bolko_von_karierowitz
07.11.03, 20:36
Rasa über Alles
III Rzeszę mieli zamieszkać jasnowłosi, niebieskoocy aryjczycy o idealnych
proporcjach ciała
MARIUSZ NOWIK2003-11-06
Helga Kahrau przyszła na świat w nazistowskich Niemczech. Jej matka Mathilda
miała dobrą pracę. Była sekretarką w biurze Martina Bormanna - szefa
kancelarii Hitlera - i dr. Josepha Goebbelsa, ministra propagandy III Rzeszy.
Helga nie znała swego ojca, a Mathilda nie chciała o nim opowiadać. Ze
strzępków rozmów Helga wywnioskowała, że prawdopodobnie był żołnierzem i
zginął na wojnie. Całą prawdę poznała dopiero w 1993 r., po śmierci matki. Z
zachowanych w urzędzie stanu cywilnego dokumentów wynikało, że ojciec Helgi
należał do SS. Ale to nie była najgorsza wiadomość. Jej rodzice byli sobie
niemal obcy. Spotkali się tylko raz w życiu - na balu zorganizowanym w
Berlinie w maju 1940 r., na cześć zwycięstwa nad Francją. Dziewięć miesięcy
później na świat przyszła Helga. Urodziła się w domu Lebensbornu pod
Monachium. - Matka została ze mną przez pierwsze 6 miesięcy mojego życia.
Przez kolejne 4 lata znajdowałam się pod opieką czystych rasowo nianiek z SS -
wspomina. W tym czasie jej ojciec nadzorował eksterminację Żydów w obozie
zagłady w Chełmnie nad Nerem. Matka przypomniała sobie o niej dopiero pod
koniec wojny, gdy trzeba było uciekać przed nacierającą Armią Czerwoną.
Aryjka w kostiumie
Organizację Lebensborn założyli w 1935 r. dwaj nieznani z nazwiska oficerowie
SS, choć idea ośrodków, w których na świat mogliby przychodzić czyści rasowo
Niemcy, powstała wcześniej. Było to w końcu ucieleśnienie marzeń Hitlera o
tysiącletniej Rzeszy, zamieszkałej przez jasnowłosych i niebieskookich
aryjczyków o idealnych proporcjach ciała, rozmiarze czaszki, a nawet ściśle
określonym kącie osadzenia oczu.
Reichsführer Heinrich Himmler osobiście nadzorował czystość rasową nie tylko
szeregów SS, ale również rodzin zakładanych przez SS-manów. Każdy oficer
musiał podpisać zobowiązanie, że nie weźmie ślubu, dopóki kandydatka na żonę
nie przejdzie pozytywnej weryfikacji w Urzędzie do Spraw Rasy i Osadnictwa.
Najpierw należało złożyć podanie z prośbą o zgodę na ślub z załączonym
zdjęciem narzeczonej w kostiumie kąpielowym. Urzędnicy z tabelami w dłoniach
sprawdzali, czy dziewczyna ma odpowiedni rozstaw oczu, krzywiznę nosa,
szerokość bioder. Każdą kwalifikowali do trzech kategorii według kryteriów
rasowych: "w całkowitej zgodności", "przeciętnej" i "nieodpowiedniej".
Himmler, który uważnie śledził dane statystyczne na temat niemieckich
małżeństw, był niepocieszony, że wskaźnik urodzeń w rodzinach SS-manów był
tylko nieco wyższy od niemieckiej przeciętnej. Hitler życzył sobie, aby do
1980 r. świat zaludniało przynajmniej 120 mln aryjczyków. Himmler postanowił
więc, że każdy SS-man powinien spłodzić od czworga do sześciorga potomstwa.
Wszystkie niemieckie kobiety - niezależnie od stanu cywilnego - miały
obowiązek urodzić do 35. roku życia 4 dzieci z czystymi rasowo Niemcami. Bez
znaczenia było, czy mężczyzna jest już żonaty. Poza tym aryjczycy powinni
przekazywać swój materiał genetyczny innym kobietom. Do tego celu zaczęły
powstawać domy Lebensbornu, gdzie pod kontrolą nianiek z SS młode Niemki ze
Związku Dziewcząt Niemieckich (BDM) rodziły aryjskie niemowlęta.
Wylęgarnia nordyków
Organizacja skrupulatnie dbała o czystość rasową w SS. Łączeniu w pary młodych
SS-manów z dziewczętami nadawano charakter wielkiej uroczystości. Obie grupy
po raz pierwszy i ostatni spotykały się w zaciszu domów Lebensbornu, w
specjalnie przeznaczonej do tego świetlicy. Udekorowane flagami III Rzeszy,
sztandarami SS i kwiatami pomieszczenie oświetlano świecami. Na ścianach
wieszano symbole SS i portrety Hitlera. Nad przebiegiem ceremonii czuwał
oficer. To on decydował, który SS-man z którą dziewczyną spędzi noc.
Przypominał o zaszczytnym obowiązku dostarczenia Hitlerowi potomstwa,
wyczytywał nazwiska, a pary odchodziły do swoich pokoi. Następnego dnia w
ośrodku pozostawały tylko przyszłe matki. Ojcowie wracali na front.
Wbrew chęciom Himmlera działania Lebensbornu nie podobały się znacznej części
społeczeństwa. Ośrodki nazywano "domami publicznymi" lub "klubami rozrywki
oficerów", a wracające z nich kobiety zyskiwały w swoim otoczeniu miano
rozwiązłych. Dlatego SS zapewniało przyszłym matkom maksimum dyskrecji.
Dziewczęta mogły przez okres ciąży przebywać w ośrodku i po porodzie zostawić
w nim dziecko. Ich bezpieczeństwa przez cały czas strzegli uzbrojeni wartownicy.
Niestety, statystyki urodzeń nie były zadowalające. Himmler najpierw zwrócił
się do kobiet z podbitych przez Niemcy państw, zachęcając czyste rasowo do
małżeństw z aryjczykami z SS. Apel nie przyniósł oczekiwanych skutków. Ani
Skandynawki, w których Himmler widział ostatnią deskę ratunku dla Lebensbornu,
ani jasnowłose Francuzki czy Belgijki nie kwapiły się do rodzenia niemieckich
dzieci ku chwale Rzeszy. Tymczasem na froncie wschodnim ginęli czyści rasowo
Niemcy. Himmler sięgnął do bardziej drastycznych środków.
Kidnaperzy z SS
"Wszelką dobrą krew - i to jest pierwszym założeniem, o którym musicie
pamiętać - gdziekolwiek ją na wschodzie napotkacie, możecie albo zdobyć, albo
zabić - powiedział we wrześniu 1942 r. na odprawie wyższych oficerów SS w
Żytomierzu. - Gdziekolwiek napotkacie dobrą krew, macie ją zdobyć dla Niemiec
albo postarać się, by przestała istnieć. W żadnym razie nie może ona
pozostawać po stronie naszych wrogów". "Powinniśmy pozyskiwać wśród podbitych
narodów tak dobrą krew, jak nasza. Nawet porywając dzieci, jeśli zaszłaby taka
potrzeba" - zaznaczał na naradzie oficerów SS w Poznaniu, we wrześniu
następnego roku.
Lebensborn szybko wdrożono w okupowanych krajach.
W 1944 r. minister stanu Protektoratu Czech i Moraw wydał dokument w sprawie
potomstwa rozstrzeliwanych Czechów. "Zaleca się, aby dzieci do lat 6, które
nadawałyby się go germanizacji, przekazywać rodzinom niemieckim w ramach
"Lebensbornu" - instruował. - Dzieci powyżej 16. roku życia należy wysyłać do
obozów koncentracyjnych".
Specjalne grupy policji i SS (Einsatzkommandos) już od 1940 r. jeździły po
polskich wsiach i miasteczkach w poszukiwaniu małych aryjczyków. Zabierały
dzieci siłą, wywozilły potomstwo rozstrzelanych rodziców, przeszukiwały domy
dla sierot.
Dzieci jednak szybko nauczyły się ukrywać przed zmotoryzowanymi oddziałami SS.
Gdy z tego powodu spadła liczba porwań, Himmler nakazał przeszkolić i wysłać w
teren kobiety z SS. Przebrane za wieśniaczki wchodziły między domostwa i łatwo
demaskowały kryjówki. Porwane dzieci trafiały przed oblicza lekarzy, którzy
mierzyli im czaszki, oceniali kształt uszu, rozstaw oczu i decydowali o
rasowej przydatności. Dzieci, które nie miały cech aryjskich wywożono na
roboty, do obozów koncentracyjnych albo rozstrzeliwano. Pozostałe jechały do
domów dziecka w Kaliszu i Brochowie, gdzie były siłą germanizowane i odsyłane
do ośrodków Lebensbornu w Niemczech. Przeprowadzone po wojnie szacunki
pozwoliły ocenić liczbę porwanych polskich dzieci na ok. 250 tys. Zaledwie 25
tys. z nich wróciło do domów. Reszta albo nie przeżyła germanizacji, albo
pozostała przy nowych niemieckich rodzinach. Ilu - dziś dorosłych ludzi - nie
zdaje sobie sprawy, skąd pochodzą i kim są naprawdę, nie wiadomo.
Żołnierz Polski nr 10/2003
kiosk.onet.pl/art.html?NA=2&ITEM=1139529&KAT=1292