Gość: JB
IP: *.inetia.pl
03.10.01, 15:31
Do ksiedza zglosila sie kobieta, która chce wyjsc za maz, ale miala juz
trzech mezów...
- No cóz, prosze pani, w tej sytuacji, w swietle prawa kanonicznego, sama
pani rozumie, nie moge udzielic pani slubu...
- Alez, prosze ksiedza - kobieta na to - mimo to caly czas jestem...
hmm... niewinna.
- Jak to?
- To dluga historia. Opowiem ksiedzu. Mój pierwszy maz... No cóz, wyszlam
za niego na zadanie mego ojca. Antoni byl uroczym czlowiekiem, bardzo dobrym
i poczciwym. Tylko, cóz, mial juz 82 lata, juz nie byl w stanie uszczesliwic
mnie inaczej jak tylko swa dobrocia. Dalam biedakowi tylko piec miesiecy
szczescia...
- Hm, tak, rozumiem. Niezbadane sa wyroki Boskie...
- Drugi maz z kolei byl mlodym, zabójczo przystojnym oficerem policji.
Wyksztalcony, wysportowany, znal jezyki, swietnie sie zapowiadal, awans
mial w kieszeni. Ale mial pecha. Jako prezent slubny dostal od kolegów motor.
Chcial sie przejechac. Mokre liscie na drodze, drzewo, zlamana podstawa
czaszki, rozlegle obrazenia wewnetrzne. Mój kochany Artur, przynajmniej
nie cierpial.
- Tak, rozumiem. Serdecznie pani wspólczuje. A trzeci maz? Jak dlugo trwalo
pozycie?
- Och, czternascie lat.
- Czternascie lat?! I mówi pani, ze przez caly ten czas...?
- Ani razu. Wie ksiadz, on byl z SLD. Co wtorek wieczorem przychodzil do
mego lózka, siadal na brzegu i przez dlugie godziny opowiadal, jak bedzie
fantastycznie, kiedy sie wezmie do rzeczy...