Gość: Martyna
IP: *.przemysl.sdi.tpnet.pl
12.06.01, 18:11
Tak, mieliśmy w zeszłym roku przedmiot hucznie obwołany "edukacją seksualną".
Tylko że można tu polemizować nad słusznością nazwania go w ten sposób.
Bardziej przypominało to dodatkową lekcję religii - najkrócej mówiąc, całe
zajęcia opierały się na wtłoczeniu nam do głów niesamowicie stereotypowych
formułek. Mężczyzna wychodzi w teren i poluje na mamuty, a kobieta pozostaje w
jaskini, wychowując dzieci i przygotowując posiłki. Mniej więcej tak wygląda
koncepcja rodziny XXI wieku, przynajmniej według pani prowadzącej nasze
zajęcia. Problem antykoncepcji został zupełnie pominięty, bo pierwsza klasa
gimnazjum to jeszcze dzieciaki niezdolne do zrozumienia zagadnienia. Podobno
część ciężaru przekazania tejże wiedzy spada na nauczyciela biologii.
Chciałabym zakomunikować, że moja nauczycielka tego przedmiotu za bardzo się
wstydziła mówić o "tych" sprawach, wobec tego byliśmy skazani na przeczytaniu
sobie nudnej lekcji w podręczniku. Tak wyglądała nasza edukacja seksualna w
klasie pierwszej.
Za kilka dni kończę drugą klasę gimnazjum. W tym roku temat wychowania
seksualnego nie został nawet poruszony, może miały na to wpływ podpisy zbierane
w parafii przez księdza... Nie wiem. W każdym razie ostatnio znalazłam w
brudnopisie kolegi bardzo ładny wierszyk. Oto jego fragment:
"Bez dyskusji, polemiki
zostawiłem na trawie
swoje pierwsze plemniki"
Hmm, piętnastolatki to jeszcze zupełne dzieciaki, mam tego świadomość. Nie
warto poruszać na lekcjach z nimi tematów seksualności. Niech się o tym
dowiadują na podwóeku, od "doświadczonych" kolegów. Efejty tego stanu rzeczy
już widzimy. Np. w postaci noworodków wyrzucanych na śmietniki. Dorośli zadają
sobie pytanie: "Jak te dzieciaki mogą być tak głupie, tak nieodpowiedzialne?".
Cóż, dobry przykład idzie z góry.