dobraniedobrazona
20.10.04, 12:47
"Trudno tak, razem być nam ze sobą, bez siebie...-????? Trzeba nam, trzeba
dbać o te miłość. Nam nie wolno stracić jej..." - piękne prawda?
Do niedawna ta piosenka byla moim mottem, dodawała mi sił. potwierdzenia, ze
warto, ale teraz juz nie wiem, czy warto w sytuacji, gdy druga strona(razem
ze swoją mamą) uważa, że nie ma szans, że ja ją(ich) niszczę ...
Mieszkamy wraz z mamą męża. Przed ślubem było ok. i zaraz po... Wtedy byłam
raczej traktowana jak gość przez teściową. Problem zaczął sie po jakimś
czasie, jak zaczęłam coś robić w domu, przejmować pewne obowiązki. Wtedy były
pretesje, że robię za mało lub źle. Pragnę dodać, że przyszło na świat dzidzi
i było mi co raz trudniej przy karmieniu piersią zaplanować sobie nawet
wyrwanie się by zrobić siusiu, nie mówiąc już o innych deklaracjach co mogę
zrobić w domu, i kiedy. Sen dziecka był nieprzewidywalny, krótki i czułam sie
do niczego, ze nic nie mogę w domu zrobić, choć bardzo chciałam...
Kiedy wzięłam się za mycie podłóg, gotowanie obiadu, a w międzyzasie obudziła
się nasza pociecha, przejęła ją raz czy dwa razy mama i zadeklarowała, że jak
ma ją dźwigać (a faktycznie ma problemy z kręgosłupem) i patrzeć jak ja to
wszystko robie, to ona woli wszystko zrobić, a ja żebym sie zajęła
naszym "darciuchem". I tak przez półtorej roku starałam się przymróżać oczy
na jej docinki, i starać się z robotnej teściowej brać jak najlepszy (pod
względem organizacji robót domowym), na ile mogłam przy dzidzi... I tak jak
wychodziłam z dzieckiem na spacer, to były pretensje, że zabieram d.... i
zostawiam ją z tym całym bałaganem. Jak deklarowałam, że ja posprzątam, a
mama, żeby mnie podmieniła na dworze przy śpiącym w wózku dzidziusiu - robiła
aferę, że ona to nie jest młodzież, żeby spacerować, bo ma chore nogi, zylaki
etc. Moja opinia jest taka, że mniej "żyłujące" byłoby posiedzenie 1h na
ławeczce przy wózku niż latanie z zakupami i gotowanie obiadu, zmywanie
podłóg etc. A ja bym się poczuła, że do czegoś się nadaję... Już wcześniej
jak robiłam w ciąży sama remont domu, tapetowanie, wtedy zaczęły sie
pretensje, że mama za długo mieszka w zawalonym meblami pokoju. Mama wzieła
średni pokój, a nam odstąpiła duży i mały dla dziecka. Wspaniałomyślne i
szczodre, ale dlaczego strasznie mi to teraz wypomina i wygania mnie w ogóle
z domu, bo nie jestem w stanie sprostać jej oczekiwaniom. I tak jest do dziś,
mówi do mojego męża a swojego syna (przy dziecku!!!, które już rozumie
2lata), żeby mnie wygonił z domu, bo jestem nie do życia. I co najgorsze mój
mąż jest tak zapatrzony w ideał matki, idealnej kucharki i gospodyni, ze ją
popiera, i w sumie też insynuuje, żeby się zabrała z dzieckiem i odeszła.
Przy dziecku wszystko się posuło między nami. Nic nie pomagał i czuł się
usprawiedliwiony, tłumacząc, że to od wieków kobiety zajmowały dziecmi i
domem, a mężczyźni chodzili na polowania, że nie jest stworzony do tego, by
zająć się na chwilę, bym mogła coś zrobic w domu, bo nie jest kobietą...
Wcześniej był mi bardzo pomocny, głównie z komputerowymi sprawami... teraz
jest bardziej pomocny wszystkim kolegom, którzy potrzebują help with komputer
niż mnie. Tłumaczy, ze tata był cały czas w pracy i mama sobie sama jakoś ze
wszystkim radziła. Nawet jak dziecku się ulewało i prosiłam go o podrzucenie
pieluchy wskazując, że leży obok niego, to nie podał mi dla zasady, że mogłam
przewidzieć i wziąć ze sobą, sobą... i musiałam przebierać dziecko... Gdybym
była sama, trudno, stało się i nie miałabym do nikogo żalu, ale on był obok a
jakby go nie było! OK, z tą (nie)samodzielnością było doświadczenie. Mama
wyjechała kilka razy na 2 tyg. lub tydz. Pierwszy raz drżałam, ze nie
podołam. Okazało się,że wsio dało się zorganizować. Zakupki z dzieckiem,
potem trzy ziemniaczki- huśtawka itd., obiadek na czas (ew. 0,5h poślizg, wg.
mamy i męża nie do wybaczenia). Byłam zadowolona, że sprawdziłam się jako
samodzielna gospodyni przed sobą chociaż, że da się. Trudno trzeba było
więcej kombinować z dzieckiem, ale dało się. Po powrocie mamy, wsio wraca do
statych norm. Mama okupuje kuchnie, a mnie wygania do dziecka. Ja deklaruje,
że dziś gotuje, patrzę a ona już rozmraża swoje mięso... więc ogarniam dom w
miarę, bo i tak się uczepią, na ile pozwala mi skowyczące, że chce już na
dwór dziecko, choć najpierw razem z małą sprzątamy zabawki... Ale i tak coś
zostanie nie tak i tego się przecież nie da wybaczyć, prawda.
Inne sytuacje dla mnie absurdalne:
Ja usypiam dziecko wieczorem, na noc, im wcześniej ty lepiej, bo pisze pracę
magisterską, żeby coś zdołać zrobić - mama upiera się, że nie można odłożyć
zmywania po kolacji do rana, zmywa (nie zawsze mnie uda się to zrobić przed
usypianiem). Budzi się dzidzia i ja mam zabawę 1-1,5 godzinną od nowa. W
końcu od tego sama robię się śpiąca i padam. A potem słyszę, że to moja wina,
ze nie potrafie sie zabrać za pracę, żeby przysiąść. Przepraszam, z mała to
ja moge robić porządki, czy gotować, damjej miotłę, czy garnek i dwa ogórki,
ale jak z nią ma przysiąść do kompa i zacznie mi miąchać po klawiaturze,co
robi bardzo chętnie, bo zawsze dziecko naśladuje...to nie wiele z tego
wyjdzie. To, co do tej pory zrobiłam , zrobiłam w tydzień dzięki opiece nad
dzieckiem ze strony moich rodziców, podczas pobytu u nich. Chętnie mi ją
zabierali na spacerki, a ja wtreszcie mogłam ruszyć ze sprawą... Szkoda, że
na codzień nie mam takiej pomocy.
Inna absurdalna sprawa. Mam niepisany zakaz wzięcia prysznica po godz. 21.00.
Mama chodzi wcześnie spać ok. 21.00 i wstaje wcześnie o 5.00 z
przyzwyczajenia, bo tak całe życie wyprawiała męża i syna do pracy. Jak uśpię
dzidzię i chcę się odświeżyć po 21.00, nie mówiąc już o tej czynności po
kochaniu... Wtedy są straszne pretensje, że woda szumi i ją budzi ją w nocy i
już nie może zasnąć. Szkoda mi jej, ale czy to powód by druga kobieta w domu
miała zrezygnować z higieny???
Mąż we wszystkim popiera swoją mamę. Nie ma odstępstw. To ja nigdy nie mam
racji i zawsze jestem wszystkiemu winna. Trudno, żenym nidgy nie wybuchnęła z
e swoimi prośbami i oczekiwaniami (nie nazwałabym ich roszczeniami) -
zyskałam u mamy miano wariatki, która nie panuje nad sobą i nadaje sie do
zakładu zamnkniętego. Mąż popiera. Przynajmniej w słowach. A dziecko słucha.
Dla psychiki dziecka lepszym było stamtąd uciekać... ale w końcu dzecko
kojarzy, nas zawsze razem...
A dla mnie to wszystko są to tak elementarne i drobne rzeczy, które niestety
składają się na olbrzymią rzeczywistość i powtarzane wciąż na nowo... bolą,
dołują, że nie da sie porozumieć...
Finanse. Kolejne pole do popisu. Mąż ma najwyższe wynagrodzenie. Mama dostaje
emerytury generalnie więcej, czasami mniej od mojego wynagrodzenia (mam pracę
dorywczą, popołudniami lub weekendy, tak, że dopołudnia zawsze jestem z
dzieckiem). Mama najwięcej łoży w opłaty, bo tak było od zawsze, to jej
mieszkanie etc. Mąż daje mamie za nas ok. połowę wysokości opłat ze swojego
wynagrodzenia. Ja ze swojego, nakmniejszego, co 3 miesiąc płacę za telefon.
Mama pozostałą część emerytury przeznacza na kuchnię obiadową, ja na kuchnię
śniadoniowo-kolacyjkową i dziecko: ciuchy, zabawki (jakieś tanie typu
piramidka, czy klocki), książeczki (za max 3zł). Nie ma tego za wiele, a mąż
ma do mnie pretensje, że dawniej dzieci same sobie robiły zabawki z papieru,
z drewna, albo wcale nie miały i jakoś wyrosły na inteligentnych ludzi. Nie
patrzę, choć widzę jakie kształcące zabawki mają dzieci znajomych. Tatuś
nigdy nie kupił małej nic w prezencie do zabawy... A teraz ma do mnie
pretensje, że jak jest bałagan, to przez to, że są zabawki. Jakby ich nie
było, to nie miałaby czego rozrzucać...
Uff... sam resztę godziwej swej pensji składa i dziwi się dlaczego ja ciągle
wydaje na bieżąco. Pampersy, mleko, soki i inne takie finansujemy w stosunku
3:1, z przewagą dla niego. Jak ja akurat jeste