Gość: Adrian 77
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
01.02.04, 14:20
W kraju jest źle. Każdy, kto mówi inaczej, musi się liczyć z linczem
milionów niezadowolonych (innych) Polaków. Wielu nie ma pracy, a tym, którzy
mają, obcięto kasę albo za te same pieniądze muszą robić dwa razy więcej...
i robią, żeby nie podzielić losu tych, za których pracują. Lekarze zaś
zapragnęli podwyżek. Bo nijak inaczej nie da się tego nazwać. Zaproponowano
im to samo, co większości pracujących w tym kraju ludziom w ciągu ostatnich
kilku lat. Te same pieniądze za nieco więcej... pracy. I co? I nico. Państwo
doktorstwo powiedziało „nie”. Głupi naoglądałem się „Lessie wróć” czy innych
amerykańskich propagandowców, w których zdyszany lekarz w prochowcu i
kapeluszu ociekając deszczówką dzwoni do drzwi przeciętnego obywatela w
środku nocy śpiesząc mu na pomoc. Bohaterzy amerykańskich filmów mówią o
nim „lekarz rodzinny”. Co chcą mieć z amerykańskich lekarzy polscy? Stopę
życiową. Kto zapłaci za podwyżki dla lekarzy? Pani zapłaci, pan zapłaci, my
zapłacimy. Rząd podniesie nam składki na leczenie, żeby zaspokoić naszych
konowałów. A może dajmy to wszystko w pacht lekarzom. Wstawimy do ich
gabinetów kasy fiskalne – jak taksówkarzom. Dochód z tego tytułu – jako
pieniądze „znaczone” – niech pójdą na służbę zdrowia.
Takie perpetuum mobile, bo osobiście nie znam lekarza z prywatną praktyką,
który jednocześnie nie pracowałby w publicznej służbie zdrowia, na którą my
płacimy. W godzinach pracy zarabia na emeryturę. Po godzinach otwiera
prywatny kramik. Często w tym samym gabinecie, na tym samym sprzęcie, który
totalnie zużyty wymieni mu Jurek Owsiak czy inna Caritas, bo pan doktor nie
ma jak leczyć. Wolny od podatków zarabia na trzeci filar, który na
emeryturze pozwoli mu utrzymać dotychczasową stopę życia.