Dopiero tu wpadłem a już będę głupoty pisał

Popijam drinka za drinkiem i taj sobie dumam.
Cholera, miałem już wszystko opanowane a ex swoim zachowaniem skutecznie przez lata mnie w tym utrwalała, że czułości mi nie są potrzebne, że jestem stworzony do tego żeby trwać samotnie. Co prawda międzyczasie miałem incydent z miłością platoniczną, ale to się nie liczy.
No i ja "twardziel" skorzystałem z propozycji fajnego spędzenia czasu z dawną przyjaciółką i mam teraz za swoje. Parę dni spędzonych razem, bez obietnic i z postanowieniem że to nic stałego i bez nastawiania się na cokolwiek. Teraz tego żałuję bo cholernie brak mi bliskości i czułości, seksu też ale akurat nie on jest najważniejszy. Skręca mnie a przecież dopiąłem swego, nawet chyba się nie zakochałem a przynajmniej walczyłem aby tak się nie stało. Nie jesteśmy parą, mieszkamy bardzo daleko od siebie i nie było żadnych deklaracji, wyznawania miłości itp. Ona twierdzi, że nikogo nie szuka, ja skolei nigdy nie powiedziałem, że nie będę nikogo szukał na miejscu. Związek przez parę dni dwa razy w roku wcale mi nie odpowiada a to, że może kiedyś wróci jest bardzo iluzoryczne. Pozatym jako "realista" uważam, żeby wiedzieć czy się z kimś chce być powinno się z nim spędzić więcej czasu, to że często gadamy telefonicznie się do tego nie zalicza.
Więc szukam dalej, chociaż nie czuję się całkiem w porządku w stosunku do niej. Bez deklaracji ale jednak coś gryzie.
To teraz tak bardziej optymistycznie dla mnie, jeśli kiedyś ex mnie chciała i ponoć kochała a obecnie czuję, że przyjaciółka chciałaby coś więcej niż przyjaźni ale okoliczności są niesprzyjające to może nie jestem taki przegrany jak uważam ?
Czy powinienem coś z tym wszystkim zrobić, bo pewna osoba znająca sytuację powiedziała, że teraz będę się mniej starał bo mam przecież "rezerwę"