Gość: V.C.
IP: *.czestochowa.sdi.tpnet.pl
17.08.02, 23:23
ZAJADŁA CHCIWOŚĆ GRUBYCH RYB
Limuzynie odpadły koła
Anglosaski kapitalizm stracił cnotę, ale wykryte afery mogą być nauczką i
początkiem nowej ery w biznesie.
EDWARD CHANCELLOR
Jedną z przyczyn obecnego kryzysu jest obłędne podporządkowanie zarządzania
firmami idei "wartości spółki dla akcjonariuszy" (tzw. shareholder value).
Przedsiębiorstwa, banki itd. miały działać wyłącznie po to, by przynosić
zyski swoim akcjonariuszom, nie przejmując się interesami pracowników,
klientów i społeczności lokalnych, w jakich funkcjonowały. Prezesi mieli być
zachęcani do lepszej pracy poprzez dodatkowe wynagrodzenia związane z ceną
akcji.
Filozofię maksymalizacji wartości rynkowej spółki rozpowszechnił w świecie
kartel amerykańskich banków inwestycyjnych, które w latach 90. wypracowały
sobie dominującą pozycję w światowych finansach. Ich analitycy bezkrytycznie
wielbili spółki, które były w stanie osiągać zyski zgodne z oczekiwaniami
rynku. Robili mnóstwo szumu wokół perspektyw, jakie mają przed sobą firmy
nowej gospodarki, zachęcali do dokonywania wielkich fuzji.
Teraz spekulacyjna bańka pękła. Według raportu firmy KPMG Consulting ponad
jedna trzecia największych przejęć z czasów hossy znajduje się obecnie w
fazie rozpadu. Vodafone, brytyjski operator telefonii komórkowej, który w
1999 roku przejął swojego niemieckiego rywala Mannesmanna, stracił ponad trzy
czwarte swojej wartości rynkowej. Szef Vodafone, sir Christopher Gent, musi
się dziś tłumaczyć z wartej 10 milionów funtów nagrody, jaką otrzymał za
sfinalizowanie przejęcia Mannesmanna.
Vivendi Universal, francuska spółka medialna, która w 2000 roku przejęła
hollywoodzkie studio filmowe, tonie w długach. France Telecom, w czasach
hossy agresywny gracz na rynku fuzji i przejęć, wydaje się być dzisiaj bliski
bankructwa.
Wilcze interesy
Głęboki upadek filozofii wartości spółki dla akcjonariuszy wynika z błędnego
założenia, że cena akcji spółki dokładnie odzwierciedla jej prawdziwą
wartość. Warren Buffett, najsłynniejszy amerykański inwestor giełdowy, z
upodobaniem cytuje słowa swojego mentora Benjamina Grahama, który mawiał,
że "w krótkim okresie rynek działa jak gorące powietrze w balonie, natomiast
w dłuższym - jak balast". Oznacza to, że w perspektywie długookresowej cena
rynkowa będzie niemal dokładnie odzwierciedlać rzeczywistą wartość
przedsiębiorstwa, natomiast w krótkim czasie emocje mogą sprawić, że akcje
staną się przewartościowane. Tak się stało z firmami internetowymi, których
wartość najpierw rosła (gorące powietrze), a potem gwałtownie spadła
(balast). Filozofia wartości spółki dla akcjonariuszy wymaga od zarządu, by
strategię podporządkowywał wyłącznie kursowi akcji. Efekt? Europejskie spółki
telekomunikacyjne zapłaciły wiosną i latem 2000 roku ponad 100 miliardów
funtów za licencje na świadczenie usług telefonii komórkowej trzeciej
generacji (UMTS) - technologię niesprawdzoną, na którą popyt nie był znany.
Zrobiły to, bo prezesi wierzyli, że przepłacone licencje przyczynią się do
wzrostu cen akcji. W kilka miesięcy później rynek zmienił zdanie i akcje
telekomów, które wygrały licencje, poleciały na łeb na szyję. Taki los
spotyka tych, którzy bez opamiętania szukają świętego Graala.
Lansowanie idei wartości spółki dla akcjonariuszy jest równoznaczne z
nagradzaniem menedżerów w zależności od kursu akcji. Wynikiem tego myślenia
był znaczny wzrost wynagrodzeń prezesów w ostatnim dziesięcioleciu. Pomijając
już fakt, czy gigantyczne rozpiętości pomiędzy płacami zarządzających i ich
pracowników nie są zdrowe dla społeczeństwa, należy stwierdzić, że system ma
istotną wadę. Stanowi oczywistą zachętę dla menedżerów, by manipulować
wynikami spółek.
źródło : " The Guardian "