wild
05.06.02, 17:41
Urazy inteligentów
Przeciętny człowiek z reguły nie ma okazji do przestawania z ludźmi, którym
powiodło się lepiej niż jemu samemu. Obraca się w kręgu innych zwyczajnych
ludzi. Prawie nigdy nie spotyka swego głównego szefa towarzysko i nie dowie się
z bezpośrednich kontaktów jak różnym jest od niego wielki przedsiębiorca, lub
naczelny dyrektor, z punktu widzenia posiadanych zdolności służenia potrzebom
klientów. Swoją zazdrość i urazy spowodowane powyższym często zwraca on nie
przeciwko żywej istocie z krwi i kości, ale przeciwko bladym abstraktom takim
jak "dyrekcja", "kapitał" i "giełda". Niemożliwe jest nienawidzenie nikłego
cienia z tą samą goryczą jaką można żywić do bliźniego spotykanego co dzień.
Inaczej jest z ludźmi, których szczególne warunki ich zatrudnienia, lub związki
rodzinne, wprowadzają w osobiste kontakty ze zdobywcami laurów, które, jak
wierzą, prawnie im samym też powinny być przyznane. W stosunku do owych
zdobywców uczucia sfrustrowanej ambicji stają się szczególnie cierpkie, gdyż
powodowane są nienawiścią do konkretnych żyjących osób. Ludzie tacy nie cierpią
kapitalizmu, ponieważ przydzielił on innemu człowiekowi pozycję, którą sami
chcieliby zajmować.
Tak jest na przykład z tymi, których ogólnie nazywa się inteligentami. Weźmy
np. lekarzy. Codzienna rutyna i doświadczenie czynią każdego doktora świadomym
faktu, że istnieje hierarchia określona zasługami i osiągnięciami każdego
pracownika medycyny. Ci, którzy są teraz wybitniejsi od danego lekarza, ci,
których metod i usprawnień musi on się teraz uczyć, i odpowiednio praktykować w
celu utrzymania się na właściwym poziomie, ci sami byli jego zwykłymi kolegami
na akademii medycznej, później służyli jako interniści, tak jak i on, a obecnie
razem z nim uczęszczają na zebrania stowarzyszenia lekarzy. Spotyka ich zarówno
przy łóżku pacjenta jak i na towarzyskich spotkaniach. Niektórzy z nich są jego
osobistymi przyjaciółmi, lub spokrewnieni z nimi; wszyscy oni odnoszą się do
niego z uprzejmością i nazywają go swoim drogim kolegą. Ale górują nad nim w
uznaniu przez ogół i często również w wysokości dochodów. Przewyższyli go, a
teraz należą do innej klasy ludzi. Gdy przyrównuje się do nich, czuje się
poniżony. Ale musi uważać na siebie, ażeby swojej złości i zazdrości nikomu nie
ujawniać. Nawet najlżejszy ślad takich uczuć mógłby zostać zauważony, bardzo
źle oceniony i mógłby go zdeprecjonować w oczach innych. Musi przełknąć swoje
upokorzenie i odwrócić gniew w innym kierunku. Oskarża więc ustrój ekonomiczny
i system kapitalistyczny, który uważa za szkodliwy. Gdyby nie ten nieuczciwy
system, jego zdolności, praca, jego zapał i osiągnięcia, przyniosłyby mu
uznanie i bogactwo.
To samo dzieje się z wieloma prawnikami i nauczycielami, artystami, aktorami i
dziennikarzami, architektami i pracownikami naukowymi, inżynierami i chemikami.
Oni także odczuwają frustrację, ponieważ są zirytowani powodzeniem swoich
bardziej zdolnych kolegów, swoich dawnych szkolnych towarzyszy i przyjaciół.
Urazy te są właśnie pogłębiane przez owe przepisy postępowania zawodowego,
które rzucają zasłonę koleżeństwa i braterstwa na realia współzawodnictwa.
Aby zrozumieć niechęć inteligencji i inteligentów do kapitalizmu trzeba sobie
zdać sprawę, że w ich umyśle system ten utożsamiany jest z określonymi osobami,
których sukces mają im za złe, i których czynią odpowiedzialnymi za swoje
zawiedzone ambicje. Ich odraza do kapitalizmu jest tylko maską ich zawiści
żywionej do "kolegów", którym się lepiej powiodło.
Ludwig von Mises "Mentalność antykapitalistyczna"