zielonaherbata1
03.10.04, 23:37
Witam Wszystkich. Do tej pory byłam tylko czytelniczką przeróżnych forów,
dzisiaj jednak postanowiłam napisać, bo problem coraz bardziej mi doskwiera.
Jestem mężatką(dokładnie rok), mamy 15 mies. synka .W małżeństwie ok.,
problem stanowią moi teściowie i ich podejście do życia .Otóż są to ludzie
egoistyczni, pozbawieni empatii, nieszczerzy, martwiący się tylko o własny
tyłek, a przy tym baaardzo pazerni na pieniądze.
Zaczynając od początku :po ślubie kątem zamieszkaliśmy u moich rodziców
(nas trójka +rodzice +moja siostra).Ze strony teściów nie padł nawet cień
propozycji, abyśmy zamieszkali u nich, mimo, że mieszkają sami w piętrowym
domu. Mają również mieszkanie w oddalonym o 20 km. mieście, które stoi puste.
Przez ten rok ani razu z własnej inicjatywy nie odwiedzili nas, aby zobaczyć,
jak wnusio się chowa(mieszkamy w tej samej miejscowości).Na początku
małżeństwa, przez pierwsze parę tygodni zapraszali nas na niedzielne obiady,
ale niestety sielanka się skończyła, bo...spóznialiśmy się 10,15 minut. Przy
małym dziecku trudno być punktualnym, no więc kiedy przychodziliśmy
spóżnieni, patrzyli na nas jak na seryjnych zabójców i już w drzwiach
torpedowali pytaniami w stylu-CZYJA TO WINA??? Tak więc obiadki się
skończyły...Jeżeli chodzi o kwestie finansowe-pracuje tylko mąż (jest
stażystą za 450zł.miesięcznie), oboje jeszcze studiujemy. Jesteśmy
praktycznie na utrzymaniu moich rodziców, którzy również na pieniądzach nie
śpią-tato tyra po 12 godzin za ok.1500 zł., mama zarabia drugie tyle. Po
opłaceniu rachunków zostaje na podstawowe życie bez żadnych ekstrawagancji,
nie pamiętam, kiedy np. mój tato kupił sobie nowe spodnie .A na utrzymaniu
jest jeszcze siostra, którą trzeba za coś wysłać na studia. Rodzice męża są
oczywiście od tych problemów odcięci, żyją sobie w miarę dostatnio w swoim
domku, spokojni, że im nikt d...nie zawraca. Nie interesują się niczym, nigdy
nie zaproponowali moim rodzicom :"Słuchajcie, może Was wspomożemy finansowo,
dlaczego tylko wy macie ponosić dodatkowe koszta? Nie chodzi mi o niewiadomo
jakie kwoty, ale np.200 zl./mies. na głupie soki czy zupki dla maluszka. Im
się chyba wydaje, że my żyjemy powietrzem! Czy oni nie zdają sobie sprawy, że
przy dodatkowych osobach w domu wszystkie opłaty idą w górę?
Maluch też nic nigdy od nich specjalnie nie dostał-grzechotki, ubranka,
książeczki ot tak, z czystej babcinej miłości. Kupili ostatnio pieluszki-
fajnie, pomyślałam, zaoszczędzimy te 35 zł. Czar prysł następnego dnia, kiedy
to mąż oznajmił po wizycie u nich, że jednak musimy te 35 zł. oddać.
O siebie dbać jednak potrafią. Przy każdej wizycie widzę koszyk kiwi,
pomarańcze, brzoskwinie i krew mnie zalewa, bo nam raz na miesiąc dadzą 2
banany i 3 jogurty. Nie chodzi mi o te owoce, bo Maluchowi też ich nie
brakuje ale o jakieś ludzkie odruchy, uczucia, myślenie o innym człowieku a
nie tylko o własnym tyłku. Pamiętam sytuację, kiedy robili zakupy w
hipermarkecie: no więc wychodzą z tego sklepu, ja stoję przy samochodzie,
kosz pełny jogurtów, teściowa do mnie: ”Wez sobie, córcia, JOGURCIK”. Mojej
mamie też teściowa powtarza przy każdej okazji: ”Trzeba o siebie dbać! Musisz
jeść 3 kiwi dziennie, bo to wspaniale oczyszcza”. A mama, dobra kobieta,
zamiast na kiwi dla siebie, woli wydać te pieniądze na wnuka. Naszą trudna
sytuację i ciężar, jaki spadł na moich rodziców mają w głębokim poważaniu. O
to, by zaopiekowali się wnuczkiem, też trzeba ich prosić z dużym
wyprzedzeniem. Obydwoje są na emeryturze, więc mogliby z czystej
przyzwoitości czasem nas odciążyć. Ani razu nie zaoferowali jednak pomocy.
Kiedy jest to potrzebne, opiekują się Maluszkiem moi rodzice mimo, że oboje
pracują. Tam natomiast arystokracja ma spokój i ciszę.
Pracę mężowi również załatwiła moja mama. Teściowie palcem nie kiwnęli, mimo,
iż mieli kiedyś prywatną firmę i (wg tego co mówi teść) wszyscy
przedsiębiorcy w mieście-od handlarza stalą po wł. salonu samochodowego-to
jego dobrzy koledzy. Owa pryw. firma jest teraz w rękach siostry męża. Przez
jakiś czas robiliśmy delikatne starania, aby męża w tę firmę wciągnęli,
bezskutecznie. Chodzi oczywiście o kasę. Bronią się jak mogą, żeby im tylko z
koryta nie ubyło, siostra męża mówi :”Przyjmiemy go jak nie będziemy musieli
płacić za dzierżawę”, na co teściowa :”Nie ma mowy, i tak płacicie mniej niż
inni”(firma jest na placu, który należy do rodziców męża). Tak więc rodzinka
kłóci się o 600-700 zł., a my nie mamy za co żyć.
Nie spotkałam jeszcze ludzi, dla których kasa byłaby ważniejsza od
najbliższej rodziny. Te parę stów mniej ani jednej ani drugiej stronie nie
poczyniłoby większych szkód. Teściowie maja wysokie emerytury, coś jeszcze z
tą firmą kombinują na lewo, dzierżawią plac trzem firmom, z czego również
mają niemałą kasę. Dom, mieszkanie, 2 samochody, plany kupna trzeciego. No
ale synowi w trudnej sytuacji pomóc nie można, bo nie ma pieniędzy.
Oj, tyle się tej złości nazbierało, że mogłabym pisać i pisać...i mnożyć
przykłady ich egoistycznych zachowań. Czasami myślę, że może się czepiam,
może za dużo od nich wymagam? Ale przecież nie chcę nie wiadomo jakich
luksusów. Boli mnie po prostu ta cholerna niesprawiedliwość, że cały ciężar
finansowy, mieszkaniowy zw. z tym, że założyliśmy rodzinę spadł na moich
rodziców . Płakać mi się chce jak widzę mojego tatę wracającego o 21 z pracy
przez 5 dni w tygodniu, bo on z tego harowania nie ma dla siebie nic,
wszystko pochłaniają rachunki i jedzenie. A teściowie żyją sobie beztrosko
zadowoleni, że pozbyli się syna z domu(no bo przecież zaoszczędzą).
Jeżeli ktoś jeszcze nie zasnął przy lekturze, to mam pytanie, czy taka
sytuacja jest normalna? Bo może to ja żyję w jakimś nierealnym świecie i
błędnie wydaje mi się, że ludzie powinni sobie pomagać, zwł. rodzina ? Czy
ktoś był w podobnej sytuacji?