mjot1
11.05.03, 15:25
Gdyśmy kilkanaście lat temu zamieszkali w tych krzakach w starej chatynce
okazało się, że nie jesteśmy tu sami. Otóż kilkaset metrów od nas mieszkała
rodzina myszołowów. Domek swój mieli na sękatej rozwidlonej sośnie stojącej
na wzniesieniu.
Byliśmy bardzo zadowoleni z takiego sąsiedztwa i cieszyliśmy się z każdych
odwiedzin, gdy dostojnie zataczały kręgi nad naszą chatką.
Dyskretnie podglądaliśmy ich żywot ciesząc się z każdego lęgu wyprowadzanego
co rok.
Śledziliśmy z radością pierwsze nauki latania. Jak początkowa nieporadność z
czasem zamieniana była w mistrzowskie podniebne szybowanie.
Ich kwilenie odbieraliśmy jak powitalne wołanie właśnie do nas.
To były „nasze” myszołowy!
Dziś również poszliśmy w odwiedziny do Państwa Myszołowów.
Gdy tak cichutko zbliżaliśmy się by ich nie niepokoić boć to już czas
wysiadywania jaj dostrzegliśmy nagle, że... sosny nie ma!
Leżała ścięta! Gniazdo, które wytrzymało tyle wichrów i burz rozsypane było
jak sterta starego chrustu... i tylko ta niepozorna skorupka rozbitego jaja...
Nie ma już naszych „sąsiadów”... Mieszkamy sobie w tych krzakach już sami...
Taaa... Człowiek to brzmi dumnie...
Gdy usłyszę gdzieś kwilenie myszołowa to pewnie nie podniosę już głowy...
będzie mi wstyd...
Dlaczego człowiek jest aż tak bezmyślnym bydlęciem?
Po co Opatrzność stworzyła takie indywiduum?
I niby to coś ma być na Jego wzór i podobieństwo? Bzdura!
Najniższe ukłony!
Smutny i wściekły M.J.