cepekolodziej
20.07.14, 07:19
Miejscowy bazarek, dwa rzędy krytych papą bud, przedzielonych szeroką alejką; sprzedawcy warzyw, owoców, nabiału, kwiatów; Wietnamczycy z tekstyliami i chińszczyzną, paru Bengalczyków, Ormianin.
Zawsze tłok, lubię tam chodzić, ciągnie mnie do barw i woni warzyw i owoców.
Wczoraj, po śliwki i jajka, te specjalne, z dwoma żółtkami. Muszę przystanąć, przejście blokuje ktoś z drewnianym wózkiem wyładowanym kalafiorami i ogórkami.
Obok trójka osób. Młody mężczyzna, na oko nieco ponad trzydziestkę, zwalisty, napakowany, przy nim kobieta, nie widzę jej twarzy, stoi tyłem do mnie, i starszawy facet. Strzępy rozmowy, zaczętej wcześniej.
Młody, chrapliwym bas-barytonem, z pełnym żalu przekonaniem - k*******wa ... !
Ona - nie no, nie aż tak...
Facet - no...
Młody - co nie no, jakie no, k******wa, spróbujcie z taką być, k******wa....
Kalafiorowy wózek wydobywa się spośród zagradzających drogę skrzynek.
Odchodzę w stronę ulubionego kramu, z poczuciem chwilowego uczestnictwa w głęboko ludzkiej tragedii.