sieczu5
15.09.06, 07:45
Dodatek "Gazety Wyborczej" opublikował artykuł pt. "Kowalscy nowej Europy"
przedstawiający życie rodzin (bogatych) z Estonii, Słowenii, Łotwy i Czech,
czyli krajów, które niedawno wstąpiły do Unii Europejskiej. Jako reprezentatów
Czechów wybrali oczywiście małżeństwo zboczeńców. Wstyd.
Czechy: Albert Friess i Michal Ginter
Praga.
Wiek 37 i 36 lat.
j są tłumaczami.
Każdy zarabia nieco powyżej średniej krajowej.
Średnia krajowa: 692 euro.
W weekendy lubią się spotykać ze znajomymi i w swoim wiejskim domu.
Sa razem od dwóch lat.
Matriarchat
Hedwiga, Hynek i Picasso mają pierwszeństwo w witaniu gości.
Hedwiga - to od imienia jednej znajomej. Hynek - syn Hedwigi i Picassa. Imię
od Karela Hynka Machy, najważniejszego czeskiego poety romantyka. Picasso - to
wiadomo.
Stadem rządzi Hedwiga. Michal: - Śmiesznie wyszło, że w domu dwóch gejów
panuje matriarchat.
Dziadek
Albert: - Urodziłem się i zawsze mieszkałem w Kanadzie, ale rodzice bardzo
dobrze nauczyli mnie czeskiego. To, że znalazłem się w Czechach, zawdzięczam
jednej koleżance. Była w mojej klasie najsłabsza z angielskiego, a pojechała
do Pragi jako native-speaker. Pomyślałem sobie: jeśli ona może, to ja też!
Przecież jestem Czechem! Nigdy nie miałem wątpliwości, że moja ojczyzna jest
nad Wełtawą.
Michal: - Powiedz o swoim dziadku.
- Moja rodzina wyjechała z Czech przez dziadka. Zawsze jak mu się coś nie
podobało, musiał to powiedzieć na głos. A nie podobało mu się nic. Z każdą
władzą zadzierał. Po inwazji Układu Warszawskiego jego trzej synowie doszli do
wniosku, że nic tu po nich. Dwóch wyjechało do Chicago, ojciec - do Kanady. Na
lotnisku powiedział, że wróci, jak Czechy odzyskają wolność.
- Wrócił?
- Tak, na pół roku. Dłużej nie wytrzymał.
- A dziadek?
- Pomógł rodzinie wyjechać nielegalnie, a potem się tym chwalił. Aresztowali
go. W 1975 znaleźli go powieszonego. Do dziś nie wiadomo - samobójstwo czy nie.
- Przyjechałem z Kanady, wszystko było gorzej zorganizowane. W sklepach - same
smutne twarze. Ale ja to wolałem niż sztucznych Kanadyjczyków. Hello, how are
you, a za plecami nóż.
- Tylko że w Czechach wszyscy wyglądali, jakby byli nieszczęśliwi cały czas...
Praca
Michal: - Jestem tłumaczem symultanicznym. Co tydzień jeżdżę do Strasburga
albo Brukseli. Tłumaczę od komisji ekspertów po spotkania na najwyższym szczeblu.
Albert: - Ja też tłumaczę, ale w biurze. Dokumenty.
Majątek
Mieszkanie własnościowe w starej kamienicy, w pełni już dziś wyposażone.
Dom za miastem - na kredyt. Trzeba wykończyć i można będzie w nim zamieszkać.
Na razie służy jako letniskowy.
Samochody: kilkuletni hyundai i "babiczka" - mająca pół wieku skoda felicja.
Internet
Albert: - Poznaliśmy się przez internet, ale potem przez całe lata nie byliśmy
w kontakcie.
Michal: - Ja urodziłem się w Ostrawie na Morawach. Ale miałem chłopaka w
Stanach i do niego tam pojechałem. Nie wiedziałem, na stałe czy nie.
Mieszkałem pięć lat w Nowym Jorku. Dlaczego wróciłem? Tempo jest tam trzy razy
większe niż w Pradze. Nie chcę tak żyć. Jeśli dużo nie zarabiasz, jesteś
niczym. A trzeba pracować 20 godzin na dobę, żeby tam mieć dobrze.
- Michal wrócił, znów zaczęliśmy do siebie pisać. Internet to świetne miejsce,
żeby kogoś poznać. Jestem nieśmiały, nie umiem poznawać ludzi w barze czy na
ulicy. A tu jest chwila, żeby coś powiedzieć o sobie. Mam tylko jedną zasadę:
ktoś na mnie robi dobre wrażenie? Świetnie! Więc jak najszybciej się
spotkajmy. Czasem ludzie piszą ze sobą długie miesiące. Wreszcie spotykają się
i - Boże, ty nie jesteś Panem Supermanem! Internet powinien pomagać tylko w
wykonaniu pierwszego kroku.
Ślub
Albert: - Jeszcze we wrześniu bierzemy ślub...
Michal: - Nie ślub, tylko związek partnerski. To wielkie zwycięstwo czeskich
gejów. A przecież to powinno być oczywiste. Jeśli mieszkamy razem, kochamy
się, to powinniśmy móc po sobie dziedziczyć, a w razie choroby móc się
odwiedzać w szpitalu. U nas na billboardach długo wisiało piękne hasło:
"Nikogo nie skrzywdzi, komuś pomoże. Ustawa o związkach partnerskich".
- W Kanadzie to oczywiste.
- A u nas nie było. Już byśmy byli po rejestracji, gdyby nie głupia
biurokracja. Musimy przedstawić poświadczenie obywatelstwa czeskiego. Jakby
dowód osobisty nie wystarczał.
Gej
Michal: - Kiedy pytają: masz dziewczynę? - nie ściemniamy. Dzięki temu nie ma
z tym problemu. Koledzy w pracy opowiadają o żonach - a ja o Albercie.
Kupiliśmy dom w małej wiosce. Sprzedający w miły, dyskretny sposób zapytali,
czy kupujemy jako biznesowi partnerzy, czy po prostu partnerzy. I sprzedali
nam, mimo że ktoś inny dawał więcej.
Szwejkizm
Albert: - Wkurza mnie Klaus. Wasz Kaczyński przynajmniej mówi otwarcie, że
jest homofobem. A kim jest Klaus? I o co mu chodzi? Tego nie wie nikt.
Michal: - Mnie wkurza, że czeskie media nie mają poglądów politycznych. Są w
rękach zagranicznych koncernów. Dużo się dzieje, a nikt tego nie umie i nie
chce skomentować.
- Mnie złości, że ludzie lubią pokazywać swoje pieniądze. Choć takich pewnie
można spotkać wszędzie.
- Mnie denerwuje szwejkizm. Jeśli coś cię wkurzy, nie będziesz walczył.
Obejdziesz to, często przez rżnięcie głupa. Nienawidzę Szwejka. Opisuje to, co
mamy najgorszego w czeskiej kulturze. Przykład? Nowe prawo drogowe. Wszyscy
gadają po domach, że jest zbyt restrykcyjne - jedziesz 20 kilometrów za szybko
i płacisz 300 euro. Ale głośno nikt nie zaprotestuje. To taka pasywna agresja.
- Mało jest indywidualności w tym, jak się ludzie ubierają. Kupują w tych
samych sklepach i wyglądają tak samo. Nie zauważysz nic ekstrawaganckiego. New
Yorker, Kangoroo, Jackpot - i tyle. Brakuje małych sklepików z klimatem.
- Czeskie przedmieścia zaczynają wyglądać jak przedmieścia amerykańskie.
Wielkie centra handlowe.
Religia
- Temat w ogóle dla nas nieistotny.
Unia
Michal: - Unia? Nasi politycy spoważnieli. Mają bardziej globalne spojrzenie.
Albert: - Może zarabiamy trochę lepiej?
- Tu ludzie skupiają się na rodzinie, nie na kraju. To zły posmak po komunizmie.
- A w Kanadzie typowe jest myślenie: mieszkamy na jednej ulicy, zróbmy coś
razem. Posprzątajmy, pomalujmy.
- Ale na to płacisz podatki! Praca razem źle się kojarzy, bo myśmy tu mieli
czyn społeczny. Weźmy psy. Za rok płacimy 200 euro. To chyba wystarczy, żeby
ktoś posprzątał ich gówna.
- Ale i tak musimy je sami sprzątać.
- OK, sprzątnę po swoim psie. Ale nie mam zamiaru sprzątać po wszystkich psach
Pragi i świata.
Źródło: serwisy.gazeta.pl/df/1,34467,3610189.html?as=7&ias=17&startsz=x