wrazliwiecc
09.05.18, 10:10
Nie wiem czemu tu jestem, nie przemyślałem jak zacząć. Po kolei więc spróbuję teraz przelać myśli? Ta moja nieszczęśliwa historia zaczęła się w roku 2003 gdy zakochałem się w wieku 27 lat w - dla mnie - cudownej kobiecie. Ten sen trwał jednak tylko kilka miesięcy, bo ona po moich oświadczynach powiedziała "nie". Nie chcę teraz rozpamiętywać, to było tak dawno i nie ma już znaczenia dlaczego nie wyszło. Faktem jest jednak że dwa kolejne lata miałem wyjęte z życiorysu bardziej wegetując niż ciesząc się światem. Trzy lata później zmieniłem miejsce zamieszkania. Wyjechałem do Krakowa, bo miasto to dawało mi większe możliwości rozwoju, a skoro moje rodzinne miasto dało mi jedynie nieszczęśliwą miłość, chciałem spróbować gdzie indziej. Niestety i tutaj nie potrafiłem już więcej zaznać takiego uczucia. Oddałem się "karierze". Świetna praca, hobby, ale nie o tym teraz... bo przecież nic nie sprawia radości, jeśli nie czujesz tęsknoty, nie przeżywasz dotyku. Tak bardzo chciałbym być z kobietą, za którą znów mimowolnie będę pociągał wzrokiem gdy będzie szła do kuchni, przy której nie będę w stanie kontrolować mojego wzroku wędrującego po jej ciele, przy którym muskaniem będę mógł sprawiać jej przyjemność. Chcę długich rozmów o niczym i milczenia. Z patrzeniem w oczy albo bez. Tęsknoty gdy ona wyjeżdża i kombinowania jak przywitać ją na powrót. Dziś siedzę na wakacjach za granicą. Sam. Całkowicie. Pokój hotelowy z wielkim łóżkiem, pogoda doskonała do zwiedzania. Cóż jednak z tego kiedy zaraz wyjdę sam, sam wsiądę do metra, sam zobaczę atrakcje, sam zrobię zdjęcia które są moją największą pasją. Właśnie. Znów będą to znów zdjęcia na których nikogo poza obcymi mi osobami nie będzie. I co z tego, że za kilka tygodni wrócę do świetnej pracy, w świetnym towarzystwie, że zostanę po godzinach bo będę znów coś ratował i da mi to wiele satysfakcji, jeśli weekendy dalej będą samotne? To dołujące gdy wszyscy naokoło mają dzieci, gdy tracę z przyjaciółmi kontakt bo Ci zajęci są rodziną, a ja już nie potrafię z nimi rozmawiać. Czy stan permanentnej samotności ma trwać wiecznie? Czasami mam wrażenie, że ktoś uparcie pilnuje, żebym był samotny. Żebym jej nie poznał. Żebym nie był szczęśliwy. Próbuję internetowego randkowania, ale nie, to ciągle nie to czego szukam. Tu przecież chodzi o spojrzenie, barwę głosu, zachowanie w realnym świecie. O to by rozmawiać o niczym. Internet tego nie daje. Jestem tak cholernie zmęczony. A moje marzenia ciągle są. Kupić jej kwiaty albo po prostu zabrać na spacer czy położyć głowę na kolanach i obejrzeć film. Nie mam siły szukać. W wieku 42 lat czuję się jakbym miał 72 lata a wszystko co piękne było za mną. Zastanawiam się czy już przegrałem swoje życie?
Nie wiem po co to piszę. Nie spodziewam się mądrej rady. Wręcz przeciwnie - jestem teraz strasznie kruchy i nie wiem czy odważę się czytać odpowiedzi na forum na te moje dla Was pewnie niezrozumiałe żale. Może po prostu chcę anonimowo wykrzyczeć światu jak mi jest źle?