a.adas
04.08.04, 11:55
Artur Domosławski
"To nie wojna jest groźna. Nie kłamstwa ludzi władzy i ich niejawne interesy,
sprzeczne niekiedy z interesem obywateli. Nie zawieszanie praw obywatelskich.
Zagrożeniem dla demokracji, wolności i pokoju na świecie jest Michael Moore i
jego film.
Taki obraz wyłania się z niektórych polskich recenzji filmu "Fahrenheit 9/11"
Gdzież podziała się bezkompromisowość krytyków Moore'a, kiedy administracja
Busha karmiła świat bajkami o broni masowego rażenia i kiedy wyszło na jaw,
że to opowieści dla naiwnych? Gdzie przenikliwość, gdy propaganda prowojenna
wmawiała, że reżim iracki miał powiązania z al Kaidą? A gdzie wrażliwość, gdy
łamano prawa człowieka wobec więźniów w Guantanamo? Protesty zaczęły się
dopiero wtedy, gdy Amerykanie splamili się torturami.
Nie twierdzę, że kto nie protestował przeciw wojnie, nie ma dziś prawa
krytykować Moore'a. Ale warto zachować umiar w krytyce człowieka, który
obnaża fałsze i manipulacje władców supermocarstwa.
(...)
Gotów jestem bronić tezy, że Moore nie występuje z rewolucyjną krytyką Busha,
lecz w imię ideałów amerykańskiej demokracji zwalcza Busha rewolucjonistę.
George W. Bush jest rewolucjonistą, bo w rewolucyjny sposób zredefiniował
politykę zagraniczną i miejsce USA na geostrategicznej mapie świata."
serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2211261.html?as=1&ias=2