030stka
08.03.10, 01:23
Wciąż poddaję się tym dwóm sprzecznym myślom, pierwsza: przekonanie/wrażenie,
że wszystko mnie już ominęło i zostaje już nic, a jeżeli jeszcze coś, to nic
pozytywnego; i druga: żyję tak... w zasadzie to nie żyje.. wciąż na coś
czekam, że od kiedyś tam w przyszłości zacznie być OK i poczuję spełnienie i
zacznę żyć tak naprawdę, ale jeszcze nie teraz.
Apogeum zmian to poprzedni rok: kiedy wyrwałam się w końcu ze związku z złym
człowiekiem, poczym wpadłam w następne coś, tym razem z "dobrym człowiekiem",
który najzwyczajniej w świecie zmanipulował mnie emocjonalnie, dał nadzieję,
jak osiągnął już swój cel to zaczął znikać, aż w końcu zniknął. W dodatku
straciłam pracę, siedzę na kuroniówce i szukam i szukam i nic. Co będzie kiedy
kuroniówka się skończy, a ja będę dalej bez pracy... Nawet sobie tego nie
wyobrażam.
Codziennie biję się z myślami, pompuję w siebie wiarę, że jest sens, że ten
egzamin, który przede mną coś zmieni, że zdam, mam się nie poddawać, bo robię
krok ku lepszemu. I jest OK przez jakiś czas, ale tego samego dnia dopada mnie
ten tchórz i boję się, że to wszystko na marne. W końcu całe moje życie jest
tego dowodem. 30 lat, sama i nawet żalę się w internecie, a nie najlepszej
przyjaciółce. Żałosne.
Chciałabym wiedzieć co ja robię źle... Dlaczego przez tyle lat, nie mam
poczucia spełnienia, ani nawet szczęścia. Czy chodzi o brak miłości? Jeśli
tak, to tym popularnym singlem jeszcze pewnie przez jakiś czas będę, bo kto by
chciał się związać z kobietą, która nie ma nic do zaoferowani. W dodatku
bezrobotna... to dla mnie wstyd.