? (21-08-03, 18:40)
        • Komentarz Sokrata Janowicza (21-08-03, 18:40)
        • Białoruś wprowadza cenzurę wiadomości w radiach (22-07-03


        Cezary Goliński, Mińsk 21-08-2003, ostatnia aktualizacja 21-08-2003 18:15

        Grodzieński sąd nakazał w czwartek likwidację Ratuszy - największej na
        Białorusi organizacji pozarządowej. Przyczyną było nielegalne posiadanie przez
        jej szefa ryzografu - prostej maszyny drukarskiej.

        Aleksander Milinkiewicz na początku lat 90., gdy powstawała niepodległa
        Białoruś, był animatorem odrodzenia Grodzieńszczyzny. Wicemer ds. kultury
        przywrócił przedwojenne nazwy ulic i uruchomił wskazówki zegara na wieży
        kościoła farnego w centrum miasta.

        Gdy do władzy na Białorusi doszedł pochodzący ze wschodu kraju Aleksander
        Łukaszenko, tzw. zachodniacy musieli odejść. Założyli wówczas pozarządowy
        ośrodek propagujący idee białoruskiej niepodległości i jej związków nie tylko z
        Rosją, lecz również z Zachodem.

        Ratusza działała bez problemów do czasu, gdy jej działacze wpadli na pomysł, by
        w wyborach prezydenckich w 2001 roku wystawić własnego, demokratycznego i
        prozachodniego kandydata. Były bokser i wicewojewoda grodzieński Siamion Domasz
        nie odważył się wówczas stanąć twarzą w twarz z Aleksandrem Łukaszenką. Ale
        promująca go Ratusza, która utworzyła koalicję organizacji pozarządowych, i tak
        doczekała się kary.

        Pretekstem stało się posiadanie przez szefa Ratuszy otrzymanego z zagranicy
        ryzografu - prymitywnej maszyny drukarskiej. Odpowiednie organy uznały, że
        Milinkiewicz posiada ją bezprawnie - jako osoba fizyczna. Kierownictwo Ratuszy
        postanowiło ratować skórę, przekazując "nielegalny" sprzęt grodzieńskiemu
        uniwersytetowi. - Rektor na początku przyjął prezent z wdzięcznością - mówi
        Milinkiewicz. - Potem raptem się go wyparł.

        Czwartkowe postanowienie sądu było tylko formalnością.

        Od początku tego roku białoruskie władze zlikwidowały cały szereg organizacji
        pozarządowych w całym kraju - m.in. baranowicką Warutę, Wieżę z Brześcia czy
        witebski Kontur.
      • lacietis Re: Komentarz Sokrata Janowicza 06.09.03, 11:14
        Żart w "KWN":
        Aleksander Gregoriewicz nie chce juz dłużej być prezydentem!... Na
        poniedziałek wyznaczono KORONACJĘ!
    • ignorant11 Wizy na Białoruś za 10 euro 30.08.03, 23:51
      Wizy na Białoruś za 10 euro


      pap, dp 26-08-2003, ostatnia aktualizacja 26-08-2003 18:27

      Od 1 października bez wizy na Białoruś będą mogli wjeżdżać tylko podróżni
      przejeżdżający przez ten kraj tranzytem. Pozostali zapłacą za wizę 10 euro. Dla
      wielu osób, m.in. dzieci, uczniów, studentów, nauczycieli i osób powyżej 65.
      roku życia, przewidziano jednak zwolnienie z opłaty

      Takie rozwiązania przewiduje umowa o ruchu osobowym między Polską a Białorusią
      podpisana w środę w Mińsku. Zasady ruchu granicznego zmieniają się z powodu
      wejścia Polski do Unii Europejskiej. Unia, która obawia się nielegalnej
      imigracji, terroryzmu i przemytu, wymaga od nas wprowadzenia wiz dla naszych
      wschodnich sąsiadów. Polski MSZ zabiegał, by sąsiedzi nie odwdzięczali się nam
      tym samym. W zamian oferował darmowe wizy dla Rosjan, Ukraińców i Białorusinów.
      Na taką umowę zgodziła się tylko Ukraina. Zawarta w środę umowa z Białorusią
      przewiduje, że warunki przekraczania granicy będą takie same w obie strony.
      Dotychczas nie udało się zawrzeć umowy z Rosją. Od dawna wiadomo jednak, że nie
      ma mowy o ruchu bezwizowym dla Polaków. MSZ zapewnia, że umowa zostanie
      podpisana we wrześniu.

      Umowa z Białorusią przewiduje, że od 1 października 2003 roku wizy obowiązywać
      będą prawie wszystkich. Zwolnione będą tylko osoby jadące przez Białoruś
      tranzytem i mające wizę do jednego z państw WNP, Chin lub Mongolii. To samo
      dotyczyć będzie obywateli Białorusi mających wizę jednego z państw Schengen
      (czyli m.in. Niemiec). Pozostali zapłacą za wizę 10 euro. W umowie wymieniono
      jednak osoby, które będą zwalniane z opłaty: osoby do 16. roku życia i powyżej
      65 lat, odwiedzający groby bliskich (na okres 10 dni, dwukrotnie w ciągu roku),
      uczestnicy imprez oświatowych, kulturalnych, naukowo-technicznych i sportowych,
      nauczyciele akademiccy, studenci, nauczyciele i osoby uczestniczące w
      wymianach, inwalidzi. Osoby odwiedzające rodziny będą miały prawo do wizy
      wielokrotnego wjazdu za połowę ceny. Wizy wielokrotne przysługiwać będą także
      pracownikom kolei, kierowcom tirów, ciężarówek i autobusów oraz uczestnikom
      wymian organizowanych przez władze państwowe i samorządowe.

      Wizy mają być wydawane od ręki tym, którzy mogą okazać zawiadomienie o ciężkiej
      chorobie lub śmierci członka rodziny. Przewidziano też przypadki, w których na
      wizę trzeba będzie po obu stronach granicy czekać tylko dwa dni: gdy
      podróżujący potrzebuje pomocy medycznej, dla organizatorów wystaw, targów,
      konferencji i seminariów gospodarczych.

      Na Białorusi wizy do Polski wydawane będą w ambasadzie w Mińsku oraz w
      konsulatach w Brześciu i Grodnie. W Polsce oprócz ambasady w Warszawie
      konsulaty Białorusi znajdują się także w Gdańsku i Białymstoku.
    • ignorant11 Tomas Venclova W Rezerwacie Łukaszenki 06.09.03, 09:34
      W rezerwacie Łukaszenki
      Tomas Venclova przed ruinami zamku w Krewie
      Fot. Dzianis Ramaniuk

      Tomas Venclova 05-09-2003, ostatnia aktualizacja 05-09-2003 20:54

      O Białorusinach, którzy za Wilnem tęsknią bardziej niż Polacy, o prorosyjskim
      reżimie, który broni się przed rosyjskim kapitałem, i o tym, jak pod rządami
      Łukaszenki język białoruski staje się symbolem opozycji i świadomości
      obywatelskiej opowiada Tomas Venclova

      31 maja 2002

      Jedziemy z Wilna do Mińska, w którym nie byłem od czasów studenckich. Białoruś
      to najbardziej (oprócz być może Albanii) egzotyczny kraj w Europie: rezerwat
      sowietyzmu, królestwo Łukaszenki, zona Czarnobyla - można znaleźć jeszcze inne
      synonimy. Wiezie nas - mnie i moją żonę - starym, za to zachodniej produkcji
      samochodem, Dzianis Ramaniuk, fotograf, mieszkaniec Wilna, ożeniony z Litwinką,
      a i sam już mocno zlitwinizowany. Wyznanie - grekokatolik, ale to wybór czysto
      polityczny, ponieważ do cerkwi nie chodzi. Pytam, czy są w Mińsku świątynie
      greckokatolickie. Jakaś jest, ale w prywatnym domu.

      Tak jak dla większości białoruskich inteligentów dla Dzianisa Wilno to święte
      miasto, prawdziwa narodowa Jerozolima (Mińsk w najlepszym wypadku pełni funkcję
      Tel Awiwu). Dzianis przygotował album dachów starego Wilna, chce go wydać z
      przedmową w kilku językach. Prosi, żebym to ja przetłumaczył ją na litewski -
      chętnie się zgadzam, tym bardziej że po białorusku rozumiem każde słowo,
      chociaż nigdy się tego języka nie uczyłem (wystarczy znajomość rosyjskiego i
      polskiego, żeby nie mieć trudności z tekstem). Zmarły niedawno ojciec Dzianisa
      też był fotografem i znanym etnologiem, przygotował albumy białoruskich strojów
      ludowych i krzyży. Dzianis pokazuje nam album krzyży - niewątpliwie znakomity.
      Białorusini mają zwyczaj zdobić krzyże haftowanymi ręcznikami, a nawet
      ubraniami, dzięki czemu przypominają ludzi, a grupy krzyży - sceny z karnawału.
      Album wydała za swoje pieniądze białoruska diaspora w Londynie, chociaż
      starszego Ramaniuka życzliwie potraktował także Łukaszenko - dał mu nagrodę
      państwową.

      Granicę w Miednikach przekraczamy bez szczególnych przygód. Według Dzianisa
      Litwini przepuszczają szybko - Białorusini nie zawsze, ale my mamy szczęście.
      Mam w paszporcie białoruską wizę, ale okazuje się, że obywatelom Litwy, jeśli
      ukończyli już 60 lat, nie jest nawet potrzebna. Szosa nie najgorsza, ale jakaś
      martwa. Kiedyś jeździłem do Mińska przez Oszmianę, teraz z nowej (sowieckiej)
      szosy widać tylko kilka oszmiańskich domów, sylwetka kościoła znikła. W dawnych
      latach kościół nie miał dachu, najwyraźniej zamierzano go zburzyć, ale teraz
      został odbudowany. Nabożeństwa odprawia się w nim po polsku - i
      ta "repolonizacja" najwyraźniej Dzianisa nie zachwyca. Jak niemal wszyscy
      Białorusini, których spotykamy, jest gorącym patriotą. Pytam, kto według niego
      jest największym białoruskim malarzem. Odpowiedź nieco zaskakuje: Kazimierz
      Malewicz i Marc Chagall. Obaj, jeżeli się nie mylę, urodzili się i jakiś czas
      pracowali na terytorium Białorusi, ale jeśli chodzi o pierwszego, zawsze
      uważano, że to rosyjski malarz polskiego pochodzenia, a drugi - Francuz
      pochodzenia żydowskiego. "A pisarz?" "Maksym Bogdanowicz, Janka Kupała - no i
      oczywiście Adam Mickiewicz". "A co z Dostojewskim?". "Z Dostojewskim to
      bardziej skomplikowane".

      Popiersie Dzierżyńskiego i złocone kopuły

      Tania, moja żona, mówi, że jest zakochana w tutejszych krajobrazach.
      Rzeczywiście, nieskończona dal rozciąga się dookoła aż na 360 stopni. A wokół
      to sośniak, to błękitniejący wrzos, to pola koniczyny. Koniczyną zarósł także
      Zamek Krewski, który stoi teraz trzy kilometry od szosy. Byłem tu 40 lat temu.
      Tak jak wtedy schodzimy w dolinę - na dole ledwie widać wioskę i ruiny zamku.
      Wszystko niby nic się nie zmieniło, lśnią tylko nowe (a może odnowione?)
      kościół i cerkiew. Szare kamienne mury zamku ledwo ledwo się trzymają - ale tak
      samo trzymały się i wtedy, a może jeszcze i w średniowieczu. Wciąż jeszcze stoi
      wieża Kiejstuta, zamordowanego w Krewie słynnego litewskiego księcia (i jego, i
      całą jego rodzinę Białorusini zaliczyli do swoich bohaterów narodowych).

      Tutejsze wioski wyglądają smętnie i bardzo po sowiecku. Nędza kołchozowa
      zastąpiła nędzę polskich kresów. Napisy co prawda wszędzie białoruskie. Czy
      trafiają się farmerzy? Są, ale bardzo nieliczni - Łukaszenko wszędzie
      pozostawił kołchozowe porządki, a farmerów i w ogóle wszelkich prywaciarzy dusi
      podatkami i ograniczeniami. Jednakże przy tym trochę flirtuje z ideą narodową,
      a już szczególnie z prawosławnymi hierarchami (słychać dowcipy, że już niedługo
      zostanie kanonizowany). Tuż przy szosie buduje się bardzo solidne cerkwie.
      Podobno niedawno otwarto całkiem przyzwoite muzea Mickiewicza w Nowogródku i w
      Zaosiu, gdzie poeta się urodził. Zamek w Lidzie odbudowano jeszcze w czasach
      sowieckich, a zamek w Mirze jest na liście UNESCO, ma w nim podobno zostać
      otwarty ośrodek dla konferencji międzynarodowych. Gorzej wygląda los zamku w
      Nieświeżu, ponieważ będzie tam prywatna rezydencja prezydenta - czyli
      Łukaszenki.

      Przy wjeździe do Mińska rzuca się w oczy owoc nowej polityki wobec religii -
      świeżo pozłocone kopuły. Buduje tu się gigantyczną cerkiew, jej kubatura śmiało
      może konkurować z moskiewską świątynią Chrystusa Zbawiciela. Wielopiętrowe
      osiedla otaczają stare stalinowskie śródmieście Mińska - wszystko to, mam na
      myśli rozmach i smętek urbanistyczny, przypomina Moskwę. Rozmiary tego miasta
      można przyrównać do Warszawy. Są nawet dwie linie metra (w moich czasach tego
      nie było). Jeśli chodzi o architekturę - Mińsk to nieokreślona, jednorodna masa
      bez jakichkolwiek wyróżniających się budowli. Może tylko w samym śródmieściu
      rozpoznaję konstruktywistyczny, przedwojenny jeszcze gmach rządu. Białorusin
      spotkany w Wilnie nazwał Mińsk "urodziwym miastem"; oto, do czego też może
      doprowadzić człowieka patriotyzm!

      Nadal stoi na swoim miejscu pomnik Lenina i popiersie Dzierżyńskiego, pozostała
      nie tylko siedziba KGB, ale i KGB jako takie. Nie ma ani śmieci, ani żebraków -
      zupełnie jak w sowieckich czasach. Aleje przestronne, ponieważ nie zastawiają
      ich ani kioski, ani stragany; do tego samochody mogą parkować tylko na
      podwórkach (zresztą nie ma ich zbyt wiele). Sklepy noszą staroświeckie nazwy i
      jak się zdaje, są wyłącznie państwowe. Po chleb kolejka. Całkiem przyzwoity
      tutejszy chleb kosztuje 180 miejscowych rubli, tak zwanych zajączków (dziesięć
      centów); ale i średnia pensja to wszystkiego 100 dolarów miesięcznie. Oprócz
      chleba żadne inne jedzenie do niczego się nie nadaje, radzą nam
      kiełbasę "doktorską", którą pamiętam z czasów mojej młodości - "doktorska"
      przynajmniej nie jest trująca. Karta kredytowa - rzecz praktycznie nieznana.
      Nawiasem mówiąc, internet również.

      Główna ulica Lenina została jednak przemianowana na cześć wilnianina Franciszka
      Skoryny - pierwszego białoruskiego drukarza [XVI w. - red.]. Jest też plac
      Niepodległości. Ale na nim właśnie, naprzeciwko siedziby rządu tkwi czarny
      Lenin i - jak mówią miejscowi - obserwuje, jak też długo ta niepodległość
      potrwa.

      Nie w języku okupantów

      Wita nas Aleś Ancipienka - rozmawiamy po angielsku albo po rosyjsku z domieszką
      białoruskiego. Kiedyś widziałem białoruskiego patriotę, który kategorycznie
      odmawiał mówienia "w języku imperialistów - rosyjskich okupantów".
      Rozmawialiśmy więc po angielsku, chociaż kosztowało go to mnóstwo wysiłku.
      Wtedy poprosiłem patriotę, żeby mówił po białorusku - obiecałem, że zrozumiem.
      Okazało się, że białoruskiego jeszcze nie opanował. Aleś nie ma takich
      kompleksów narodowych. Kierował tutejszą fundacją Sorosa, a teraz jest szefem
      Biełaruski Kalegium - wolnego uniwersytetu kształcącego 80 studentów, na którym
      wszystkie zajęcia prowadzi się po białorusku (są także inne uniwersytety, ale
      rosyjskie). Nocujemy w lokalu tego Kalegium czy też
      • ignorant11 Re: Tomas Venclova W Rezerwacie Łukaszenki(2) 06.09.03, 09:43
        Nocujemy w lokalu tego Kalegium czy też kolegium.

        Długa i ciekawa dyskusja z niektórymi miejscowymi inteligentami. O ile
        zrozumiałem, są zwolennikami "pracy organicznej" - czyli wychowywania
        nowocześnie myślącej elity i w ogóle projektów obliczonych na przyszłość. Ich
        zdaniem na zmianę reżimu teraz nie ma żadnej nadziei. "Nie żądamy oczywiście od
        was oddania Wilna, te pretensje były w znacznej mierze prowokacyjną grą Kremla.
        Nie ma też co czekać na integrację z Rosją. Rosji wcale nie jest potrzebna
        integracja, tylko nasza degradacja. Tani gaz i inne tego rodzaju rzeczy
        dostarczają nam niczym narkotyki - żebyśmy się uzależnili i już nie mogli żyć
        inaczej. Rzecz jasna, chodzi też o sprawy wojskowe. Soros twierdził, że Rosja
        pomoże nam się zdemokratyzować - no, ale tego z pewnością nie będzie. Niestety,
        opozycja jest bardzo słaba, niepoważna i rozdrobniona. Zianon Paźniak
        oczywiście przeszedł do legendy, ale swoje znaczenie utracił już dawno".
        Paźniak jeszcze w czasach pierestrojki był przywódcą narodowego ruchu oporu,
        takim tutejszym Vytautasem Landsbergisem (teraz na emigracji).

        Pytam, czy tutejszym dysydentom bardzo dokucza policja. "Teraz przesadnie nam
        nie dokucza, dlatego że i ferment polityczny nie jest zbyt silny. Ale jak
        wychodzicie na ulicę, bierzcie ze sobą na wszelki wypadek paszporty - człowieka
        bez dokumentów mogą zatrzymać".

        1 czerwca

        Kuropaty

        Początek dnia w Kuropatach. Kuropaty dla Białorusinów są tym samym, czym dla
        Polaków Katyń albo las Rainiai dla Litwinów, tyle że na znacznie większą skalę.
        Zamordowanych było wiele tysięcy. W latach 20. przeprowadzano w
        kraju "białorusinizację" - białoruski został uznany za język państwowy,
        powstawały narodowe - chociaż oczywiście kontrolowane - nauka i sztuka. Wtedy
        do Mińska powróciło wielu emigrantów gotowych uczestniczyć w odrodzeniu
        narodowym (wracali także z Kowna - na przykład filolog i historyk Lastouski,
        mąż litewskiej pisarki Lastauskiene). W latach 30. "białorusinizacja" została
        gwałtownie przerwana i prawie wszyscy uczestniczący w niej inteligenci
        zlikwidowani. Prawdopodobnie wielu z nich leży w Kuropatach, chociaż nie tylko
        oni. To miejsce wykrył i uczynił głośnym właśnie Paźniak - co stało się jednym
        z najważniejszych wydarzeń walki o niepodległość. Łukaszenko i jego towarzysze
        próbują teraz udowodnić, że w Kuropatach leżą nie ofiary Stalina, tylko Hitlera
        (ta sama taktyka, którą wypróbowano wobec Katynia).

        Po drodze policja nas jednak kontroluje - może dlatego, że nasze samochody mają
        litewskie numery. Kuropaty są niezbyt daleko od centrum Mińska. Przez sam ich
        środek buduje się szosę - w tej sprawie było mnóstwo demonstracji, ale teraz
        ich szczyt już minął. Jednak opozycjoniści dzień i noc dyżurują w namiocie przy
        samym wejściu - chodzi o to, aby nie niszczono grobów. Niedawno ktoś podpalił
        namiot, zginął jeden człowiek i zgliszcza stały się jeszcze jednym miejscem
        pamięci, ogrodzono je sznurkami, a w środku leży popiół i kawałki zwęglonego
        drzewa.

        W zaroślach panuje biblijny uroczysty spokój. Setki jednakowych drewnianych
        krzyży - dużych, z surowego drewna. Na wielu powiązano ręczniki, na kilku są
        tabliczki z nazwiskami, chociaż prawie wszyscy tu rozstrzelani są bezimienni.
        Nieco powyżej zbudowano coś, co nazwano Golgotą: trzy czarne drewniane krzyże -
        katolicki, prawosławny i unicki. Prowadzi do nich aleja krzyży. Kilku ludzi
        trudzi się za przykładem Józefa cieśli - robią nowe krzyże, następnie powoli
        wnoszą je po zboczu na górę, tam gdzie najwidoczniej będą kolejne aleje.
        Wszystko to dzieje się godnie w ciszy kościelnej, cieśle mają twarze piękne i
        spokojne. Chyba niezgoda na reżim jest tu twardsza i bardziej zdecydowana niż w
        czasach sowieckich dysydentów.

        Na zboczu obok czarna ławka z granitu, którą podarował Bill Clinton, kiedy
        odwiedził Kuropaty. Ławkę nocą ktoś połamał, ale już jest naprawiona. Podchodzi
        korespondentka niezależnego radia - nie czekała na nas, nie, to po prostu zbieg
        okoliczności. Pyta, jak na Litwie troszczą się o mogiły zesłańców i
        partyzantów - opowiadam to, co wiem.

        Wydłużona kadencja

        Po powrocie do centrum raz jeszcze spotykamy się z niezależnym radiem. W
        bocznej uliczce mieści się prywatne studio nagrań - stąd nagrania skomplikowaną
        drogą (szczegóły pominiemy) trafiają w eter. Studio nie jest zarejestrowane, to
        znaczy, że wisi nad nim miecz Damoklesa, ale na razie policja go nie rusza,
        przeciwnie, dzisiaj udało się nawet otworzyć własny łebsajt, dlatego wszyscy są
        w świątecznym nastroju. Pytam, jakich represji można oczekiwać, jeśli władza
        się na nie zdecyduje. No, może po prostu zerwać umowę najmu (studio wynajmuje
        mieszkanie prywatne) i wtedy trzeba będzie szukać innego pomieszczenia i drożej
        za nie płacić. A na przykład w Grodnie trwa proces niezależnych dziennikarzy,
        którym grożą dwa lata więzienia za obrazę prezydenta (prokurator domaga się
        pięciu).

        Udzielam wywiadu. Potem znajduję człowieka, który opowiada mi o tutejszych
        problemach. W gospodarce sytuacja trochę przypomina leninowski NEP: państwo
        kontroluje punkty strategiczne, ale są także wysepki wolnego rynku, którym co
        prawda żyje się ciężko. Niezależne radio płaci swoim pracownikom więcej niż
        państwowe, ale za to nieregularnie, z dużymi przerwami. Podobna sytuacja jest z
        prasą. Gazetę wychodzącą wciąż pod starą nazwą "Sowiecka Białoruś" ludzie
        kupują dlatego, że jest tania; o gazetach wolnych, a jest ich dużo i głównie po
        białorusku, wiedzą bynajmniej nie wszyscy. Dzisiaj na przykład wszedłem do holu
        wielkiego hotelu - sprzedawano tam około trzydziestu rosyjskich gazet i
        kioskarka po długich negocjacjach znalazła wreszcie jedną białoruską i jedną
        dwujęzyczną. Zachodnich w ogóle nie widać. Ale - jak powiedział mi mój
        rozmówca - cenzury jakby nie było, no chyba że w czasie wyborów.

        Łukaszenkę wybrano w 1994 roku. Później, kiedy w wyniku referendum zmieniono
        konstytucję, jego prezydentura została przedłużona. Od 2001 roku rozpoczął nową
        kadencję, zgodnie z konstytucją ostatnią. Ale kiedy dziennikarze zapytali
        Łukaszenkę, czy przewiduje trzecią kadencję, odpowiedział: "Nic nie jest
        wykluczone". Można dodać, że ma dopiero 47 lat.

        Reżim jest niezmiernie paradoksalny. Białorusini żartują, że "niepodległość
        otrzymali najłatwiej ze wszystkich i najtrudniej się z nią rozstają" - rozmowy
        o integracji z Rosją trwają już sześć lat, a integracji, jak nie było, tak nie
        ma. W prywatyzacji uczestniczy rosyjski kapitał, ale Łukaszenko hamuje jego
        przenikanie do kraju (naturalnie jak i we wszystkich postsowieckich państwach
        prywatyzacji towarzyszy mnóstwo kantów i skandali). Trwa ożywiony handel z
        Irakiem, Białoruś sprzedaje mu broń za miliony, a nawet za miliardy, ale reżim
        pieniędzy i tak nie ma, ludzie dostają pensje z opóźnieniem. Nad Berezyną (to
        ta sama rzeka, przez którą z wielkimi stratami przeprawiał się Napoleon) teraz
        trwają wielkie manewry wojskowe skierowane przeciwko NATO - a więc jakby także
        przeciwko Rosji, która teraz podaje się za sprzymierzeńca Sojuszu.
        Administracyjny podział państwa pozostał czysto sowiecki i rosyjskich
        gubernatorów Łukaszenko podejmuje wielce uroczyście, jeszcze uroczyściej niż
        głowy zachodnich państw. I tak dalej.

        "Nie ma mnie"

        Zawsze wydawało mi się że głównym problemem Białorusi jest brak "masy
        krytycznej" dla powstania autentycznej świadomości narodowej i chęci
        samostanowienia. Przyczyn jest wiele i wcale nie najmniej ważne były
        stalinowskie represje i rusyfikacja z czasów Chruszczowa i Breżniewa. Ale są
        również inne - na przykład bliskość języków - rosyjskiego i białoruskiego.
        Byłem pewny, że białoruski właściwie wyszedł z użycia, że podzielił los
        staropruskiego i próby jego ożywienia nie rokują żadnej nadziei. No i muszę
        teraz nieco skorygować ten pogląd. Mińsk jest właściwie miastem
        rosyjskojęzycznym, ale wszystko, co interesując
        • ignorant11 Re: Tomas Venclova W Rezerwacie Łukaszenki(3) 06.09.03, 09:49
          "Nie ma mnie"

          Zawsze wydawało mi się że głównym problemem Białorusi jest brak "masy
          krytycznej" dla powstania autentycznej świadomości narodowej i chęci
          samostanowienia. Przyczyn jest wiele i wcale nie najmniej ważne były
          stalinowskie represje i rusyfikacja z czasów Chruszczowa i Breżniewa. Ale są
          również inne - na przykład bliskość języków - rosyjskiego i białoruskiego.
          Byłem pewny, że białoruski właściwie wyszedł z użycia, że podzielił los
          staropruskiego i próby jego ożywienia nie rokują żadnej nadziei. No i muszę
          teraz nieco skorygować ten pogląd. Mińsk jest właściwie miastem
          rosyjskojęzycznym, ale wszystko, co interesujące, dzieje się po białorusku.
          Niedawno podczas spisu powszechnego 80 proc. mieszkańców kraju oświadczyło, że
          ich ojczystym językiem jest białoruski, a wcale niemała liczba patriotycznie
          nastrojonych inteligentów używa przede wszystkim białoruskiego. Chociaż
          prawdopodobnie jeszcze długo pozostanie na drugim miejscu, funkcjonuje i się
          rozwija - w żadnym wypadku nie jest martwy. Paradoksalnie właśnie Łukaszenko
          wpłynął na umocnienie białoruskiego, ponieważ to język stał się symbolem
          opozycji i świadomości obywatelskiej. Wraz ze wzrostem tej świadomości, która
          niewątpliwie po trochu rośnie, białoruski nabiera sił i znaczenia, ponieważ to
          w tym języku rozpowszechnia się demokratyczne poglądy.

          Jak układają się stosunki opozycji ze światem zewnętrznym? Według słów mojego
          rozmówcy USA nie są chętne do oddania Białorusi Łukaszence, a Europa Zachodnia
          już się z jego rządami pogodziła. Polska wspiera model amerykański, a Litwa -
          europejski. Teraz litewska wiza kosztuje 30 dol. i tym samym Litwa odgradza się
          od Białorusi żelazną kurtyną, pozostawiając sąsiada na los szczęścia, podobnie
          jak Niemcy czy Francuzi. Między Wilnem i Oszmianą, albo powiedzmy Wilnem i
          Nowogródkiem, nigdy nie było państwowej granicy - ani w czasach Mendoga i
          Giedymina, ani w epoce Rzeczypospolitej Obojga Narodów, ani za cara, ani w
          czasach międzywojennych, ani za Niemców, ani przy Sowietach (no może w latach
          1939--40, kiedy Litwa była jeszcze niepodległa, a Białoruś Zachodnia już
          sowiecka, ale trwało to bardzo krótko). Teraz granica jest bardzo wyraźnie
          odczuwalna.

          "Kiedy wracam do Mińska z Warszawy, zawsze popadam w depresję" - mówi mój
          rozmówca. "A jeśli z Wilna?", "Też, chociaż trochę mniej". "Z Kijowa?". "W
          Kijowie też jest lepiej niż u nas". "A kiedy wraca pan z Moskwy?". "Nie, wtedy
          nie ma mowy o depresji". "Ale przecież Moskwa jest i bogatsza i wolności tam
          więcej?". "Tak, ale ja jej nie lubię".

          Jemy obiad w restauracji Bulbianna, pompatycznej i dokładnie takiej samej od
          1975 roku, ceramiczne piece w sowieckim stylu z narodowym odcieniem, identyczne
          menu jak wówczas... Piwo z Lidy nie jest najgorsze, jedzenie także do
          wytrzymania - obiad dla czterech osób kosztuje trzydzieści tysięcy "zajączków",
          inaczej mówiąc 16-17 dol. Ale to wyjątek.

          Spotykamy się ze znanym filozofem Akudowiczem. To ten, który napisał
          książkę "Nie ma mnie" - o tym, że brak białoruskiego państwa i języka daje
          Białorusinom szczególny status i szczególną szansę. Książka (wyszła po
          białorusku, chociaż neguje istnienie tego języka) stała się książką kultową.
          Kolejna znajomość - pisarz Walerka Bułhakow, wydawca elitarnego białoruskiego
          periodyku "Arche". Walerka, jak się wydaje, nie jest krewnym Michaiła
          Bułhakowa, tylko słynnego wileńskiego fotografa z dwudziestolecia
          międzywojennego Jana Bułhaka (którego tutaj również uważają za Białorusina).

          W domu, to znaczy w siedzibie Kolegium, Tania pokazuje mi, że ręcznik leży na
          niewłaściwym miejscu, kawałek narzuty podwinięty jest nie tak, jak ona to
          zostawiła. Nikt z naszych znajomych tu nie przychodził, a więc logicznie rzecz
          biorąc, można podejrzewać kipisz. Ale być może to taka nasza mania
          prześladowcza. Starałem się jej nie ulegać w sowieckich czasach, postaram się i
          teraz.



          2 czerwca

          Po białorusku jak Jagiełło w Krakowie

          Oglądam sobie Kolegium. Krany ciekną, lodówki brak, wczorajsze jedzenie już się
          zepsuło, zresztą i tak nie wyglądało zachęcająco. Na stołach i półkach kilkaset
          polskich książek, parę po angielsku i po rosyjsku. Egzemplarze
          paryskiej "Kultury", sporo antropologii i socjologii i wreszcie dzieła
          Georges'a Bataille'a. Wczoraj pytałem Alesia, czy Białorusini znają Poppera,
          Hannah Arendt, Isaiaha Berlina. Znają, ale minimalnie - przetłumaczono mniej
          więcej po dwa, trzy teksty w czasopismach.

          Idę po mleko. Pod naszym budynkiem przestępuje z nogi na nogę kilku omonowców -
          czyżby nieprzypadkowo? Ale nie, OMON-u i specnazu w mieście od cholery. Pod
          sklepem serdecznie przeklinają nieogoleni weterani drugiej światowej. Karton
          mleka kosztuje 285 "zajączków" - około 15 centów.

          O dwunastej podjeżdża Dmitrij Bartosik - Rosjanin, który stał się białoruskim
          patriotą i z zasady mówi wyłącznie po białorusku. Na dziś zaplanowana jest
          dwugodzinna wycieczka po starym Mińsku - którego zresztą właściwie nie ma. Nad
          rozlewiskiem przegrodzonej zaporą Swisłoczy, w miejscu, gdzie wpada do niej
          Niemiga (to ją wspomina "Słowo o pułku Igora"), rozciąga się wielka łąka,
          kiedyś stał nad nią zamek. Za stawem leży odrestaurowana dzielnica Troicka, od
          naszej strony resztki Górnego Miasta, a wśród nich kilka barokowych kościołów.
          Wszystko to w dziwaczny sposób przemieszane jest z socrealistycznymi i
          postsocrealistycznymi "buildingami". Niemigę już dawno schowano pod jezdnią,
          chociaż z brzegu widać jej ujście. Podejrzewam, że i Niemiga, i Mienka (druga
          rzeczka, od której najwidoczniej wzięło nazwę miasto Mińsk - Mieńsk) to
          bałtyckie toponimy: bardzo łatwo je etymologizować. Niemiga - po litewsku
          bezsenność, a Mienka - rzecz malutka, nieznacząca. Ale ponieważ nie jestem
          lingwistą, nie będę się przy tym upierał.

          Nasi przewodnicy - niemłody uczony i student entuzjasta. Obaj mówią wyłącznie
          po białorusku - tak, jak ich zdaniem "Jagiełło mówił w Krakowie". Dzielnica
          Troicka to przykład socjalistycznej mistyfikacji w rodzaju centrum Warszawy czy
          Nikolai-Viertel w Berlinie wschodnim. Wszystko tu jest śliczne i przytulne,
          stoją posągi na cześć miejscowych bohaterów, ale wszystko to jest kompletnie
          nieautentyczne. Gwoli przypomnienia - dawniej była to dzielnica żydowska. Jedna
          z uliczek nazywa się Starowileńska. Nieopodal na wysepce na Swisłoczy nowiutka
          prawosławna kaplica zbudowana dla uczczenia pamięci żołnierzy poległych w
          Afganistanie ozdobiona posępnymi czarnymi płaskorzeźbami. Do Czeczenii
          Białorusinów jeszcze się nie wysyła - pomimo wszystko są obywatelami
          niezawisłego państwa.

          W Górnym Mieście stoją dwa białe podobne do siebie budynki, każdy z dwoma
          wieżyczkami - to dwa kościoły katolickie (jeden z nich dawno oddano
          prawosławnym). Ten, który pozostał katolicki, w czasach sowieckich przerobiono
          na halę sportową (w prezbiterium jak zwykle urządzono prysznice i toalety), ale
          teraz jego wysokie, bardzo wileńskie wieże odbudowano. Biją dzwony, ulicą idzie
          procesja z kościelnymi chorągwiami; idą dziewczynki w sukienkach do pierwszej
          komunii. Tak w ogóle to Łukaszenko na ogół przeszkadza religijnym procesjom,
          ale my akurat mieliśmy szczęście - tym razem procesja była bardzo liczna,
          uroczysta, jakby nie na Białorusi, tylko w Polsce albo na Litwie.

          Jeszcze kilka budynków związanych z imionami Tomasza Zana i Stanisława
          Moniuszki, potem dworek malarza Walentego Wańkowicza z drewnianymi kolumnami.
          Zan, Moniuszko i Wańkowicz zwykle uważani są za Polaków, nasi patrioci gotowi
          są zaliczyć ich do Litwinów, ale tutaj są niewątpliwymi Białorusinami. Zresztą
          wszystko to jest zrozumiałe i nawet wzruszające, przynależność do tej czy innej
          kultury narodowej w tych stronach zawsze była sporna.

          Kilka zakurzonych uliczek istniejących od XI wieku. Tuż obok, zasłaniając
          malutkie stare miasto, bezczelnie sterczy Pałac Republikański, jego
          architektura jest nie
          • ignorant11 Re: Tomas Venclova W Rezerwacie Łukaszenki(4) 06.09.03, 09:50
            Kilka zakurzonych uliczek istniejących od XI wieku. Tuż obok, zasłaniając
            malutkie stare miasto, bezczelnie sterczy Pałac Republikański, jego
            architektura jest niezmiernie bliska paskudnej budowli wzniesionej na miejscu
            zamku w Kaliningradzie. Tutejsi mieszkańcy nazywają to sarkofagiem.

            "Pożegnanie z Wilnem" i z Mińskiem

            W Mińsku jest wiele miejsc przypominających historyczne katastrofy. Bardzo
            blisko łąki, na której stał zamek, stacja metra Niemiga. Trzy lata temu w
            tłoku, kiedy ludzie wyszli z koncertu, zadeptano tu na śmierć pięćdziesiąt trzy
            osoby, w większości dziewczęta. Na pamiątkę postawiono tu płaskorzeźbę z
            krzyżem i bukietem czarnych metalowych róż na czarnym kamieniu. Byliśmy w
            Mińsku akurat w rocznicę tego nieszczęścia, na stacji jest pełno graffiti, a
            ktoś nawet powiesił tam swój wiersz.

            Staram się wypatrzyć inne detale miasta. Nazwy ulic wszędzie napisane są
            wyłącznie po białorusku, ale już w metrze używa się obu języków, nawet z
            przewagą rosyjskiego. Sterczy kilka drapaczy chmur z angielskimi reklamami.
            Jeśli czegoś nie widać, to cudzoziemców, jeśli za takich nie uważać "osób
            narodowości kaukaskiej", które także i tutaj - tak jak na całym postsowieckim
            terytorium - opanowały małe rynki. Obyczaje są tu bezlitosne - przejście przez
            ulicę, zanim zapali się zielone światło, to prawie pewne ryzyko wpadnięcia pod
            samochód. Bartosik pokazuje nam umocnienia pozostałe po niemieckiej okupacji i
            ulicę Marite Melnikajte. Cóż, to są także unikalne pomniki. (Melnikajte -
            sowiecka partyzantka, która zginęła na Litwie i wielu Litwinom jest znana z
            poematu Salomei Neris; teraz już najwidoczniej to nie nasza, tylko białoruska
            bohaterka narodowa). Gigantyczny pomnik pisarza Jakuba Kołasa, najwyraźniej
            pozostałość z poprzedniej epoki - taki rozmach wystarczyłby do uczczenia obrony
            Stalingradu. Kilka bardziej interesujących szyldów: oto apteka Dobra Nowina,
            oto kawiarnia Syte Dziecko (jest jeszcze Syty Tata i Syta Mama). Wchodzimy do
            małego antykwariatu - jest całkiem niezły, w Wilnie nie widziałem takiej
            różnorodności.

            Gmach opery najwyraźniej powstał w tym okresie socrealizmu, kiedy jeszcze
            krzyżowano go z konstruktywizmem. Stalin kazał teatr zmniejszyć (ściśle mówiąc,
            przestał dawać pieniądze, wtedy kiedy okazało się, że będzie większy od
            moskiewskiego Wielkiego). Warto dodać tu, że stolicę Białorusi chciano wtedy
            przenieść do Mohylewa, dlatego że Mińsk leżał zbyt blisko Polski. Co ciekawe, i
            teraz są zwolennicy przeniesienia stolicy do Połocka - miasta bardziej
            tradycyjnego niż Mińsk.

            Obiad jemy w piwniczce w stylu sowieckim, droższej, ale gorszej niż Bulbianna.
            Paskudne jedzenie rekompensuje kelner, który wygłasza wielki monolog
            polityczny. "Szczęściarze, macie normalnego prezydenta Kwaśniewskiego". "Ależ
            nie, nasz prezydent to Adamkus". "Bez różnicy, on też jest normalny. A nasz to
            zwykłe gówno. Jego miejsce to trybunał w Hadze, a nie pałac prezydencki!". Vox
            populi - vox Dei. Jeśli to prawda, to czas Łukaszenki już się kończy. Ale może
            kelner jest prowokatorem-ubekiem. A jeśli nie, to jest on reprezentantem, jeśli
            można tak powiedzieć, świadomego proletariatu, a tymczasem na wyborach decyduje
            mniej wykształcona część ludności.

            Pod wieczór jeszcze dwa spotkania. Prezes Białoruskiego PEN Clubu Adam Maldzis
            częstuje nas wspaniałym żurawinowym likierem. Adam urodził się na granicy z
            Litwą, opodal Gerwiat, gdzie wszyscy mówią po litewsku, zresztą i nazwisko ma
            litewskie. Człowiek starej formacji (dobrze znał mojego ojca i innych
            sowieckich litewskich pisarzy), ale teraz zbliżył się do demokratów: miejscowi
            czarnosecińcy stale napadają na PEN Club, który ich zdaniem służy "sami wiecie
            komu". Potem kawiarenka na ulicy - atmosfera nieomal jak na Monmartre albo
            monachijskim Schwabingu. Kilku postmodernistów, którzy wydają całkiem efektowny
            artystyczny periodyk "pARTizant". Najbardziej znany jest Artur Klinau, autor
            satyrycznych portretów Łukaszenki.

            Bartosik śpiewa piosenki własnego autorstwa i akompaniuje sobie na gitarze.
            Piosenki są świetne, chociaż w duchu Okudżawy i Wysockiego. Wszystkie teksty po
            białorusku. Jeden - "Razwitanije z Wilnai" to znaczy "Pożegnanie z Wilnem" -
            zapamiętam na długo. Rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że nostalgia
            Białorusinów za Wilnem jest boleśniejsza nawet niż nostalgia Polaków, w każdym
            razie bardziej świeża, trwa dopiero kilka lat.

            W drodze na dworzec mijamy jeszcze jedno pamiętne miejsce - ulicę, na której w
            1948 roku KGB zabiło Sołomona Michoelsa, wielkiego aktora. To był sam początek
            antysemickiej kampanii Stalina (Michoels był tak słynny, że Stalin
            najwidoczniej nie zdecydował się aresztować go i rozstrzelać jak wszystkich
            innych - i dlatego zainscenizował "napad bandytów"). Ulica między fabrykami,
            zapuszczona, można na niej kręcić filmy grozy. Nie widzę ani pomnika, ani nawet
            pamiątkowej tablicy.

            Dworzec w Mińsku pamiętam od dzieciństwa. Teraz jest kompletnie przebudowany,
            stał się supernowoczesny - wileńskiemu dworcowi do niego bardzo daleko. Jednak
            nieopodal stoją wciąż jeszcze stalinowskie wysokościowce-niedorostki. Granica
            między Rosją a Białorusią jest otwarta, nikt nie sprawdza dokumentów. Mam
            rosyjską wizę, ale do Moskwy wjeżdżam jakby nielegalnie, bez stempla w
            paszporcie. Prawdę mówiąc, mógłbym wjechać w ogóle bez wizy.

            Tłumaczyła Irena Lewandowska

            Tomas Venclova (ur. 1937) - litewski poeta, krytyk, eseista; od 1977 r.
            mieszkał w Stanach Zjednoczonych, obecnie w Krakowie Tekst ukazał się po raz
            pierwszy w litewskim miesięczniku "Akiraciai"
            • lacietis Re: Tomas Venclova W Rezerwacie Łukaszenki(4) 06.09.03, 11:37
              Ignorancie! Ігнарант!
              Гэта усё шта Ты тут напісаў, вельмі выразьна сьведчыць а гэтам шта Беларусь
              нікаго не хвалюе!... Ніхто не адклікнуўся на тваі цытаты...
              Беларусь нікаго не цікавіць - таму шта ей сапраўды няма! Існуе яшчэ у пёсэнках
              Сакалоў-Войша, NRM, у маім серцы ды у серцах неколкі тысячоў падобных людзей.
              Але на зямлі яна НЕ ІСНУЕ! Ёсь былыя "Kresy Wschodnie", а у першыню сь Расея
              ІІ - якой речывісна ёсь Республіка Беларусь Аляксандра Рыгоревіча...
              Алеж каго цікавіць Расея, поедзе у сапраўдную Расею, або нават не зауважыць
              шта Менск гэта Беларусь. Вонашто каму падробка?
              Пішу па-беларуску, маючы надзею шта падобна як Вэнцльова - зразумееш
              мёртвую мову - мову якая звалася БЕЛАРУСКАЙ! )))))))))))))))))))))))))-:
    • ciuciuniatko Re: Białoruś 07.09.03, 12:30

      Lacietisie Białorus żyje nie tylko w Twoim sercu...
      • ignorant11 Re: Białoruś 07.09.03, 12:49
        ciuciuniatko napisała:

        >
        > Lacietisie Białorus żyje nie tylko w Twoim sercu...


        Sława!

        Chciałbym by Białoruś zyła nie tylko w sercach nielicznych...

        By żyła realnie jako samodzielne państwo...

        Pozdrawiam!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka