witomir
03.01.04, 02:01
Przyzwyczajono nas do łączenia tych pojęć w jedną zbitkę słowną, mającą być
wyrazem nie tylko pewnej ideologii, ale i stanu faktycznego. Czy jest to
uzasadnione? Nie sądzę. Zacznę swój wywód od tego, że przez bycie Polakiem
rozumiem nie tylko mówienie po polsku czy mieszkanie w Polsce; to za mało,
tyle potrafi i papuga. Cóż zresztą różniłoby poza tym "Polaka - katolika"
od "Niemca - katolika", Murzyna - katolika" czy (hi hi) " Żyda -
katolika ?!" Czyż nie lepiej byłoby mówić po prostu o katoliku w ogóle,
ewentualnie o katoliku w Polsce, Niemczech czy Murzynii?! Jeśli zaś chcemy
mówić o Polaku - katoliku czy Murzynie - katoliku, to musimy znaleźć jakieś
cechy kulturowe, które ich różnią ot choćby, że Polak katolik je bigos i
pije wódkę, a Murzyn katolik gra na bębnach i śpiewa blusa na chwałę Pana.
Otóż uważam, że cechy wyróżniające kulturę polską spośród innych kultur są
co najmniej niespójne (jeśli nie sprzeczne) z katolicyzmem takim, jakim
jest. A że tak jest, wielokrotnie mieliśmy się okazję przekonać w ciągu
naszych dziejów. I mamy nadal! Przez polskość rozumiem bowiem sprawy, o
które zawsze walczyliśmy: jak dobro, wolność, samorządność, tolerancja dla
innych, rola jednostki w zbiorowości, umiłowanie pokoju (już nie za wszelką
jednak cenę), patriotyzm, aktywny udział w rzeczy pospolitej, a przede
wszystkim przyczynę i skutek powyższych - wielowymiarowość naszej kultury.
To u nas nie spalono na stosie Kopernika za obalenie systemu
geocentrycznego, Budnego - za usunięcie z Biblii rzeczy sprzecznych z
rozumem, J. Wiszowatego i Przypkowskiego J za uznanie objawienia za
równorzędne rozumowi, a więc zbędne. To u nas - w czasie, gdy Europa płonęła
w ogniu wojen religijnych - podpisano akt konfederacji warszawskiej (1573),
gwarantujący wolność wyznania nawet skrajnie radykalny m sektom; nie obalono
go w okresie nawet największego "ciemnogrodu". To Polacy odmówili pójścia na
krucjatę (bo w Ziemi Świętej piwa brakło). To w Rzeczypospolitej już w XV
wieku stworzono ustrój demokracji parlamentarnej (z odchyleniami ku
demokracji bezpośredniej - rokosze, sejmiki). To nasza szlachta
odpowiedziała (hetmanowi Tarnowskiemu, mówiącemu, że nie czas radzić o
swobodach, gdy państwo w potrzebie, ale o podatkach na obronę), że jeśli nie
ma wolności w ojczyźnie, to już nie ma czego bronić! (bo ojczyzna to nie
slogan, ale konkretne sprawy). To, wreszcie w Sarmacji (jak nazywano
Rzeczypospolitą wielu narodów) żyli obok siebie Litwini i Polacy-katolicy,
arianie, kalwini, Bracia Czescy, Niemcy-luteranie, prawosławni Rusini i
greko-katolicy, muzułmańscy Tatarzy, monofizyci-Ormianie, karaimowie, Żydzi,
Cyganie i wielu, wielu innych. I żyli zgodnie - mieli często własny
samorząd, sądy, a nawet osobny sejm, podległy tylko królowi, jak żydowski
Waad w Lublinie. I było tak, póki nie pojawił się potrydencki katolicyzm -
"pierwej kościoła i dusz ludzkich bronić (trzeba) niźli ojczyzny! Jeśli
zginie (ojczyzna) doczesna, przy wiecznej się ostoim" wołał Piotr Skarga,
nie tyle wieszcz, co współautor upadku Rzeczypospolitej. I udało się,
zahamowano reformy ze strachu przed absolutyzmem (szlachta), lub uznaniem
równouprawnienia między rozróżnionymi w wierze (jezuici), nie dopuszczono do
unii z prawosławiem i kozakami (co otworzyło Rosji drogę do podboju Europy),
zamiast powstrzymać rosnące w siłę Prusy i Moskwę - wdano się w bezsensowne,
choć słuszne "religijnie", wojny z potencjalnymi sojusznikami - Szwecją i
Turcją (tą samą Turcją, która nigdy nie uznała rozbiorów Polski), napadami
nienawiści religijnej odepchnięto od Rzeczypospolitej nie tylko bitnych
Kozaków i Tatarów czy pracowitych mieszczan Prus (lutry!), lecz i uczonych
kalwinów czy arian (tych ostatnich nie bez racji uważa się za prekursorów
oświecenia), a w końcu dano pretekst do zamordyzmu i rozbiorów (szło rzekomo
o nietolerancję - choć swobód, jakimi cieszyli się innowiercy w Polsce,
gdzie indziej doczekano się w połowie XIX wieku - w rzeczywistości, zaś
chodziło o stłumienie "polskiej rewolucji" 3 Maja, dziwnie zbieżnej z
wiekiem anty-klerykalizmu i robionej, choć to paradoks, przez spadkobierców
Konfederacji Barskiej). Rzeczypospolita upadła, za to Kościół nigdy nie miał
się tak dobrze jak teraz - od "potopu" katolicyzm zaczęto utożsamiać z
polskością (psychologia wrogiego otoczenia: nic to, że katolicka Austria
załatwiła nas szybciej niż sąsiedzi innowiercy), a w okresie nie woli
Kościół mógł zająć miejsce po utraconej "ojczyźnie doczesnej" . Nic
dziwnego, że wolał lojalizm wobec zaborców, potępiał powstania i usuwał
radykalnych księży. Dopiero antykościelna polityka Rosji i Prus oraz
narodziny ideologii nacjonalistycznej (przeciw "socyalizmowi", pod którym w
XIX wieku rozumiano i anarchizm) przypomniały Kościołowi o jego "polskości".
Tu zaraz usłyszę, że może politycznie Kościół błądził stojąc przy tronach,
lecz walczył też o zachowanie kultury polskiej. Owszem, ale była to polskość
rozumiana szczególnie, pozbawiona swej wielowymiarowości, przykrojona do
potrzeb politycznych kleru i grup z nim związanych. To nie kto inny jak oni
właśnie cenzurowali radykalnych romantyków (w czym szczególnie zasłużyli się
księża zmartwychwstańcy) oraz rubasznych sarmatów i sprośnych sowizdrzałów
tak ongiś indeksem ksiąg zakazanych, jak i potem edycjami
dzieł "umoralnianymi" przez wydawców, boć przecie ojcowie nasi nie mogli
zajmować się rzeczami płochymi i nieobyczajnymi. Ale robili to, bo niebo -
niebem, ale bliższa ciału koszula, łan zboża, ogród, czy dupa Maryni -
moja rzecz jest opisać świeckie delicyje,
których każdy póki żyw, niech jak chce zażyje
bo po śmierci, acz wierzym o wiecznej radości
daleka ta od ziemskiej będzie rozpustności
I cóż, że wszystko "marność" - któż oprócz ślepego
nie widział ślicznych świata tego pozornośći?
Piękny jest. Ten dla człowieka
Bóg z swej wszechmocności stworzyć raczył.
I temuż potrzebne żywioły
i wszystkie rąk swych dzieje z niebieskimi koły
ofiarował: człowiek, pan stworzenia wszelkiego
jakże chwalić nie ma ? Jakoż
świata tego nie ma zażyć Rozkoszy, gdy je mu k woli stwórca nadał?
To kler i jego wspólnicy każdą myśl nową ciemnogrodzkimi oskarżeniami o
zdradę, żydomasonerię, socjalizm...(a kiedy nie pomagały słowa, to i pałki
nie żałowali - jak endecja w 1905). To oni odpychali od polskości nie-
katolickich Mazurów i Ślązaków Cieszyńskich, bo "lutry". Bo nie szło o
polskość prawdziwą, żywą, a o polityczny slogan, o pranie mózgu, by wpoić
wierność wobec kleru, a do tego nikt nie nadaje SIĘ tak, jak ludzie bez
korzeni (bo cóż dla większości z nas znaczy "bycie Polakiem"?). Katolicyzm
uczy nas bierności, ugodowości, liczenia na cud i łaskę władzy. Nauczył nas
też swoistej schizofrenii. A nie można służyć jednocześnie dwum panom, to
raz, a dwa - to niezgodność słów i czynów: zaczęło się to wraz z
kontrreformacją, gdy kler poparł absolutystyczne dążenia do władzy. Kiedy
Zygmunt, III Waza chciał przeprowadzić wzmocnienie i tak już silnej
monarchii - szlachta zgodziła się na to stawiając za warunek uchwalenie praw
przeciw tumultom i egzekucję konfederacji warszawskiej, jednak sprzeciw
jezuitów Bartscha i Skargi doprowadził do rozejścia się sejmu bez uchwały.
Protestanci, prawosławni i "politycy" (starzy katolicy, spokój w kraju
ceniący ponad nawracanie siłą) poparli nielegalny - zdaniem króla - zjazd
szlachty, który przekształcił się w "rokosz Zebrzydowskiego". W 1607 do szło
do starcia szlachty z wojskami królewskimi (które zeszły z granic) pod
Guzowem, którego efektem był trwający po dziś dzień zgniły kompromis i
polska schizofrenia: król i kościół, nie mogąc pobić szlachty, zrezygnowali
ze swych absolutystycznych tendencji, uznając oficjalnie "złotą wolność" i
staczając się z pozycji kierowników państwa do poziomu czołowych magnatów,
dbających tylko o swe prywatne interesy, zaś szlacht