Gość: kochanka [...] IP: 130.94.107.* 14.02.03, 19:52 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Pieniądze gettowe - szatański pomysł Niemców 17.02.03, 23:17 Pieniądze gettowe - szatański pomysł Niemców Janusz Kozłowski Prawdziwym kuriozum, niemającym sobie równych, były pieniądze w getcie łódzkim, zwane - od nazwiska i imienia przełożonego Starszeństwa Żydów w getcie łódzkim Chaima Mordechaja Rumkowskiego - "Rumkami" lub rzadziej "Chaimkami". Stanisław Bulkiewicz, znany i wybitny numizmatyk, wieloletni kierownik Gabinetu Numizmatycznego w Muzeum Historii Miasta Łodzi, opublikował wiele artykułów na temat pieniędzy wprowadzonych do obiegu w getcie łódzkim. Fakt, że inicjatorami wypuszczenia tych pieniędzy w celu doszczętnego ograbienia Żydów byli Niemcy, potwierdził on na łamach "Kroniki Miasta Łodzi". (Zeszyt 1-2, 1999): Burmistrz Łodzi Karl Marder, za zgodą dyrekcji Banku Rzeszy, polecił Rumkowskiemu wydanie specjalnych pieniędzy dla łódzkiego getta. Wzór banknotów wykonał kierownik Wydziału Budowlanego w getcie - inżynier architekt Ignacy Gutman, natomiast rozrysował na poszczególne elementy i przygotował do druku - zmarły nie tak dawno w USA uczeń Władysława Strzemińskiego, wybitny artysta malarz - Pinkus Szwarc. Po zatwierdzeniu projektu przez Niemców papierowe "pokwitowania", upodobnione do pieniędzy, o nominałach 50 fenigów, 1, 2, 5, 10, 20 i 50 marek, zostały wydrukowane metodą litograficzną (z użyciem klisz cynkowych) poza gettem, w drukarni Zygmunta Manitiusa przy ul. Żeromskiego 87 (wówczas przemianowanej przez nazistów na Ludendorfstrasse). Mogły one nosić tylko nazwę Quittung, czyli pokwitowanie, gdyż zgodnie z obowiązującym w Trzeciej Rzeszy ustawodawstwem Żydom nie wolno było posiadać żadnych środków płatniczych. Hitlerowcy byli na tyle cyniczni i zapobiegliwi, że w piśmie Zarządu Getta w Łodzi z dnia 23 II 1942 r. zapisano, że ...gdyby getto zostało kiedyś rozwiązane, czego zresztą nie przypuszczamy, żaden właściciel pieniędzy gettowych nie mógłby mieć prawnych pretensji do Rzeszy, gdyż bon nie jest niczym innym jak pokwitowaniem. Warto nadmienić, że z terenów poza Polską znany jest tylko komplet pięknie zaprojektowanych graficznie banknotów, składających się z 7 sztuk o nominałach: 1, 2, 5, 10, 20, 50 i 100 koron, wprowadzonych do obiegu w tzw. Muster-Getcie (wzorcowym) w Terezinie. W samej Polsce pieniądz o takim charakterze próbowano, oprócz Łodzi, emitować w Bielsku Podlaskim, Sokółce i Warszawie. Pieniądz gettowy z trzech ostatnich miejscowości znany jest tylko ze sporadycznych egzemplarzy i do dzisiaj dokładnie nie został zbadany. Są nawet podejrzenia, że nie wszystkie emisje są prawdziwe. Tak więc jedynym pieniądzem liczącym się, był ten wydawany w getcie łódzkim. Ale powróćmy po tej dygresji do naszych zasadniczych rozważań. Jak się później okazało, wydrukowano banknoty o łącznej wartości 7 348 000 marek, a nie - jak błędnie podawano w raporcie sporządzonym przez Manitiusa - 8 206 000 marek, czyli o 858 000 mniej. Nominały o wartości 10, 20 i 50 marek, w pierwszej serii emisyjnej, wydrukowano na papierze ze znakami wodnymi. Nosiły one datę 15 maja 1940 r., a wprowadzone zostały do obiegu w getcie z dniem 28 czerwca 1940 r. Podobno komplet banknotów pierwszej serii, z numeracją 000001, miał otrzymać od Zarządu Getta jako ciekawostkę i równocześnie akt hołdu sam Adolf Hitler w specjalnej kopercie, z nadrukiem "Bank Getta". Po wprowadzeniu tych kuriozalnych pieniężnych znaków papierowych, niemających żadnego pokrycia, wszyscy Żydzi zostali zobowiązani obwieszczeniem Rumkowskiego do wymiany i zdania innego rodzaju środków pieniężnych, a także złota, srebra, itp. w Banku Getta przy ul. Marysińskiej 71 lub w jego oddziale przy Limanowskiego 56. Za niezastosowanie się do tego zarządzenia groziła nawet kara śmierci. Był to bank niespotykany w dotychczasowych dziejach - bo skupował za niemające żadnej wartości "Rumki" różnego rodzju kosztowności. Perfidia Niemców nie miała więc granic, ponieważ wpisywano zdane pieniądze na specjalne konto wyżywienia ludności getta. Stanisław Bulkiewicz tak o tym pisze: Trzeba podkreślić, że wypuszczenie pieniędzy gettowych (...) było pomysłem przewrotnym. Po pierwsze, uniemożliwiało przemyt żywności ze strony aryjskiej i zrywało wszelkie kontakty walutowe ze światem zewnętrznym. Po drugie - zmusiło Żydów do wymiany dobrych reischmarek i innych walut na walutę bezwartościową, bez pokrycia (...). I po trzecie, dostarczyło hitlerowcom poważnych kwot w markach i dewizach. Niektórzy szacują, że zamykało się to kwotą 7 150 000 marek. Kwity markowe - wziąwszy pod uwagę wszystkie uwarunkowania i okoliczności - wykonane zostały bardzo solidnie. Miały nawet znaki zabezpieczające przed fałszowaniem w postaci kropek ukrytych w okienkach poddruku z gwiazdą Dawida na wszystkich nominałach. Ale nawet mimo tego wydarzyła się rzecz zupełnie niesłychana, co odnotowała "Kronika getta łódzkiego". Znalazł się fałszerz, który świetnie podrabiał nominały dwumarkowe, nazywał się Rochwerger (lub Rauchwerger). Sfałszował łącznie 5,5 tys., używając do tego celu płyt trawionych kwasami. Wyrokiem sądowym został deportowany, jako jeden z pierwszych, w czasie akcji wysiedleńczej. Po wojnie okazało się, iż Niemcy nie chcąc tracić tak zdolnego "fachowca", wysłali go nie na zagładę do Chełmna nad Nerem, ale do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen koło Berlina, gdzie fałszował angielskie funty i dolary. Kwity opiewające na 10 i 20 marek, drukowane już na papierze bez znaków wodnych (była wojna i o taki papier było bardzo trudno), należą do drugiej emisji. Znamy różne wartości w odmianach papieru, kolorów, wielkości cyfr. Zachowały się wypuszczone kwity gettowe, "próbne" pierwszej serii, z zerami zamiast liczb. Wiadomo jest też o próbach wydawania kwitów pierwszej serii o nominałach 10 i 20 fenigów. Zachowały się także banknoty makulaturowe z różnymi otworami, przesunięciami kolorów i cyfr, obcięte w parkach (2 sztuki), trójkach (3 sztuki). W getcie łódzkim dawał się odczuwać bardzo brak drobnych pieniędzy, czyli bilonu. Rumkowski zwrócił się do zarządcy getta Hansa Biebowa o dopuszczenie do obiegu 10-fenigowej monety, powiadamiając równocześnie, że po jej wybiciu prześle do zatwierdzenia kolejny projekt monety - 5-fenigowej. Dopatrzywszy się podobieństwa "dziesięciofenigówki" do niemieckiej, Biebow nie wyraził zgody. Zaszokowało to całkowicie Chaima Rumkowskiego, ponieważ w międzyczasie w mennicy getta działającej w ramach Metallabteilung I, przy Zgierskiej 56, na specjalnie skonstruowanej maszynie bito codziennie 500 sztuk tych monet, a po pewnym czasie nawet 900. Zaczęto je puszczać do obiegu już 14 VI 1942 r., nie czekając na zezwolenie. Natychmiast po odmowie, produkcja została wstrzymana, a monety wycofane. Monety te znane są w numizmatyce jako Typ-I (duży). Do obiegu zatwierdzony został prawdopodobnie dopiero czwarty z projektów, wykonany przez pracownika mennicy. Była to moneta 10-fenigowa, znana jako Typ- II (mały), weszła do obiegu 8 XII 1942 r. Planowano wybić milion sztuk (na kwotę 100 000 marek). Pomimo tego, podobnie jak Typ-I (wycofany z obiegu) jest bardzo rzadka i zaliczana do najczęściej fałszowanych. Bito również monety 20-markowe, znane nam tylko w aluminium. Podobno surowiec brano z odpadów, między innymi z wraków samolotów. Zaprojektował je Pinkus Szwarc, natomiast stemple do nich wykonał Morduch Glezer - wyśmienity fachowiec, znany łódzki grawer. Bite były również w oddziale Metallabteilung I, przeniesionym na Łagiewnicką 63. Miały doskonałe, wielce pomysłowe zabezpieczenie przed fałszerstwem, w postaci maleńkiego trójkącika na przedłużeniu litery "R" w wyrazie MARK (przypomnijmy, że podobne zabezpieczenie miały gettowe banknoty). Na wystawie "Pieniądz czasów wojennych XVIII-XX w." zorganizowanej przez Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi, w 1986 r. oglądałem, obok "Rumek" oraz pieniędzy gettowych z Terez Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator jak próbowano uśmiercić TSKŻ 17.02.03, 23:18 Rzecz o ogonie, który machał psem, czyli krótka opowieść o tym, jak próbowano uśmiercić TSKŻ Adam Rok W dosyć długich, bo przeszło 50-letnich dziejach Towarzystwa Społeczno-- Kulturalnego Żydów w Polsce nigdy jeszcze nie powoływano komisji nadzwyczajnej do badania sytuacji w tej organizacji. Ale też, powiedzmy to otwarcie, nigdy nie mieliśmy do czynienia z tak jawnymi próbami jej likwidacji i to przez osoby, które z racji pełnionych funkcji winny były dbać o jej społeczny wizerunek, autorytet i bazę materialną. Materiały i dokumenty, które badała wspomniana komisja, pozwoliły jej sformułować bardzo ciężkie zarzuty pod adresem ówczesnego przewodniczącego Szymona Szurmieja i jego żony, sekretarza Zarządu, Gołdy Tencer, oraz całego prezydium, którego większość członków aprobowała szkodliwe dla Towarzystwa działania, lub nawet uczestniczyła w działaniach sprzecznych z interesem organizacji. Między innymi zarzucano im: notoryczne łamanie statutu, podejmowanie decyzji o zasadniczym dla organizacji znaczeniu bez zgody, czasem i wiedzy, Zarządu Głównego, wstrzymanie na polecenie przewodniczącego spłaty zadłużenia z tytułu dzierżawy wieczystej gruntu (dzisiaj dług ten sięga pół miliona złotych), zawieranie niekorzystnych umów z najemcami powierzchni biurowej w budynku TSKŻ w Warszawie oraz zawarcie szkodliwej i niebezpiecznej dla praw majątkowych organizacji umowy z fundacją "Shalom", której skutkiem była utrata co najmniej 700 tys. złotych z tytułu niewynajmowania przez dwa lata znacznej powierzchni biurowej. W konkluzji dotyczącej przewodniczącego Szurmieja komisja stwierdziła, iż "całokształt pracy przewodniczącego prowadzi jednoznacznie do upadłości i rozwiązania naszego Towarzystwa". Użyty w tym miejscu czas teraźniejszy jest na miejscu: gdy obradowała komisja, Szymon Szurmiej jeszcze sprawował swój urząd. Nowe władze organizacji ukonstytuowały się miesiąc później - 7 grudnia 2002 r. Plenum zobowiązało nowe prezydium do powiadomienia organów ścigania o ustaleniach poczynionych przez komisję nadzwyczajną. Dwa przykłady z wielu, o tym, jak TSKŻ spychano na margines, by fundacja rosła w siłę, a ludziom (fundacji) żyło się dostatniej Kilkakrotnie pisaliśmy na naszych łamach o burzliwych konferencjach prasowych związanych z zabudową mieszkaniową na terenie tzw. Umschlagplatzu w Warszawie przez spółdzielnię mieszkaniową "Stawki". W tej sprawie starły się bowiem dwie ważne racje: z jednej strony racje społeczności żydowskiej, która chciała ten teren uczynić miejscem pamięci po ofiarach getta warszawskiego, z drugiej racje spółdzielni, która chciała dla swych członków budować domy na tym atrakcyjnym przez swoje położenie miejscu w stolicy. Pierwsza z tych konferencji miała miejsce 26 marca 1999 r., a jej organizatorem była Federacja Stowarzyszeń Żydowskich w Polsce. W następnych jednak organizacje żydowskie miały jakby coraz mniejszy udział, za to jako partner dla strony spółdzielczej zaczęła występować prywatna instytucja pani Gołdy Tencer - fundacja "Shalom". Spór zawędrował w końcu aż do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który ją rozstrzygnął na niekorzyść strony żydowskiej, nie z powodów merytorycznych, lecz proceduralnych: "Shalom" nie mogła być przed sądem stroną w tej sprawie. Jak mogło dojść do tak skandalicznego zaprzepaszczenia tak ważnej dla społeczności żydowskiej (nie tylko w Polsce) sprawy? Odpowiedź brzmi: w dziecinnie prosty sposób. Fundacja otrzymała pełnomocnictwo do reprezentowania organizacji żydowskich od... prezydium TSKŻ. Ba, czy na pewno otrzymała? W żadnym protokóle z posiedzeń prezydium nie ma śladu takiego postanowienia. Jedynym dowodem na przyznanie takiego pełnomocnictwa jest samo... pełnomocnictwo, powołujące się na nieistniejącą uchwałę prezydium. Odnosząc się do tego wątku, komisja nadzwyczajna zarzuciła Gołdzie Tencer "wymuszenie na niektórych członkach prezydium zgody na pełnomocnictwo fundacji "Shalom" na występowanie w imieniu TSKŻ" i zażądała jego cofnięcia oraz zawiadomienia o tym fakcie Naczelnego Sądu Administracyjnego. Drugi przypadek, który tylko w wielkim skrócie przytoczę, dotyczy sprawy już prawie zapomnianej, ale przez swój spektakularny charakter jakże charakterystycznej dla sposobu traktowania Towarzystwa przez jej byłego przewodniczącego i jego żonę. Czytelnicy "Słowa Żydowskiego" zapewne pamiętają pompę towarzyszącą wydarzeniom związanym z restauracją Pomnika Bohaterów Getta Warszawskiego. Nie muszę dodawać, że jej głównym bohaterem była fundacja "Shalom". Zapytałem kiedyś dawno temu dlaczego przedsięwzięcie to firmuje nie Towarzystwo, a prywatna instytucja żydowska? Odpowiedź była zaskakująca: ponieważ TSKŻ został od tej sprawy odsunięty. Przedstawiciel TSKŻ, który rozpoczął już w tej sprawie rozmowy, między innymi w ówczesnym Ministerstwie Kultury i Sztuki usłyszał pewnego dnia wyraźne polecenie przewodniczącego Szurmieja: zostaw to, tym zajmie się fundacja "Shalom", oni mają ludzi i amerykańskie pieniądze. Z tymi pieniędzmi to było trochę inaczej, ale cały splendor medialny (i nie tylko splendor) przypadł w udziale nie organizacji, której pan przewodniczący szefował, lecz fundacji, którą kierowała jego żona. Pasożytnicza symbioza, albo jak z "ichniego" zrobić moje Symbioza personalna i programowa TSKŻ i fundacji "Shalom" wyraźnie temu pierwszemu nie służyła. Bo i służyć nie mogła. Pani sekretarz Towarzystwa rozdwojona między interesem organizacji a interesem swojej fundacji, wybierała co naturalne, fundację. I tak, wspólnie z małżonkiem, przewodniczącym przez całe minione dziesięciolecie, budowali kosztem Towarzystwa medialną i materialną potęgę fundacji. W miarę upływającego czasu TSKŻ było coraz mniej, fundacji coraz więcej. TSKŻ tonął w coraz większych długach i coraz trudniej było mu realizować statutowe zadania, a fundacja krok po kroku wchodziła w obszar jego statutowej działalności. Z uporem i godną podziwu konsekwencją utrwalano w środowisku przekonanie, iż to fundacja, a nie TSKŻ jest rzeczywistym animatorem żydowskiego życia kulturalnego w Polsce. I nie tylko kulturalnego. Cokolwiek się działo, musiało mieć stempel "Shalom". Zilustruję to na stosunkowo drobnym przykładzie przychodni lekarskiej TSKŻ w Warszawie. Jak się rzekło, jest to placówka TSKŻ, utrzymywana z jego środków, ale jej nazwa zapisana została jako "Shalom-Med". Oczywiście nieprzypadkowo i nie bez czytelnej intencji. Może nie jest to największe nadużycie fundacji wobec TSKŻ, ale w nim, jak w kropelce wody, zawiera się cała filozofia stosunków między fundacją "Shalom" i TSKŻ. Długoletnia główna księgowa Towarzystwa, pani Rita Jończyk, w liście skierowanym do członków Zarządu Głównego, Głównej Komisji Rewizyjnej i Sądu Koleżeńskiego, poświęca tej sprawie następujący pasus: "Dawniej - pisze ona - wmawiano Państwu, że koszty remontu gabinetu lekarskiego Shalom--Med w Warszawie pokryła fundacja "Shalom", a to jest kłamstwo. Za wszystko zapłaciło TSKŻ i to podwójnie. Były dwie oferty na wykonanie remontu. Komisja Rewizyjna wybrała ofertę renomowanej firmy, ale remont zlecono firmie dwa razy droższej i gorszej (poleciła ją pani Gołda Tencer - A.R.) Remont pomieszczeń o powierzchni 27 m kw. kosztował ponad 30 tysięcy złotych". Psychologowie powiadają, że pełnienie dwóch konkurencyjnych względem siebie ról społecznych prowadzi albo do aberracji, albo do nadużyć. Osoba pani Tencer znakomicie ten drugi przypadek ilustruje. Jako sekretarz TSKŻ była ona zobowiązana do pilnowania interesu finansowego Towarzystwa, ale jako szefowa fundacji musiała z kolei dbać o dobro finansowe swojej firmy. Spróbujmy ten przypadek przeanalizować na konkretnym przykładzie. Fundacja "Shalom" mieści się w budynku Towarzystwa, czyli siedzi na majątku TSKŻ. Jako sekretarz TSKŻ powinna pani Tencer dbać, by organizacja nie p Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: wojo!!!! [...] IP: *.gen.twtelecom.net 16.02.03, 17:31 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Pana Michała jubileusz 90-lecia 17.02.03, 23:20 Pana Michała jubileusz 90-lecia Adam Rok Był pełen rewerencji i szacunku list od prezydenta Rzeczypospolitej i bardzo osobisty list od ambasadora Izraela w Polsce, prof. Szewacha Weissa. Były życzenia od współpracowników i przyjaciół. A wszystko z powodu, że Panu Michałowi stuknęła 90-tka, w co nikt kto zna jego żywotność, energię, jasność umysłu uwierzyć nie chce. Mowa jest o Michale Friedmanie, byłym długoletnim przewodniczącym Zarządu Stowarzyszenia ŻIH, znakomitym tłumaczu literatury żydowskiej na język polski, redaktorze świetnego "Almanachu Żydowskiego", a także współpracowniku naszego pisma, które jego wsparciu i życzliwości tak wiele zawdzięcza. Skromna, ale jakże sympatyczna uroczystość poświęcona Panu Michałowi odbyła się w Żydowskim Instytucie Historycznym na specjalnym posiedzeniu Zarządu Stowarzyszenia ŻIH, na które zostali także zaproszeni goście. Niewielu jest w Polsce ludzi równie zasłużonych dla żydowskiej kultury i języka jidysz w ostatnim trzydziestoleciu jak Michał Friedman, toteż hołdy i dowody uznania tym razem nie brzmiały grzecznościowo - były uczciwym odzwierciedleniem autentycznych zasług Jubilata. Bo i jego długoletnia praca dla Teatru Żydowskiego, dorobek translatorski, dorobek jako nauczyciela języka jidysz na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie wykształcił całkiem sporą gromadkę młodzieży, która wykorzystuje dziś znajomość tego języka w swej pracy naukowej i literackiej, i długoletnie kierowanie Stowarzyszeniem ŻIH ku pożytkowi Stowarzyszenia, ale jeszcze bardziej Żydowskiego Instytutu Historycznego jako placówki naukowej - to wszystko składa się na obraz człowieka o niekłamanym autorytecie w środowisku żydowskim i wielkim uznaniu, jakim cieszy się poza nim. Gospodarzem spotkania był przewodniczący obecnego Zarządu Stowarzyszenia ŻIH, red. Marian Turski, który też wygłosił laudację na cześć laureata, okraszoną cytatami ze świętych ksiąg żydowskich. A kiedy już skończyły się gratulacje i mowy pochwalne, sam Jubilat poprosił o głos i jak zwykle barwnie, dowcipnie i ciekawie opowiedział historię swego życia. Mówił o swoim domu rodzinnym, w którym ojciec był bundowcem, a matka syjonistką, co dawało w sumie mieszankę wybuchową. Sądząc z tego co powiedział, to matka miała na niego większy wpływ. W pewnym okresie był nawet przeciwnikiem jidysz. W 1928 r. podczas spisu ludności podał jako język ojczysty hebrajski. Był członkiem Ha-szomer Ha-cair. W swoim życiorysie miał też krótki epizod francuski: studia na Politechnice w Grenoble. Uznał jednak, że to nie jest ten kierunek studiów, który go interesuje. Wrócił do kraju, do szkoły, zdał maturę w szkole polsko- hebrajskiej. Rozpoczął studia w Wyższej Szkole Dziennikarskiej Uniwersytetu Warszawskiego, którą ukończył tuż przed wojną, w roku 1938. Potem wybuch wojny, wkrótce jego rodzinny Kowel stał się częścią ZSRR. Kiedy z kolei wybuchła wojna radziecko-niemiecka został skierowany do tak zwanych "strojbatalionów", czyli zmilitaryzowanych jednostek robotniczych i gdzieś nad Morzem Kaspijskim budował "miasto naftowe". Pan Michał opowiadał z humorem jak to został tłumaczem z języka... angielskiego. Nie pomogły zapewnienia, że tego języka nie zna. Chodziło o instrukcje do różnych urządzeń. Na szczęście były słowniki i jakoś sobie poradził. Kiedy zaczęła się formować I Dywizja im. Tadeusza Kościuszki usiłował dostać się do wojska polskiego. Gdy przy pierwszym podejściu podał "nacjonalnost jewrej", to go w Wojenkomacie odrzucili. Za drugim razem podał, że jest Polakiem. Udało się. Do I Dywizji już nie zdążył, ale dostał się do I Armii. To był początek jego kariery w Wojsku Polskim, która jak dla wielu oficerów LWP pochodzenia żydowskiego zakończyła się w 1967 roku. Dzisiaj pan Michał mówi: "Żałuję, że mnie wcześniej nie wyrzucili, wcześniej bym się wziął za tłumaczenia". Bo właśnie literatura, tłumaczenie to jego prawdziwy żywioł. Dzięki niej przede wszystkim zapisał się na trwałe w powojennym życiu kulturalnym społeczności żydowskiej. Jej zawdzięcza nagrody Pen-Clubu i Zaiksu, stanowiące świadectwo niekłamanego sukcesu translatorskiego i satysfakcję, że przybliżając literaturę żydowską polskiemu czytelnikowi utrafił w rzeczywiste potrzeby polskiego rynku książki. Panu Michałowi żydowskim obyczajem życzymy "do stu dwudziestu" lat życia i by wszystkie jego książki, zarówno te, które leżą w wydawnictwach, jak i te, które w tej chwili tłumaczy, znalazły drogę do polskiego czytelnika. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: dana33 [...] IP: 130.94.107.* 16.02.03, 20:30 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Instytut Badań Polityki Żydowskiej 17.02.03, 23:21 Od naszego korespondenta z Londynu Instytut Badań Polityki Żydowskiej i poparcie dla kultury żydowskiej w Europie Poldek Sobel Wśród wielu interesujących instytucji żydowskich w Anglii na czoło wysuwa się londyński Instytut Badań Polityki Żydowskiej (Institute for Jewish Policy Research - JPR). Poprzednio Instytut był znany jako Instytut Spraw Żydowskich (Institute of Jewish Affairs). Przez wiele lat IJA pod redakcją nieżyjącego już profesora Uniwersytetu Warszawskiego i emigranta marcowego Łukasza Hirszowicza wydawał bardzo wpływowe czasopismo naukowe Soviet Jewish Affairs, zajmujące się sprawami żydostwa w Europie Wschodniej. Instytut mieści się niedaleko prestiżowej Oxford Street i od wielu lat odgrywa ważną rolę w życiu społecznym i kulturalnym żydostwa angielskiego. Od niedawna Instytut ten jest również jednym z dwóch ośrodków wspierających Europejskie Stowarzyszenie Kultury Żydowskiej. Instytut ma na celu informowanie, opiniowanie spraw społecznych, politycznych oraz kulturalnych dotyczących życia Żydów. Choć JPR jest organizacją dobroczynną zarejestrowaną w Wielkiej Brytanii, zajmuje się sprawami nie tylko dotyczącymi Żydów brytyjskich, lecz również sprawami dotyczącymi żydostwa na arenie międzynarodowej, koncentrując się szczególnie na sprawach europejskich. Instytut znalazł oparcie w szerokich kręgach żydostwa brytyjskiego, co wyraża się w składzie honorowego zarządu. Jego honorowym prezydentem jest Lord Rotshild. Instytut cieszy się również uznaniem Rady Nauk Ekonomiczno-- Społecznych (Economic and Social Research Council) - oficjalnego brytyjskiego establishmentu nauk ekonomiczno--społecznych. JPR prowadzi prace badawcze, analizy, organizuje debaty naukowe. Instytut zatrudnia wielu znanych badaczy, którzy pod kierunkiem dyrektora, prof. Barry'ego Kosmina, wdrażają cztery kierunki działalności Instytutu. Warto również wspomnieć, iż dyrektorem ds. imprez publicznych jest emigrantka marcowa z Warszawy Lena Stanley-Clamp (z domu Błyskowska). Cztery kierunki działalności Instytutu to: 1) Planowanie dla społeczności żydowskiej; 2) Społeczność obywatelska; 3); Izrael: wpływ, społeczeństwo i tożsamość; 4) Żydowska kultura: sztuka, środki przekazu i spuścizna. PLANOWANIE DLA SPOŁECZNOŚCI ŻYDOWSKIEJ obejmuje badania infrastruktury, co pomaga przy formułowaniu zaleceń i strategii dla organizacji żydowskich działających w sektorach opieki społecznej, oświaty i życia społecznego. Najnowszym osiągnięciem w tej dziedzinie jest opublikowanie wielkiego projektu badawczego Olivera Valinsa pt. Twarzą ku przyszłości: zapewnienie długoterminowej opieki dla starszego pokolenia Żydów w Zjednoczonym Królestwie (2002). Stanowi to ważny wkład do zaplanowania przyszłości starzejącej się ludności żydowskiej w Wielkiej Brytanii. W latach ubiegłych wydano dwie prace na temat planowania dla społeczności żydowskiej - jedna została poświęcona przyszłości szkolnictwa żydowskiego w Zjednoczonym Królestwie, a druga problemom bieżącym społeczności żydowskiej. Badania dotyczące tych kwestii są dostępne w postaci Raportów JPR (JPR Reports). W trosce o SPOŁECZNOŚĆ OBYWATELSKĄ i dla zapewnienia normalnego bytu żydowskiej mniejszości ważne jest prowadzenie programów zmierzających do umocnienia w społeczeństwie warunków sprzyjających rozwojowi życia społeczno-kulturalnego mniejszości narodowych. Dlatego też badania Instytutu w tej dziedzinie koncentrują się na problematyce związanej z antysemityzmem, rasizmem oraz prawami człowieka. Najbardziej prestiżowym wydawnictwem w tej dziedzinie jest publikacja Antysemityzm i ksenofobia w dniu dzisiejszym (Antisemitism and Xenophobia Today). Jest to szczegółowe sprawozdanie na temat przejawów rasizmu, ksenofobii, a szczególnie antysemityzmu we współczesnym świecie. Warto wspomnieć, iż rozdział poświęcony Polsce został opracowany (w roku 2002) przez młodego socjologa wrocławskiego, mgr. Marcina Starnawskiego. Mgr Starnawski w swoim sprawozdaniu wyraźnie nakreślił sytuację mniejszości narodowych w Polsce na tle sytuacji politycznej oraz aspekty historyczne antysemityzmu i rasizmu. Niestety, analiza ta nie obejmuje jeszcze polemiki wywołanej sprawą mordu w Jedwabnem i w innych miasteczkach w Polsce. Ważną publikacją jest naukowe czasopismo pt. Wzorce uprzedzeń (Patterns of Prejudice), wydawane kwartalnie przez JPR. Inne wydawnictwa JPR poświęcone powyższej tematyce to zbiory esejów wybitnych myślicieli żydowskich naszych czasów w Wielkiej Brytanii (m.in. naczelnego rabina Jonathana Sacksa oraz Petera Pulitzera) pt. Czy istnieje w Wielkiej Brytanii nowy antysemityzm? (Is there a new antisemitism in Britain?). Trzecim kierunkiem prac Instytutu jest BADANIE RELACJI POMIĘDZY IZRAELEM A DIASPORĄ oraz wewnętrzne sprawy Izraela związane z pluralizmem i prawami człowieka. Oczywiście trudna sytuacja polityczna w Izraelu znalazła i tu swoje odbicie - publikacji jest obecnie mniej. Jednak w poprzednich latach ogłoszono sprawozdania z niezwykle ciekawych kierunków badań, np. w 1997 r. ogłoszono raport o więziach Żydów brytyjskich z Izraelem (Barry A. Kosmin, Antony Lerman and Jacqueline Goldberg "The attachment of British Jews to Israel"). Wydaje się, iż ostatni, czwarty kierunek działalności Instytutu dotyczący ŻYDOWSKIEJ KULTURY jest najbogatszy i najciekawszy. Jednym z owoców tej działalności jest projekt zatytułowany Obraz kultury żydowskiej w dzisiejszej Europie - studium pilotowe ukazało się w listopadzie 2002 r. Odzwierciedla ono między innymi żydowskie życie kulturalne w Polsce. Jedną z osób zaangażowanych w ten projekt była Dina Berenstein, córka emigrantów marcowych oraz wnuczka Tatjany Berenstein, współpracowniczki ŻIH przed 1968 r. Kierunek ten jest również na bieżąco urzeczywistniany przez działanie Europejskiego Stowarzyszenia Kultury Żydowskiej (European Association for Jewish Culture). To Stowarzyszenie jest zarządzane wspólnie z Londynu przez Lenę Stanley-Clamp oraz z Paryża przez Daniele Neumann. Biuro londyńskie zajmuje się kontaktami z Czechami, Danią, Finalndią, Wielką Brytanią, Węgrami, Irlandią, Włochami, Holandią, Norwegią, Polską, Słowacją i Szwecją, a biuro w Paryżu: z Austrią, Belgią, Bułgarią, Francją, Niemcami, Grecją, Luksemburgiem, Portugalią, Rumunią, Hiszpanią, Szwajcarią, Turcją i krajami b. Jugosławii. Organizacja ta przy pomocy funduszu Unii Europejskiej w ramach programu Kultura 2000 wspiera rozwój kultury żydowskiej w całej Europie i warto się zatrzymać na jej działalności. Jest to głównie działalność polegająca na popieraniu finansowym kultury żydowskiej w różnorodnych jej formach. Do połowy roku 2002 zostały przyznane 33 granty w trzech dziedzinach działalności kulturalnej: sztuki teatralne, sztuki plastyczne oraz środki przekazu. W dziedzinie teatru popierane są zarówno przedstawienia teatralne jak i choreografia - szczególnie nowe spektakle. W dziedzinie sztuk plastycznych Stowarzyszenie wspiera wystawy malarstwa, fotografii, instalacji oraz sztuki wideo. Specjalne wydania żydowskich czasopism (szczególnie wydania tłumaczeń na języki zachodnie, np. angielski) były w przeszłości również wspierane przez Stowarzyszenie. Dzięki pomocy w tej dziedzinie, między innymi został wydany specjalny dodatek w języku angielskim do warszawskiego Midrasza (czerwiec 2002 r.). W przyszłym roku granty w dziedzinie środków przekazu obejmą również prace filmowe. W roku 2002 granty zostały przyznane także polskim artystom. Teatr w Sejnach wystawi sztukę I.L. Pereca Noc na Starym Rynku w nowatorskiej adaptacji ze współczesnymi elementami literackimi. Stowarzyszenie udzieliło grantu twórcom tego spektaklu - Małgorzacie Sporek--Czyżewskiej oraz Wojciechowi Szroderowi. W październiku przy pomocy grantu Stowarzyszenia 2002 r. zorganizowano w Gardzienicach wystawę malarstwa Miry Żelechower-Aleksiun pt. Spuściz Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Tomek44 [...] IP: *.gen.twtelecom.net 17.02.03, 08:50 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Wspomnienie o Jakubie Goldbergu 17.02.03, 23:22 Wspomnienie o Jakubie Goldbergu współtwórcy legendy łódzkiej Szkoły Filmowej i powojennego filmu polskiego Janusz Kozłowski Ze stolicy Danii, Kopenhagi, nadeszła wiosną zeszłego roku smutna wiadomość, że zmarł tam Jakub Goldberg - reżyser i scenarzysta, współtwórca legendy łódzkiej Szkoły Filmowej i powojennego filmu polskiego. Należał do pierwszego rocznika Wyższej Szkoły Filmowej, tak zwała się wówczas nasza uczelnia nienosząca jeszcze w nazwie słowa "państwowa" - wspomina wieloletni rektor PWSFTviT w Łodzi, prof. Henryk Kluba. - Jakub Goldberg przyjęty został na Wydział Reżyserii 5 października 1948 r. Warto nadmienić, że otrzymał indeks z numerem 9. Razem z nim studiowali na tym samym Wydziale między innymi: Stanisław Lenartowicz, Janusz Nasfeter, Wadim Berestowski, Jan Batory, Ewa i Czesław Petelscy, a na równoległym Wydziale Operatorskim - Roman Wionczek, Kurt Weber, Zbigniew Raplewski. Był to jeden z najliczniejszych powojennych roczników - liczył prawie stu studentów. Kuba Goldberg, pochodzący z Warszawy, gdzie się urodził 29 sierpnia 1924 r., jak pamiętam jego ojciec był z zawodu stolarzem, miał o wiele trudniejszy start niż większość z nas, ponieważ nie miał wcześniej żadnego przygotowania zawodowego, ja na przykład byłem słuchaczem Studium Teatralnego im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Poznaliśmy się w 1953 r., wówczas kiedy zacząłem studiować. Zbliżyła nas potem gra w eksperymentalnym, legendarnym dzisiaj filmie Romana Polańskiego "Dwaj ludzie z szafą". Mnie z Kubą Goldbergiem przypadło w udziale dźwigać wspólnie osławioną szafę z lustrem. Kręciliśmy go w bardzo trudnych warunkach na wybrzeżu. Wiele niecodziennych zdarzeń wiąże się z tym filmem, ale w pamięci utkwiły mi najbardziej dwa wydarzenia. Scena, w której wygrzewamy się, leżymy z Kubą w słońcu, patrząc na przesuwające się chmurki (uchwycił to po mistrzowsku Roman Polański), wśród gigantycznych stosów drewnianych beczek, służących do przechowywania i transportu ryb. Widzi nas strażnik, nakazuje opuścić to miejsce i kiedy opieramy się, wyrywa klapkę z rozsypującej się beczki, bije nas i przepędza. Zapach, jaki wydobywał się z beczek był nie do zniesienia, po kilku minutach strasznie rozbolała nas głowa. Ale opłacało się... powstała bowiem scena utrzymana w świetnym, surrealistycznym klimacie. Przebywaliśmy bardzo długo razem, od wczesnego rana do późnego wieczora na planie i nastał taki moment, taki czas, kiedy już mieliśmy wszyscy siebie dość. Polański jeszcze przed kręceniem filmu kazał mi specjalnie zapuścić zarost. Któregoś dnia Kuba wyrwał maszynką do golenia część mojego zarostu. Roman się wtedy niesamowicie wściekł, stłukł lustro i zszedł z planu. Później pojawił się, jak gdyby nic się nie stało. To był właśnie cały Romek. Zakupiono wtedy, na wszelki wypadek, dziesięć luster. Jakub Goldberg, jak go zapamiętałem, żył szybko, pełnią życia. Był niezrównany w towarzystwie, lubił w nim brylować, ubierał się elegancko i modnie. Nasza przyjaźń przetrwała wszystkie lata. Spotykaliśmy się później w mieszkaniu Andrzeja Czekalskiego. Żywił zawsze wielki sentyment do Łodzi, do pamiętnych schodów w Szkole Filmowej i do "Honoratki". Chcemy ufundować pamiątkową tablicę na cmentarzu żydowskim w Warszawie. Goldberga kilkakrotnie wspomina Roman Polański w książce "Roman" (Wydawnictwo Polonia, Warszawa 1989) - Innym człowiekiem z naszego kółka był Kuba Goldberg, absolwent łódzkiej szkoły, ze świetną opinią, choć w czasie pięciu lat studiów nie udało mu się zrealizować ani jednego filmu. Tego dowcipnego, przedwcześnie pomarszczonego, elegancko ubranego człowieka, otaczał nimb niezwykłości i to z jednego wyłącznie powodu: łączyła go przyjaźń z Andrzejem Munkiem, który mianował go swoim asystentem. Był współreżyserem oraz współautorem scenariusza - wraz z Jerzym Skolimowskim i Romanem Polańskim - głośnego "Noża w wodzie", który po znanych perypetiach politycznych w kraju, nominowany na Zachodzie do Oskara, utorował Polańskiemu drogę do kariery światowej. Jakub Goldberg był między innymi asystentem reżysera w tak głośnych filmach powojennych, jak: "Celuloza" (1953) i "Pod Gwiazdą Frygijską" (1954) Jerzego Kawalerowicza, współpracował reżysersko przy powstawaniu "Człowieka na torze" (1956) i "Eroiki" (1957) Andrzeja Munka, które przeszły do historii kina polskiego. Jako drugi reżyser asystował przy kręceniu filmu "Mąż swojej żony" (1960). W sumie brał udział w tworzeniu kilkunastu polskich filmów. W pięknym i wzruszającym pożegnaniu Jakuba Goldberga, zamieszczonym na łamach łódzkiej "Gazety Wyborczej" (z 20 maja ub.r.), jego bliscy i wieloletni przyjaciele - Andrzej Czekalski i Andrzej Gronau napisali: I wydawało się, że Ty - mały Kuba, mądry Kuba, wesoły Kuba - nie możesz mieć wrogów. Ale przyszedł czas i źli ludzie zmusili Cię do wyjazdu. Na Dworcu Gdańskim nadrabiałeś miną w oknie odjeżdżającego pociągu. Poszarzało, posmutniało na tyle długich lat. Zostały tylko listy, dużo listów, zaproszenia, odwiedziny. Ostatni raz, już wiedząc, żegnaliśmy Cię na Okęciu. Powiedziałeś: "Odlatuję...". To było ostatnie słowo, które usłyszeliśmy od Ciebie. Przymykamy oczy, bo chcemy widzieć jak odlatujesz, lecisz, mały jak polskie ptaki, lecisz ku słońcu. Tacy radośni jak Ty, mogą odlatywać tylko ku słońcu. To nic, Kubuś. Z naszej półki już biorą. Zobaczymy się niebawem... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kapusta [...] IP: *.gen.twtelecom.net 17.02.03, 18:28 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Co się stało z Towarzystwem Społeczno-Kulturalnym 17.02.03, 23:23 Co się stało z Towarzystwem Społeczno-Kulturalnym Żydów w Polsce? Dlaczego i jak doprowadzono do nieprawdopodobnej wręcz jego katastrofy finansowej: członkowie nowego prezydium przejmując dokumenty znaleźli w kasie organizacji trzy złote i piętnaście groszy i doliczyli się niemal milionowego zadłużenia, a nie wygląda, by na tym się miało skończyć. Postaramy się na naszych łamach odpowiedzieć na te pytania, pokazać jaki był mechanizm działań, jak ludzie, którzy z racji zajmowanych najwyższych stanowisk w organizacji miast dbać o jej interesy, o jej miejsce w społeczności żydowskiej w kraju i na świecie, zaczęli z całą świadomością działać na jej zgubę. Skromny komentarz odredaktorski nie jest właściwym miejscem na tego rodzaju analizy, dlatego ograniczę się do kilku refleksji związanych z tymi wydarzeniami, które wstrząsnęły całym środowiskiem żydowskim. Społeczność żydowska w Polsce składa się głównie z ludzi w podeszłym wieku, nieskłonnych do gwałtownych zmian, szukających raczej kontynuacji. TSKŻ weszło więc w nowy okres swego działania po zmianach społeczno-politycznych w kraju na zasadzie kontynuacji a nie odnowy, dźwigając ciężki garb niedemokratycznych mechanizmów władzy, których częścią był "wodzowski" charakter przywództwa i pozorujący wewnętrzną demokrację statut, który traktowano raczej jako listek figowy niż konstytucję organizacji społecznej. Łamano go bez żenady i - co gorsza - bez konsekwencji dla tych, którzy się tego dopuszczali. Przez długie lata komisje rewizyjne zwracały uwagę na ten stan rzeczy, ale skutek był żaden. W minionej kadencji przestępstwa przeciwko statutowi nabrały wręcz epidemicznego charakteru. Przez pół kadencji nie zwoływano Zarządu Głównego, aż o półtora roku przedłużono wybór nowych władz Towarzystwa, decyzje o życiowym dla organizacji znaczeniu podejmowane były bez zgody, a niekiedy nawet wiedzy Zarządu Głównego. Sytuacja w TSKŻ pogarszała się z roku na rok. Pan przewodniczący Szurmiej miał się coraz lepiej, a kierowana przez niego organizacja - coraz gorzej. A im było gorzej, tym większe pokładano nadzieje, że tylko on może organizację uratować, bo ma wpływy, stosunki, znajomości w najwyższych kręgach władzy. Nie ukrywał zresztą tego, przypominał o tym kiedy było trzeba i przeciw komu było trzeba. Iluzje rozpłynęły się niczym bańka mydlana w słońcu. Została pusta kasa, rozbite środowisko i długi, długi, długi... Nadzwyczajna komisja powołana do zbadania sytuacji w Towarzystwie nie pozostawiła wątpliwości co do roli, jaką były szef organizacji odegrał w tym dramacie. "Wieloletni przewodniczący TSKŻ Szymon Szurmiej - stwierdza się w tym dokumencie - powinien stać na straży prawa, dbać o interesy i dobre imię TSKŻ... Zamiast działać na jego korzyść, działał - jak wynika z dokumentów - na jego szkodę"... Smutne, ale prawdziwe. Adam Rok Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Zachęta dla Izraela albo Izrael dla Zachęty 17.02.03, 23:25 Zachęta dla Izraela albo Izrael dla Zachęty Agnieszka Kowalska W imieniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Izraelu ambasada w Warszawie wraz z galerią Zachęta zorganizowały niewielką wystawę wybitnego fotoreportera dziennika "Haarec" - Alexa Levaca zatytułowaną "Nasz kraj". 11. 02. 2002 wystawę otworzyli: minister kultury Andrzej Celiński (jako że Zachęta jest polską galerią narodową) i ambasador Szewach Weiss oraz dyrektor galerii Zachęta Agnieszka Morawińska. Mówcy podkreślili, że narody polski i żydowski łączy długa, bogata i trudna przeszłość, a podobne inicjatywy kulturalne mają służyć wzajemnemu poznawaniu się, a w dalszej perspektywie zaleczeniu zastarzałych ran tak, abyśmy mogli wreszcie zobaczyć siebie nawzajem: świeżo, zwyczajnie, z ciekawością i bez uprzedzeń. Wystawa Alexa Levaca niewątpliwie sprzyja spojrzeniu w ten sposób, ponieważ różni się od wystaw zdjęć z Izraela, do jakich przywykliśmy. Najczęściej spotykamy dwa nurty: jeden religijny, pielgrzymkowy, chrześcijański bądź żydowski i drugi - polityczny, pełen spotkań czołowych polityków, a ostatnio - niestety - krwawych jatek w związku z zaogniającym się prawie do otwartej wojny konfliktem z Palestyńczykami. Wyostrzona uwaga Alexa Levaca spoczęła gdzie indziej: na dokumentowaniu życia zwykłych ludzi, portretowaniu ich w rozmaitych, często zabawnych a jednocześnie skłaniających do zadumy sytuacjach - najczęściej gdzieś w Tel Awiwie lub w Jerozolimie. Istotą tych zdjęć jest uważne, długotrwałe i cierpliwe przypatrywanie się izraelskiej ulicy, plaży i innym miejscom, w których bywają ludzie i... zwierzęta, bo one często towarzyszą ludziom i w nie mniejszym stopniu bywają bohaterami uwiecznionych przez Levaca chwil. Na wernisażu spotkałam zawiedzione osoby, którym zaprezentowane prace wydały się nazbyt błahe w stosunku do ich oczekiwań. Przecież Alex Levac należy do czołówki izraelskich fotoreporterów, ma stałą kolumnę w dzienniku "Haarec", którego znaczenie można porównać do "Gazety Wyborczej", zatem oczekiwanie na ważkie tematy wydaje się być naturalne. Co autor ma do powiedzenia w swojej obronie? Chciałbym, aby wszystkie moje zdjęcia były wspaniałe, pełne historycznych, społecznych i antropologicznych znaczeń, ale bardzo niewiele z nich osiąga ten poziom. Częściej rezultaty są po prostu anegdotyczną, wizualną rozrywką, zestawieniem fragmentów rzeczywistości, które zwykle się ze sobą nie łączą. Czasami prostą, czasami złożoną, ale zawsze taką, która mówi coś o nas (z katalogu wystawy). Właśnie - nawet scena, w której kobiety w altance niańczą swe dzieci, a jedna - królika, albo taka, gdzie pod tablicą z wymalowaną, leżącą w seksownej pozie Marilyn Monroe, śpi w wózeczku mała dziewczynka, a obok, na schodach dziecięcego wesołego miasteczka siedzi jej matka, ortodoksyjna żydówka - takie sceny też coś mówią o tym kraju i jego mieszkańcach. Bo - jak twierdzi Alex Levac i jak możemy się przekonać, przyglądając się uważnie fotografiom - kultura Izraela jest ekstrawertyczna, na ulicach króluje otwartość, komunikatywność i nawarstwienie symboli. Owa rzeczywistość wręcz domaga się bystrego i myślącego fotografa, który "zamrozi" konkretne epizody z toczącego się nieustannie teatru życia. W momencie wyzwalania migawki, potem podczas rekonstrukcji rzeczywistości w ciemni i wreszcie w kompozycji wystawy - dokonuje się wybór. Jest on odbiciem osobowości i wizji świata autora. Dlatego Alex Levac nie robi wielu zdjęć, a na prezentowanej wystawie jest ich zaledwie trzydzieści. Na tytułowej fotografii widzimy ciemnoskórą nastolatkę, której ktoś wpina we włosy malutkie izraelskie chorągiewki. Spośród moich ulubionych wymienię: kobietę, która pasie owce siedząc na biurowym krześle w górzystym pustkowiu; przygarbionego staruszka ze sztangą na ulicy; parę nowożeńców na plaży nad zrobionymi z piasku postaciami Samsona i Dalili oraz mężczyznę trzymającego telefon komórkowy w sposób analogiczny do gestu Jezusa na wizerunku widocznym za plecami mężczyzny. W izraelskiej arce wielu kultur i religii, jak wspomniałam, znalazło się miejsce dla zwierząt. Wyobraźmy sobie np. wielbłąda klęczącego nabożnie przed Elvisem Presleyem, namalowanym na gospodzie pod jego "wezwaniem" w Jerozolimie albo kundla mknącego z reklamówką w pysku, na której widnieje głowa kota. Ciepło, humor i dystans charakteryzują fotografie Alexa Levaca. Miłość to znaczy popatrzeć na siebie, tak jak się patrzy na obce nam rzeczy... - według poety Czesława Miłosza owa postawa leczy serce ze zmartwień. Niestety, wystawa w Zachęcie już się zakończyła, ale można będzie ją jeszcze zobaczyć w marcu we Wrocławiu, a w kwietniu w Świdnicy. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Moje miasto Częstochowa 17.02.03, 23:26 Moje miasto Częstochowa Renata Saks Klemnetyna ma dobrego, kochającego męża, zamiłowanego ponadto w pracy, którą obrał sobie jako zawód. Syn ich jest zdrowy i zdolny, przy tym gorąco do matki przywiązany. Życie rodzinne Klementyny układa się więc pomyślnie, jej szerokie, ciepłe ramiona mają co obejmować swym uściskiem. Wynika z tego, że Klementyna powinna być kobietą szczęśliwą. Tymczasem jest niepocieszona. Właśnie tam, gdzie masowo zabijano ludzi, działalność, która przeciwstawiała się zepchnięciu człowieka do roli zwierzęcia, była niezbędna. Na polu tej działalności znajdowano też czasami sposoby, aby uratować czy chociażby przedłużyć życie współwięźniom. Podczas wojny, mając tylko jedynego syna, postanowili z mężem wziąć dziewczynkę na wychowanie. W klasztornym domu sierot, po długim rozważaniu, wybrali dziecko trzyletnie, bardzo urocze. Dziewczynka była wesoła, miała włosy w kędziorkach, jasne jak pszenica i oczy duże, po brzegi powiek nalane ciemnym błękitem - zupełnie jak oczy przybranej matki. Przy jasnych włosach czarne brwi i rzęsy podkreślały jej dziwną urodę. Nade wszystko jednak przybrane dziecko, mała Ala, było czułe i miłe. Bez sprzeciwu dało się zabrać nowym rodzicom, z ufnością weszło w ich dom i od razu poczuło się w nim jak u siebie. Zaczęło się od tego, że raz po umyciu włosów głowa dziecka wydała się Klementynie przy skórze jakby brudna. Zauważyła to, popatrzyła i nie umiejąc rozwiązać tej sprawy, na czas jakiś o niej zapomniała. W dziesięć dni później zaprowadziła męża do dziecinnego pokoju, przywołała małą i przegarniając piękne, jasne loki dziecka podzieliła się z mężem swym wstrząsającym odkryciem: "Popatrz, popatrz: jej odrastają włosy czarne". Milczeli przez chwilę, by tę rzecz ogarnąć dokładnie i przystać na nią. Zrozumieli oboje, że weszli w sprawę poważną. A ich miłość do dziecka zwiększyła się przez śmiertelny niepokój o jego los. Powyższy fragment prozy pochodzi z opowiadania Zofii Nałkowskiej "Macierzyństwo z wyboru". Przedstawia prawdziwą historię, o której autorka dowiedziała się od państwa Urbańczyków, przybranych rodziców małej żydowskiej dziewczynki. Dziewczynka ze złotymi lokami przeżyła wojnę i dziś sama chce opowiadać o historii swojej rodziny i czasach Holocaustu. Pani Elżbieta Zielińska czyni to działając w organizacjach edukacyjnych, na spotkaniach z młodzieżą, a przede wszystkim realizując filmy dokumentalne, które możemy nazwać obrazami historii II wojny światowej. Częstochowa to dla Elżbiety Zielińskiej obco brzmiące słowo, mały znak na mapie. A jednak to właśnie miasto dało jej kiedyś życiową szansę, podarowało jej życie. Było to prawie 60 lat temu. Nic nie pamięta, bo była małą dziewczynką. Potem przez całe dorosłe życie mieszkała w różnych miastach i w różnych krajach, pochłonięta sprawami dnia codziennego. Jest doktorem chemii i wykłada termodynamikę na uniwersytecie w Caracas. Z Wenezueli przyjechała do Polski, aby pójść śladami swojej rodziny, wejść na scenę ich życia i odtworzyć wszystko co możliwe. Aliza Asz czyli Elżbieta Zielińska jest prawnuczką rabina Częstochowy Nachuma Asza i wie, że takie dziedzictwo zobowiązuje. Dziś, po latach, odczuwa brak wspomnień swego żydowskiego dzieciństwa, dlatego krok po kroku stara się iść śladami tamtych lat. Sama o sobie mówi, że jest produktem ludzkiej solidarności, poświęcenia dla innych i żywym przykładem tego, że godność i człowieczeństwo pielęgnować można nawet w najtrudniejszych warunkach. Teraz czuje potrzebę poznania świata, który został brutalnie zniszczony. Jego ślady żyją w pamięci już nielicznych świadków razem z obrazem tragedii Holocaustu. Prawie cała rodzina Alizy Asz zginęła w częstochowskim getcie. Pozostała tylko ona, maleńka dziewczynka z matką. Dzięki znanemu w getcie szlachetnemu człowiekowi, dr. Tadeuszowi Ferensowi, uśpioną luminalem Alizę wynoszą w worku na śmiecie. Trafia do zakonu sióstr Nazaretanek. Potem adoptuje ją małżeństwo, które ma już 9-letniego syna Andrzeja. Miała niebieskie oczy i jasne loki. Przybrani rodzice zatrzymali ją nawet wtedy, kiedy wyszło na jaw, że jest Żydówką, nie chcieli się z nią rozstać, choć za przechowanie żydowskiego dziecka groziła kula w łeb. Dla matki, która miała już fałszywe papiery na nazwisko Józefa Zielińska, ocaleniem był wyjazd na roboty do Austrii. Jakże dramatyczna musiała być decyzja rozstania z małą córeczką. A jakże wzruszające spotkanie po latach, kiedy przyjechała ją zabrać. Dla przybranych rodziców i brata to był cios, wszyscy ją pokochali i myśleli, że zostanie z nimi na zawsze. Początkowo matka przychodzi do domu państwa Urbańczyków jako ciocia. Ale w końcu... mała wyjeżdża z matką. Po wielu latach los rzucił je do Wenezueli. Pani Elżbieta uważa ten kraj za wspaniały, działa w Stowarzyszeniu Dzieci Holocaustu i w organizacjach edukacyjnych. Chce tam uczyć o Holocauście i o kraju swoich korzeni. A tu, w Polsce, rozpowszechniać wiedzę i opowiadać o Wenezueli, o postawie rządu w czasie drugiej wojny światowej i gestach godnych, pełnych podziwu, a mało znanych. Pomyślała, że najbardziej do ludzi przemawia obraz. Zrealizowała więc film zatytułowany "Okręty nadziei", o dwóch okrętach, na których Żydzi europejscy byli odsyłani od portu do portu, nieprzyjęci również przez Wielką Brytanię popłynęli do Wenezueli, która okazała się przyjazną przystanią. Warto dodać, że film był wyświetlany w wielu krajach i otrzymał prestiżowe nagrody. Teraz powstaje film o Żydach w Częstochowie według scenariusza i w reżyserii Marka Maldisa. Bohaterka filmu Aliza Asz vel Elżbieta Zielińska jest jednocześnie producentem filmu. Idąc starymi śladami realizatorzy szukają żydowskiej przeszłości Częstochowy. Odnaleźli też ostatnią zakonnicę, która pamiętała fakt umieszczenia dzieci żydowskich w zakonie w Częstochowie. Spotykają wiele osób, które kiedyś stanowiły łańcuszek ludzi dobrej woli. Bohaterka filmu spotyka się z Andrzejem Urbańczykiem, który jest dla niej przyrodnim bratem. Państwo Wiktoria i Marian Urbańczykowie, którzy ratowali jej życie, pośmiertnie zostali odznaczeni medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Ileż tu historii, ileż poplątanych losów. To temat nie na jeden, ale na kilka scenariuszy filmowych. To nie koniec, Aliza Asz nie rozstanie się szybko z Częstochową. W przyszłym roku wraz z Markiem Maldisem, który bardzo zaangażował się w tę sprawę, planuje zrealizowanie wystawy, którą chciałaby nazwać "Żydzi Częstochowy". Wiele osób dobrej woli zainteresowanych jest pracami przygotowawczymi do wystawy, między innymi władze miasta Częstochowy, częstochowski oddział Towarzystwa Społeczno--Kulturalnego Żydów i Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Częstochowie. Organizatorzy apelują do byłych mieszkańców Częstochowy - nie tylko w kraju ale i rozsianych po świecie, do wszystkich, którzy mogliby swoimi zbiorami lub dokumentami czy też pamiątkami rodzinnymi wzbogacić ekspozycję - o kontakt z redakcją lub z Markiem Maldisem, tel. 839 80 33 lub 0-601 366 527. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: misiek`vel`jh 17 Luty 2003, 9 Palestynczykow zamordowanych IP: *.gen.twtelecom.net 17.02.03, 22:14 www.washingtonpost.com/wp-dyn/articles/A18115-2003Feb16.html Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Dzieje i tajemnice zwoju księgi Estery 17.02.03, 23:24 Dzieje i tajemnice zwoju księgi Estery Małgorzata Barcikowska Święto Purim (hebr. Święto Losów), odbywające się 14 i 15 dnia miesiąca adar, jest wedle tradycji upamiętnieniem cudownego wybawienia przez królową Esterę i jej wuja Mordechaja Żydów, mieszkających w perskim imperium króla Achaszwerosza, od zagłady, zgotowanej im przez zawistnego wezyra Hamana. Wydarzenia te opisano w biblijnej księdze Estery, którą czyta się podczas świątecznego nabożeństwa w synagodze. Księga ta wydaje się być zwykłym sprawozdaniem z wydarzeń, które rzeczywiście miały miejsce w Suzie, letniej stolicy Persji. Prawdą jest, że w latach 486-465 p.n.e. panował tam władca o imieniu zapisanym przez Żydów jako Achaszwerosz, a przez Greków jako Kserkses, zaś oficjalnym imieniem króla był Marduk (Mordechaj). Występuje tu jednak szereg chronologicznych nieścisłości i innych komplikacji. Jeżeli Mordechaj przybył do Persji wypędzony z Judei z królem Jehojakinem (589 r. p.n.e.), to w czasach Kserksesa miałby ponad 100 lat. Z kolei Herodot podaje, że królową za Kserksesa nie była ani Estera, ani Waszti, tylko Amestris, córka perskiego dowódcy. Ponadto, jak przekazał Herodot, perski władca mógł wybrać sobie za żonę tylko kobietę z jednego spośród siedmiu perskich dostojnych rodów. Poza tym księga pełna jest rozmaitych sprzeczności. Jedna z interpretacji księgi Estery zakłada, że jest to pseudoepigraf, dla którego Persja jest jedynie sceną mających miejsce wydarzeń w II w. p.n.e. w Palestynie za panowania Ptolemeusza Euergetesa II. Estera miała uosabiać sprzyjającą Żydom królową Kleopatrę III. Inni uczeni sądzą, że księga ta odnosi się do czasów Jana Hirkana, którego jednym z osiągnięć było przymusowe obrzezanie podbitego ludu Idumejczyków. Jeszcze inni umieszczają rzeczywiste wydarzenia tej księgi w czasach machabejskich, a postać Hamana miałaby wyobrażać prześladowcę Żydów, Antiocha Epifanesa. Inna szkoła uczonych przyjmuje, że imiona Mordechaj i Estera wywodzą się od imion babilońskich bóstw Marduka i Isztar, natomiast Waszti i Haman od imion elamickich bóstw Maszti i Hummana, a cała księga opisuje walkę między bóstwami babilońskimi a elamickimi lub ich wyznawcami. Wyniki najnowszych badań struktury literackiej księgi Estery rozwikłały nieco jej zagadek. Według nich księga ta zawiera dwa początkowo niezależne od siebie wątki, wywodzące się z orientalnych opowieści. Pierwszy to wątek intrygi dworskiej z głównym bohaterem w osobie Mordechaja, a drugi wątek stanowi intryga haremowa, której główną bohaterką jest królowa Estera. Wątek numer jeden to historia walki między faworytem królewskim a nowym przedsiębiorczym dworzaninem, któremu udaje się przechytrzyć dotychczasowego pupila i zająć jego miejsce u boku władcy. Odmowa Mordechaja oddania pokłonu Hamanowi jest tu zatem próbą zademonstrowania swej równości. Natomiast wątek królowej, doprowadzającej do upadku wezyra jest najwyraźniej jedynie uboczny, skoro Haman nie wiedział o żydowskim pochodzeniu Estery. Najprawdopodobniej nie występował on w pierwotnej wersji opowieści. Spoza tych faktów wyłania się jednakże bardzo interesujące oblicze księgi: jej pierwowzór nie był żydowski, na co wskazuje charakter narracji i wskazówki, że jego główni bohaterowie nie byli Żydami. Autor połączył dwie osobne opowieści, czego ślady można jeszcze znaleźć w kilku miejscach w tekście, jak chociażby obecność dwóch oddzielnych listów przy końcu księgi. Ponadto przedstawia ona Purim jako święto upamiętniające zwycięstwo Żydów, lecz zastanawiające jest, że obchodzi się je w dzień następujący po tym wydarzeniu, a nie jak w przypadku innych świąt tego typu, w dokładną jego rocznicę. Najprawdopodobniej zatem księga ta powstała, aby uzasadnić istniejące już święto rytualnej walki między "naszą", a "ich" stroną, obchodzonego przez dwa dni w stolicy i przez jeden dzień w kraju. Początkowo było ono lokalnym świętem Żydów mieszkających w Suzie i całej Persji, a jego nazwa miała wywodzić się od losów (akad. puru), które Haman rzucił, by wyznaczyć datę zagłady Żydów. Powyższa analiza nie pozwala jednak na ustalenie dokładnej daty powstania księgi, skoro większość występujących w niej motywów należy do długiej tradycji orientalnych opowieści. Tym niemniej autor księgi Estery był niewątpliwie perskim Żydem z Suzy (wskazuje na to między innymi jej słownictwo), a napisał ją przed 78/77 r. p.n.e., ponieważ wówczas właśnie do Egiptu dotarło jej greckie tłumaczenie. W księdze Estery ani razu nie pojawia się jakakolwiek choćby wzmianka o Bogu, jego opatrzności, czy interwencji. Było to jednym z głównych powodów, dla którego nie wszyscy uczeni żydowscy godzili się na przyjęcie jej do kanonu świętych ksiąg. Innym powodem był bardzo wojowniczy ton ostatnich rozdziałów, skierowany przeciw nie-Żydom i niektóre autorytety obawiały się, że może on wywołać nienawiść ze strony innych ludów. Echa sporów o przyjęcie księgi Estery zachowały się w talmudycznym traktacie Megila (hebr. zwój), gdzie opisano dyskusje roztrząsające, czy księga ta została stworzona z boskiej inspiracji i czy "kala ręce", to znaczy, czy po jej dotknięciu trzeba umyć ręce, by dotykając potem świeckich przedmiotów nie sprofanować jej świętości. Osobliwy brak wzmianki o Bogu postarał się nadrobić tłumacz tej księgi na grekę, Lysimachus syn Ptolemeusza z Jerozolimy. Jego przekład dotarł do Aleksandrii w "czwartym roku panowania Ptolemeusza i Kleopatry", jak głosi kolofon na końcu greckiej wersji, najprawdopodobniej Ptolemeusza XII Auletosa i jego żony i siostry Kleopatry V, czyli w 78/77 r. p.n.e. Przekład zawiera sześć fragmentów, których nie ma w tekście hebrajskim, jednak nie można ich wszystkich uważać za dzieło Lysimachusa. Także na ścianach synagogi w Dura- Europos znajdują się malowidła przedstawiające sceny z księgi Estery, których brak w hebrajskiej wersji, co sugeruje, że jej autor wykorzystał tylko część spośród szerszego kręgu opowieści o jej bohaterach. Zatem dodatki Lysimachusa i ilustracje z Dura-Europos stanowiłyby inne elementy tego popularnego zapewne cyklu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator 80-lecie prof. Władysława Bartoszewskiego 17.02.03, 23:27 80-lecie prof. Władysława Bartoszewskiego Żywot człowieka przyzwoitego Ryszard Wasita "Kiedy 22 IX 1940 r. przekraczałem bramę z napisem Arbeit macht frei w grupie ludzi szczutych psami, jak wszyscy tam przybywający, miałem osiemnaście lat. Nigdy w życiu nie byłem bity, nie widziałem bitych ludzi. Tak szczęśliwie upływało moje dzieciństwo i młodość. I oto tam spotkałem się z tak niewyobrażalnym wtedy - a był to przecież dopiero początek okupacji - poniewieraniem ludzi, wdeptywaniem w żwir, zabijaniem, katowaniem, odczłowieczeniem, że stało się to dla mnie doświadczeniem przełomowym. (...) Kiedy z Bożą pomocą udało mi się w kwietniu 1941 roku wyjść z Oświęcimia, powiedziałem sobie, że poświęcić trzeba wszystkie siły ratowaniu nieszczęśliwych. I to popchnęło mnie do współdziałania z najbardziej nieszczęśliwymi i najbardziej prześladowanymi, jakimi byli polscy Żydzi". Od tych najmłodszych lat i bardzo wczesnych dramatycznych doświadczeń zaczął się układać żywot Władysława Bartoszewskiego - godny opisania przez jakiegoś współczesnego Plutarcha. W lutym 2002 roku prof. Władysław Bartoszewski świętował - a wraz z nim liczni Polacy, Żydzi, Niemcy, Amerykanie - swoje osiemdziesiąte urodziny. Daj Boże takiego wigoru i takiej jasności umysłu wszystkim osiemdziesięciolatkom. Choć sam prof. narzeka: już nie mogę tak dużo jak dawniej pracować, po dwunastu godzinach czuję zmęczenie i muszę odpoczywać. Papież Jan Paweł II 7 lutego 2002 roku wysłał z Watykanu osobisty list do prof. Władysława Bartoszewskiego, w którym napisał między innymi: "Zachowuję w pamięci Pański dorobek naukowy i literacki, który w dużej mierze jest mi osobiście znany, jak również działalność społeczną i dyplomatyczną, zwłaszcza wszystkie wysiłki na rzecz zbliżenia ludzi i narodów". Myślę, że słowa o zbliżaniu ludzi i narodów to po prostu istota i najgłębszy sens całego długiego życia jubilata. Kim był przez minione osiem dziesięcioleci? Wymieńmy tylko to, co najważniejsze: więźniem KL Auschwitz, studentem tajnego Uniwersytetu Warszawskiego, żołnierzem podziemnej Armii Krajowej, współzałożycielem Rady Pomocy Żydom "Żegota", uczestnikiem Powstania Warszawskiego, dwukrotnie więźniem stalinowskiego reżimu w Polsce (1946-1948 i 1949-1954), od 1961 roku współpracownikiem a potem (aż do dziś) członkiem zespołu redakcyjnego wydawanego w Krakowie "Tygodnika Powszechnego", w latach 1973-1985 profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, współtwórcą opozycji demokratycznej, a między innymi Towarzystwa Kursów Naukowych, współautorem opracowań Polskiego Porozumienia Niepodległościowego, więźniem stanu wojennego, w latach 1983-1990 profesorem uniwersytetów - w Monachium, Augsburgu i Eichtätt, a w latach 1990-1996 ambasadorem III Rzeczypospolitej w Austrii, dwukrotnie ministrem spraw zagranicznych (1995 oraz 2000-2001), od 2001 przewodniczącym Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa, prezesem Polskiego Pen-Clubu, przewodniczącym Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Izraelskiej. Już w 1966 roku Władysław Bartoszewski otrzymał - jako jeden z pierwszych Polaków - medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata oraz honorowe obywatelstwo Izraela. W 2001 roku został odznaczony Wielkim Krzyżem Orderu Zasługi RFN za pracę na rzecz pojednania między Niemcami, Polakami i Żydami. Dorobek naukowy i literacki prof. Bartoszewskiego obejmuje liczne książki i jeszcze liczniejsze artykuły publikowane w czasopismach polskich i zagranicznych. Zbiór świadectw opracowanych wspólnie z Zofią Lewinówną - "Ten jest z ojczyzny mojej" cieszył się tak dużym zainteresowaniem, że ówczesne władze postanowiły ograniczyć nakład, przed oficjalną cenzurą w odpowiednim departamencie ówczesnego ministerstwa kultury. Inne książki jubilata, między innymi "1859 dni Warszawy", "Warszawski pierścień śmierci", "Na drodze do Niepodległości" też musiały się przebijać, tyle że nie do czytelnika, bo ten chłonął publikacje prof. Bartoszewskiego, znajdując w nich prawdę o historii najnowszej. Wspomnienia jubilata, wydane najpierw w Niemczech po niemiecku, powinny stać się powszechną lekturą ludzi młodych, nie tylko w Polsce. Tytuł tych wspomnień brzmi: "Warto być przyzwoitym". Władysław Bartoszewski "dorobił się" kilkunastu metrów teczek tajnej policji, wcześnie "został" agentem militaryzmu i rewanżyzmu zachodnioniemieckiego oraz - bodaj jeszcze groźniejszym - agentem syjonizmu. A jednak się nie uląkł, nie zboczył z obranego kierunku. Osiemdziesięciolecie prof. Władysława Bartoszewskiego obchodzono bardzo uroczyście: nabożeństwo w intencji jubilata w Kościele Środowisk Twórczych przy Placu Teatralnym, koncert na Zamku Królewskim, ale także bardzo serdecznie przyjęta i przeżyta nieomal rodzinnie szabatowa kolacja na trzydzieści parę osób w café "Ejlat" przy Alejach Ujazdowskich w Warszawie. Zaszczycił tę kolację prof. Szewach Weiss - ambasador Izraela, wraz z małżonką, prof. Michał Friedman - też z małżonką, wybitna poetka i eseistka - Julia Hartwig, znany z wielu szlachetnych działań polityk Henryk Wujec, byli ambasadorowie Polski w Izraelu - prof. Jan Dowgiałło i Wojciech Adamiecki, działaczka Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów - Barbara Sułek-Kowalska. Pani Joanna Brańska ze swoim małym zespołem zadbała o oprawę muzyczną i kulinarną tak jak trzeba - było sporo radości, humoru, odrobina patosu i umiarkowana porcja refleksji. W rolę gospodarzy wieczoru wcieliła się cała rodzina Krajewskich: Stanisław Krajewski wraz z żoną Moniką oraz ich dwaj synowie. Wieczór miał, zgodnie z pełnym rytuałem żydowskim, charakter kolacji szabatowej - było więc zapalanie świec, kidusz, łamanie chały i śpiewanie zmirot. Jubilat, który zalicza się do najlepszych polskich mówców, tym razem powiedział tylko parę zdań. Ale metodą Beni Krzyka z Odessy: mało, ale smacznie. Zanotowałem na kartce takie np. słowa: "To nie jest sztuka żyć długo, sztuką jest żyć godnie". Albo: "Mieć nawet sto lat, ale po złej stronie, co to za satysfakcja". Stanisław Krajewski i Barbara Sułek--Kowalska wręczyli jubilatowi dyplom honorowego członka Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Pani Joanna Brańska ofiarowała mu w imieniu Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Izraelskiej rzeźbionego w drewnie anioła (żeby strzegł i chronił) dłuta rzeźbiarza ludowego z Meszny koło Białej - Stanisława Kwaśnego. Od ambasadora Szewacha Weissa prof. Bartoszewski otrzymał album poświęcony wizycie papieża Jana Pawła II w Izraelu. Dziękując za ten dar, jubilat przypomniał, że jego stosunek do Jerozolimy jest szczególny. Gdy przed kilku laty podczas wywiadu dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung" zapytano go, gdzie mógłby mieszkać na stałe poza swoją rodzinną Warszawą, Władysław Bartoszewski odpowiedział bez wahania: "Tylko w Jerozolimie!". I tak myśli i czuje do dzisiaj. "Byłem w Jerozolimie - wspominał - kilkanaście razy, bo to jest dla mnie miasto całej ludzkości, symbol pokoju, na który Jerozolima czeka". Podczas spotkania w "Ejlacie" prof. Władysław Bartoszewski przytaczał budzące i śmiech, i grozę fragmenty z udostępnionych mu przez Instytut Pamięci Narodowej teczek "na siebie". Komentował je z właściwym sobie humorem i sarkazmem: "Może przygotuję, po przejrzeniu tych setek i tysięcy absurdalnych papierów, nową książkę? Mam już jej tytuł: Moja przygoda z syjonizmem, albo też Jak byłem agentem syjonizmu. Przewiduję dla tej książki miejsce na liście bestsellerów". Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: puls [...] IP: *.gen.twtelecom.net 18.02.03, 17:40 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Instytut Badań Polityki Żydowskiej 22.02.03, 00:24 Od naszego korespondenta z Londynu Instytut Badań Polityki Żydowskiej i poparcie dla kultury żydowskiej w Europie Poldek Sobel Wśród wielu interesujących instytucji żydowskich w Anglii na czoło wysuwa się londyński Instytut Badań Polityki Żydowskiej (Institute for Jewish Policy Research - JPR). Poprzednio Instytut był znany jako Instytut Spraw Żydowskich (Institute of Jewish Affairs). Przez wiele lat IJA pod redakcją nieżyjącego już profesora Uniwersytetu Warszawskiego i emigranta marcowego Łukasza Hirszowicza wydawał bardzo wpływowe czasopismo naukowe Soviet Jewish Affairs, zajmujące się sprawami żydostwa w Europie Wschodniej. Instytut mieści się niedaleko prestiżowej Oxford Street i od wielu lat odgrywa ważną rolę w życiu społecznym i kulturalnym żydostwa angielskiego. Od niedawna Instytut ten jest również jednym z dwóch ośrodków wspierających Europejskie Stowarzyszenie Kultury Żydowskiej. Instytut ma na celu informowanie, opiniowanie spraw społecznych, politycznych oraz kulturalnych dotyczących życia Żydów. Choć JPR jest organizacją dobroczynną zarejestrowaną w Wielkiej Brytanii, zajmuje się sprawami nie tylko dotyczącymi Żydów brytyjskich, lecz również sprawami dotyczącymi żydostwa na arenie międzynarodowej, koncentrując się szczególnie na sprawach europejskich. Instytut znalazł oparcie w szerokich kręgach żydostwa brytyjskiego, co wyraża się w składzie honorowego zarządu. Jego honorowym prezydentem jest Lord Rotshild. Instytut cieszy się również uznaniem Rady Nauk Ekonomiczno-- Społecznych (Economic and Social Research Council) - oficjalnego brytyjskiego establishmentu nauk ekonomiczno--społecznych. JPR prowadzi prace badawcze, analizy, organizuje debaty naukowe. Instytut zatrudnia wielu znanych badaczy, którzy pod kierunkiem dyrektora, prof. Barry'ego Kosmina, wdrażają cztery kierunki działalności Instytutu. Warto również wspomnieć, iż dyrektorem ds. imprez publicznych jest emigrantka marcowa z Warszawy Lena Stanley-Clamp (z domu Błyskowska). Cztery kierunki działalności Instytutu to: 1) Planowanie dla społeczności żydowskiej; 2) Społeczność obywatelska; 3); Izrael: wpływ, społeczeństwo i tożsamość; 4) Żydowska kultura: sztuka, środki przekazu i spuścizna. PLANOWANIE DLA SPOŁECZNOŚCI ŻYDOWSKIEJ obejmuje badania infrastruktury, co pomaga przy formułowaniu zaleceń i strategii dla organizacji żydowskich działających w sektorach opieki społecznej, oświaty i życia społecznego. Najnowszym osiągnięciem w tej dziedzinie jest opublikowanie wielkiego projektu badawczego Olivera Valinsa pt. Twarzą ku przyszłości: zapewnienie długoterminowej opieki dla starszego pokolenia Żydów w Zjednoczonym Królestwie (2002). Stanowi to ważny wkład do zaplanowania przyszłości starzejącej się ludności żydowskiej w Wielkiej Brytanii. W latach ubiegłych wydano dwie prace na temat planowania dla społeczności żydowskiej - jedna została poświęcona przyszłości szkolnictwa żydowskiego w Zjednoczonym Królestwie, a druga problemom bieżącym społeczności żydowskiej. Badania dotyczące tych kwestii są dostępne w postaci Raportów JPR (JPR Reports). W trosce o SPOŁECZNOŚĆ OBYWATELSKĄ i dla zapewnienia normalnego bytu żydowskiej mniejszości ważne jest prowadzenie programów zmierzających do umocnienia w społeczeństwie warunków sprzyjających rozwojowi życia społeczno-kulturalnego mniejszości narodowych. Dlatego też badania Instytutu w tej dziedzinie koncentrują się na problematyce związanej z antysemityzmem, rasizmem oraz prawami człowieka. Najbardziej prestiżowym wydawnictwem w tej dziedzinie jest publikacja Antysemityzm i ksenofobia w dniu dzisiejszym (Antisemitism and Xenophobia Today). Jest to szczegółowe sprawozdanie na temat przejawów rasizmu, ksenofobii, a szczególnie antysemityzmu we współczesnym świecie. Warto wspomnieć, iż rozdział poświęcony Polsce został opracowany (w roku 2002) przez młodego socjologa wrocławskiego, mgr. Marcina Starnawskiego. Mgr Starnawski w swoim sprawozdaniu wyraźnie nakreślił sytuację mniejszości narodowych w Polsce na tle sytuacji politycznej oraz aspekty historyczne antysemityzmu i rasizmu. Niestety, analiza ta nie obejmuje jeszcze polemiki wywołanej sprawą mordu w Jedwabnem i w innych miasteczkach w Polsce. Ważną publikacją jest naukowe czasopismo pt. Wzorce uprzedzeń (Patterns of Prejudice), wydawane kwartalnie przez JPR. Inne wydawnictwa JPR poświęcone powyższej tematyce to zbiory esejów wybitnych myślicieli żydowskich naszych czasów w Wielkiej Brytanii (m.in. naczelnego rabina Jonathana Sacksa oraz Petera Pulitzera) pt. Czy istnieje w Wielkiej Brytanii nowy antysemityzm? (Is there a new antisemitism in Britain?). Trzecim kierunkiem prac Instytutu jest BADANIE RELACJI POMIĘDZY IZRAELEM A DIASPORĄ oraz wewnętrzne sprawy Izraela związane z pluralizmem i prawami człowieka. Oczywiście trudna sytuacja polityczna w Izraelu znalazła i tu swoje odbicie - publikacji jest obecnie mniej. Jednak w poprzednich latach ogłoszono sprawozdania z niezwykle ciekawych kierunków badań, np. w 1997 r. ogłoszono raport o więziach Żydów brytyjskich z Izraelem (Barry A. Kosmin, Antony Lerman and Jacqueline Goldberg "The attachment of British Jews to Israel"). Wydaje się, iż ostatni, czwarty kierunek działalności Instytutu dotyczący ŻYDOWSKIEJ KULTURY jest najbogatszy i najciekawszy. Jednym z owoców tej działalności jest projekt zatytułowany Obraz kultury żydowskiej w dzisiejszej Europie - studium pilotowe ukazało się w listopadzie 2002 r. Odzwierciedla ono między innymi żydowskie życie kulturalne w Polsce. Jedną z osób zaangażowanych w ten projekt była Dina Berenstein, córka emigrantów marcowych oraz wnuczka Tatjany Berenstein, współpracowniczki ŻIH przed 1968 r. Kierunek ten jest również na bieżąco urzeczywistniany przez działanie Europejskiego Stowarzyszenia Kultury Żydowskiej (European Association for Jewish Culture). To Stowarzyszenie jest zarządzane wspólnie z Londynu przez Lenę Stanley-Clamp oraz z Paryża przez Daniele Neumann. Biuro londyńskie zajmuje się kontaktami z Czechami, Danią, Finalndią, Wielką Brytanią, Węgrami, Irlandią, Włochami, Holandią, Norwegią, Polską, Słowacją i Szwecją, a biuro w Paryżu: z Austrią, Belgią, Bułgarią, Francją, Niemcami, Grecją, Luksemburgiem, Portugalią, Rumunią, Hiszpanią, Szwajcarią, Turcją i krajami b. Jugosławii. Organizacja ta przy pomocy funduszu Unii Europejskiej w ramach programu Kultura 2000 wspiera rozwój kultury żydowskiej w całej Europie i warto się zatrzymać na jej działalności. Jest to głównie działalność polegająca na popieraniu finansowym kultury żydowskiej w różnorodnych jej formach. Do połowy roku 2002 zostały przyznane 33 granty w trzech dziedzinach działalności kulturalnej: sztuki teatralne, sztuki plastyczne oraz środki przekazu. W dziedzinie teatru popierane są zarówno przedstawienia teatralne jak i choreografia - szczególnie nowe spektakle. W dziedzinie sztuk plastycznych Stowarzyszenie wspiera wystawy malarstwa, fotografii, instalacji oraz sztuki wideo. Specjalne wydania żydowskich czasopism (szczególnie wydania tłumaczeń na języki zachodnie, np. angielski) były w przeszłości również wspierane przez Stowarzyszenie. Dzięki pomocy w tej dziedzinie, między innymi został wydany specjalny dodatek w języku angielskim do warszawskiego Midrasza (czerwiec 2002 r.). W przyszłym roku granty w dziedzinie środków przekazu obejmą również prace filmowe. W roku 2002 granty zostały przyznane także polskim artystom. Teatr w Sejnach wystawi sztukę I.L. Pereca Noc na Starym Rynku w nowatorskiej adaptacji ze współczesnymi elementami literackimi. Stowarzyszenie udzieliło grantu twórcom tego spektaklu - Małgorzacie Sporek--Czyżewskiej oraz Wojciechowi Szroderowi. W październiku przy pomocy grantu Stowarzyszenia 2002 r. zorganizowano w Gardzienicach wystawę malarstwa Miry Żelechower-Aleksiun pt. Spuściz Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jewhater [...] IP: 130.94.107.* 19.02.03, 08:37 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator 60 rocznicę śmierci 22.02.03, 00:26 60 rocznicę śmierci Ostatnie dni życia Adama Czerniakowa Jerzy Lewiński O Adamie Czerniakowie pisałem już kilkakrotnie. Ostatni raz w "Słowie Żydowskim" (nr 15 z lipca 2000 r.) w 58 rocznicę jego śmierci. Zwróciłem uwagę, że wśród sporej ilości różnego rodzaju publikacji o dziejach getta warszawskiego wciąż brakuje opracowania oddającego do końca prawdziwe okoliczności i przyczyny samobójstwa Adama Czerniakowa. W jednym z poprzednich artykułów pisałem, że niektóre wspomnienia i relacje o śmierci Adama Czerniakowa zawierają liczne dowolności, a nawet zmyślenia, bądź zmieniają fakty. Nawet w tak podstawowym i wydawałoby się bezspornym fakcie jak dzień śmierci Adama Czerniakowa istnieje sporo mylących danych. Przykładowo podałem, że Julian Kulski, wiceprezydent i kierownik Zarządu Miejskiego Warszawy w latach 1935-1944, we "Wspomnieniu o Adamie Czerniakowie" pisze: "Zadając sobie śmierć 24.VII.1942 r. Czerniaków"... Wspomnienie Kulskiego poprzedzone jest wstępem od redakcji podpisanym M.F., gdzie czytamy: "A gdy zorientował się w beznadziejności swojej samotnej walki w trzecim dniu akcji likwidacyjnej getta warszawskiego, 24.VII.1942 r. popełnił samobójstwo". Wybitny uczestnik akcji zbrojnej w getcie Marek Edelman w swojej głośnej rozmowie z Hanną Krall inaczej, ale również mylnie, podaje, "że wieczorem pierwszego dnia akcji popełnił samobójstwo prezes gminy, Czerniaków". Natomiast błędna data 24 lipca powraca w przypisach do publikacji "Kronika getta warszawskiego" Emanuela Ringelbluma, gdzie jest następujący zapis: "Poprzedni przewodniczący, inż. Adam Czerniaków, popełnił 24 lipca 1942 r. samobójstwo". Również "Pamiętniki z getta warszawskiego" w opracowaniu M. Grynberga zawierają kilka wspomnień podających różnie dzień śmierci prezesa Czerniakowa jak i nieprawdziwe przyczyny i okoliczności jego śmierci. Jednakże najbardziej rozpowszechnione dowolności, a nawet zmyślenia, pochodzą z publikacji Leona Tyszki (w getcie używał prawdziwego nazwiska Tenenbaum), pracownika gminy, pt. "Sukcesy i klęski jednego życia" (Londyn 1984 r.). Leon Tyszka w pierwszym okresie istnienia getta blisko współpracował z prezesem Czerniakowem, ale w 1942 r. pracował już w zakładzie zaopatrzenia pod kierownictwem radcy gminy Abrahama Gepneza. W publikacji Leona Tyszki jest wiele przekonywających ocen niektórych zdarzeń, a także działalności i osobowości Adama Czerniakowa, ale w istotny sposób zniekształcił przebieg wydarzeń dnia 22 lipca 1942 r. i wręcz zmyślił niektóre okoliczności związane ze śmiercią Adama Czerniakowa. Pozostają one w sprzeczności nawet z tym, co zapisał prezes Czerniaków 22 i 23 lipca 1942 r. w swoim Dzienniku i świadectwem jakie pozostawiła jego żona dr Felicja Czerniaków. Wykażę to w odpowiednim miejscu, opisując przebieg wymienionych dni. Posiadam w tym zakresie dokładną i w dużej mierze bezpośrednią znajomość faktów związanych z działalnością ostatnich dni życia Adama Czerniakowa, a w szczególności związanych z jego samobójstwem. Dla pełnego zrozumienia tych wydarzeń muszę się cofnąć do wypadków, które nastąpiły w getcie w nocy z 17 na 18 kwietnia 1942 r. Zapoczątkowały one bowiem tragiczny okres, stanowiący niewątpliwie przygotowanie do rozpoczęcia akcji w dniu 22 lipca 1942 r. tzw. "przesiedlenia ludności żydowskiej warszawskiego getta na Wschód". Ta krwawa noc z 17 na 18 kwietnia wstrząsnęła gettem. Ludność getta dowiedziała się bowiem rano 18 kwietnia, że funkcjonariusze warszawskiego gestapo wyprowadzili z mieszkań 52 mężczyzn i każdego z nich zastrzelili zaraz na ulicy. Przerażona ludność po ustaleniu tożsamości ofiar kapturowych mordów starała się dociec powodów tej tragedii. Ofiary pochodziły z różnych środowisk gettowej społeczności, co niewątpliwie było zamierzone dla zdezorientowania ludności, której zresztą nie pozostawiono dużo czasu na rozwikłanie przyczyn kwietniowej tragedii. Po paru bowiem dniach ponownie wyciągnięto z mieszkań kilkanaście osób i w taki sam sposób zamordowano, co powtórzyło się jeszcze kilkakrotnie. Przywożono również Żydów zamieszkałych nielegalnie na tzw. stronie aryjskiej i zabijano ich na ulicach getta. Rozpoczął się okres bardzo trudny: powtarzające się zabójstwa, egzekucja 110 Żydów jako odwet za nieprzestrzeganie zarządzeń władz niemieckich, wzrastająca nędza, zwiększająca się liczba bezdomnych i wygłodniałych dzieci, wreszcie przesiedlenie do getta ludności żydowskiej z innych miejscowości, co wymagało ogromnych wysiłków organizacyjnych do ich przyjęcia. Getto nawiedziły niemieckie ekipy filmowe. Było oczywiste, że wychwytywanie przez filmowców osób lepiej ubranych, inscenizacja różnych scen na ulicach czy w restauracjach, służyły określonemu celowi: miały wskazywać na dobrobyt ludności i jej obojętność wobec żebrzących. Coraz częściej pojawiały się pogłoski, że akcja propagandowa filmowców niemieckich wyprzedza zamiar wysiedlenia z getta części ludności i szczelniejsze jego zamknięcie. Wszystkie te wydarzenia ostatniego okresu wprowadzały ludność getta w stały stan przerażenia i bezsilności, o co niewątpliwie chodziło władzom niemieckim, przygotowującym realizację planu tragicznej akcji wysiedleńczej, której rozpoczęcie wyznaczono na dzień 22 lipca 1942 r. Prezes Czerniaków zdawał sobie w pełni sprawę z nastrojów ludności i starał się podtrzymywać ją na duchu. Otwiera Domy Dziecka, wspomaga otwieranie ogródków dziecięcych, przemawia na otwarciu kolejnej Izby Zatrzymań dla dzieci ulicy w rejonie Służby Porządkowej na Chłodnej. Równocześnie odważnie odmawia filmowcom niemieckim, którzy żądali, aby wziął udział jako przewodniczący w zainscenizowanym balu. Natomiast przy każdym spotkaniu z przedstawicielami władz niemieckich zabiega o poprawę życia ludności i stara się zorientować, czy represje ostatnich miesięcy mają charakter przejściowy czy też są zapowiedzią dalszych tragicznych wydarzeń. Z różnych stron dochodzą bowiem wiadomości, że dziesiątki tysięcy Żydów mają być wysiedlone z getta i nikt nie wie dokąd i z jakim przeznaczeniem. Czerniaków do tych wiadomości - chociaż nie mają one żadnego konkretnego potwierdzenia - odnosi się z należytą uwagą i troską. Z tych względów nie zaniedbując codziennych spraw związanych z prezesurą gminy usilnie zabiega o każdy możliwy kontakt z przedstawicielami władz niemieckich nadzorujących getto. Zdaje sobie sprawę, że nie dowie się prawdy, ale z wypowiedzi swych rozmówców może mu się uda zorientować w ich zamiarach. W poniedziałek, 20 lipca 1942 r., rozmawia ze wszystkimi funkcjonariuszami referatu żydowskiego gestapo. Zapewniają prezesa, że o zamierzeniach wysiedlenia ludności z getta nic nie wiedzą i są to zwykłe plotki. Czerniaków wynikami tych rozmów się nie zadowala i stara się o uzyskanie konkretnej urzędowej odpowiedzi. "Nie mając innego wyjścia - zapisał w Dzienniku 20 lipca 1942 r. - udałem się do zastępcy kierownika wydziału III, Scherera. Wyraził zdziwienie co do pogłoski i oświadczył, że również nic o tym nie wie. W końcu zapytałem, czy mogę oświadczyć ludności, że nie ma powodu do obaw. Odpowiedział, że mogę, że to wszystko co mówią jest Quartsch i Unsinn (bzdura i nonsens). Poleciłem Lejkinowi, aby przez rejony zawiadomił o tym ludność". Wiem od żony prezesa, pani dr Felicji (z którą współpracowałem w działalności społecznej) jak i ówczesnego sekretarza generalnego gminy adwokata Zygmunta Wazmana, że Czerniaków zastanawiał się, czy otrzymane informacje przekazać ludności getta. Pełniąc już bowiem przez prawie trzy lata obowiązki prezesa gminy zbyt dobrze poznał mechanizm działania władz i urzędów hitlerowskich oraz postępowanie ich przedstawicieli, aby otrzymane wiadomości osobiście uwiarygodnić. Wiele jednak względów, a przede wszystkim ogromna panika w getcie spowodowała, że wydał Lejkinowi polecenie poinformowania ludności getta o z Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kASIA [...] IP: 209.234.166.* 19.02.03, 15:32 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Warsztaty Młodych Jidyszystów - Łódź 2002 22.02.03, 00:27 Warsztaty Młodych Jidyszystów - Łódź 2002 Michał Bilewicz "My młodzi - my radośni, rozśpiewana hałastra!" - tym hasłem w 1919 roku Mojsze Broderson rozpoczął swój manifest. To w robotniczej Łodzi, a nie w Warszawie, Wilnie czy Nowym Jorku, narodził się ruch artystycznej młodzieży, która postanowiła tworzyć awangardową literaturę i sztukę w ramach kultury jidysz. Do hasła Brodersona i nazwy jego grupy "Jung Jidysz" zaczęli nawiązywać młodzi poeci z Warszawy ("Hałastra"), Wilna ("Jung Wilne") czy Ameryki. Nie jest więc przypadkiem, że dziś, pierwsze od dziesięcioleci młodzieżowe warsztaty języka jidysz zorganizowano właśnie tu - wśród zabytkowych fabryk, pałaców fabrykanckich, secesyjnych kamienic i schowanych w podwórzach prywatnych synagog. "Łódź stanowi doskonałą oprawę dla takich wydarzeń. To jedyne miejsce, w którym przedwojenny świat żydowski widać jak na dłoni" - mówi Piotr Piluk, organizator warsztatów. Piotr jest Lodzermenszem pełną gębą - zna w Łodzi wszystkich: od dyrektorów galerii, którzy pokazali jidyszystom sztukę związaną z żydostwem, do bywalców klubów na Piotrkowskiej, gdzie środowisko miłośników jidysz integrowało się wieczorami. Piotr zna też każdy łódzki kamień - o brukowanych ulicach, zaniedbanych budynkach i zapomnianych fabrykach potrafi opowiadać godzinami. W jego historiach powracają żydowscy fabrykanci i robotnicy, niemieccy Żydzi w getcie i drobni handlarze z Bałut. Na co dzień Piotr pracuje w łódzkim TSKŻ, choć ostatnio często można go spotkać w warszawskim Centrum Kultury Jidysz. "Wieloetniczna Łódź obecna była od samego początku w moim życiu - opowiada Piotr. - Wychowałem się w bliskim sąsiedztwie pałacu Poznańskich i jego fabryki. Pewnie dlatego zainteresowałem się architekturą tego miasta i historią sztuki" - dodaje. Przez ostatnie kilka lat Piotr zwiedził wszystkie zakamarki Łodzi i okolicznych miast. Dzięki temu powstała unikalna kolekcja zdjęć dokumentujących historię żydowskiego przemysłu, którą Piotr prezentował m.in. w kwietniu na międzynarodowej sesji "Sztetł" na UW, na wystawie w ramach zeszłorocznych "Dni Łodzi" i teraz, na warsztatach jidysz. Przez trzy dni młodzi miłośnicy kultury jidysz poszukiwali zabytków wielonarodowej Łodzi. "Łódź to niesamowite miasto - zachwycał się Robert z Warszawy. - To chyba głównie przez tę architekturę - przez nią widać inne kultury, naleciałości: żydowską, ale i niemiecką, polską". Piotr Piluk komentuje ze znawstwem: "Jest to jeden z największych na świecie zespołów architektury historyzującej i eklektycznej, z elementami secesji". "Zaprosiłam moich jidyszystów do Łodzi, bo to cudowne miejsce" - mówi Monika Polit, która razem z Piotrem zorganizowała warsztaty. Monika jest animatorką odradzającego się w Polsce jidyszyzmu - naucza mame łoszn w Centrum Kultury Jidysz i prowadzi w szkołach zajęcia o historii Żydów. "Łódź jest moim miastem, z którego wyemigrowałam do Warszawy - opowiada Monika. - Tu każdy kamień tchnie niemczyzną, albo naszym żargonem. Musiałam więc pokazać to miasto moim uczniom. W porównaniu do Łodzi Warszawa wydaje mi się martwa". Warsztaty biblioteczne, które poprowadziła Monika, miały przygotować młodych adeptów języka jidysz do ich przyszłej pracy. Na przykładzie niewielkiego księgozbioru uczyli się tworzyć karty katalogowe - opisywać w jidysz książki, odszukiwać nazwiska autorów publikacji. "Kluczem do sukcesu jest dobra znajomość alfabetu. Jak potrenuję alfabet, to będzie lepiej" - mówi Robert, który dopiero rozpoczyna naukę języka. Ostatniego dnia Monika wtajemniczyła młodych jidyszystów w historię ich poprzedników. Opowiedziała im o Brodersonie, Adlerze - którzy osiemdziesiąt lat temu postanowili tworzyć w duchu jidysz. Monika podkreśla jednak, że żydowska Łódź, to nie tylko Jung Jidysz: "Historia Łodzi to nie tylko historia wielkich poetów, malarzy. Byli tu także zwykli Żydzi, jidn fun a ganc jor, którzy nadawali miastu szczególny charakter". Fundatorka warsztatów, Gołda Tencer z Fundacji Szalom, również pochodzi z Łodzi. Kiedyś ukończyła słynną szkołę imienia Pereca, a dziś pragnie stworzyć młodemu pokoleniu szansę poznania kultury i języka, którego nauczano w jej liceum. "Musicie koniecznie zobaczyć budynek liceum - mówiła do jidyszystów Gołda Tencer. - Planujemy wmurowanie tam tablicy, a niedawno wydano nawet pamiątkową książkę o naszej szkole" - dodała w trakcie spotkania wprowadzającego. "Ich bin ojch a Lodzermensz" - powiedział kiedyś przyszły premier Leszek Miller, na spotkaniu z ziomkostwem łodzian w Izraelu. Z takim poparciem jidysz w Łodzi nigdy nie zginie. Czekamy więc na kolejne warsztaty. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kASIA [...] IP: 209.234.166.* 19.02.03, 15:32 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator "Journe'es des Actinides" 22.02.03, 00:27 Polska obecność na konferencji "Journe'es des Actinides" O fizyce i chemii w Ejn Gedi Aleksander Bilewicz Cykliczne konferencje "Journe'es des Actinides" odbywają się już od 30 lat. Ich tematyka związana jest z własnościami aktynowców - grupy ciężkich pierwiastków, do których należą m.in. tak ważne jak uran czy pluton. Tegoroczna sesja miała miejsce w kibucu Ejn Gedi w Izraelu. Okres, w którym zaplanowano konferencję był dla państwa Izrael czasem niezwykle trudnym. Niestabilna sytuacja polityczna spowodowała, że losy konferencji ważyły się do ostatniej chwili. Wielu jej uczestników odwołało przyjazd. Jednak 32 sesja "Journe'es des Actinides" odbyła się. Niemała w tym zasługa polskich naukowców. Mimo ciągłych komunikatów o zamachach bombowych, do Ejn Gedi zdecydowało się przyjechać 24 zagranicznych badaczy, w tym aż 9 Polaków - z Wrocławia, Katowic, Krakowa i Warszawy. Udział polskich naukowców w tegorocznym "Journe'es des Actinides" był szczególnie ważny, gdyż konferencja zbiegła się z 50 rocznicą odkrycia przez Włodzimierza Trzebiatowskiego zjawiska ferromagnetyzmu związków uranu. Temu ważnemu odkryciu poświęcono jedno ze spotkań, na które przyjechał przewodniczący izraelskiej Komisji Energii Atomowej oraz przedstawiciel polskiej ambasady. Uczestnictwo w sesji planował także ambasador RP, jednakże wizyta ministra Siwca w Izraelu w tym samym czasie pokrzyżowała jego plany. Fakt, że konferencja ostatecznie doszła do skutku był bardzo ważny dla izraelskich gospodarzy. Po roku mozolnych przygotowań, jej odwołanie oznaczałoby kolejne zwycięstwo palestyńskiego terroryzmu, który chce sparaliżować normalne życie w Izraelu. Izraelczycy czuli, że nasz przyjazd był wyrazem solidarności z izraelskimi naukowcami i przeciwstawieniem się izolacji izraelskiego państwa od świata, na której tak zależy Arafatowi. Mimo że w konferencji wzięło udział tylko 24 zagranicznych uczestników, program naukowy został całkowicie wypełniony. Jak co roku, wymieniliśmy się informacjami o najnowszych osiągnięciach teoretycznych i eksperymentalnych. Szczególnie cenne były doniesienia o stwierdzonym nadprzewodnictwie związków aktynowców. Po konferencji polscy uczestnicy zwiedzili Jerozolimę, skąd tak często dochodzą sygnały o aktach przemocy. Czytając przed wyjazdem prasowe doniesienia z Izraela sądziłem, że zobaczę sparaliżowany strachem kraj. Jednakże życie toczy się tam zupełnie normalnie. Ulice w Jerozolimie i Tel Awiwie są jak zawsze pełne ludzi, a kawiarnie wieczorami zapełniają się gośćmi. Wszyscy oni są dziś szczególnie zdeterminowani, aby nie dać się terrorystom i żyć codziennym dniem w swoim kraju. Utrzymywanie przez Polskę naukowych kontaktów z Izraelem może w tym bardzo pomóc. Autor jest docentem w Instytucie Chemii i Techniki Jądrowej w Warszawie Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Marco Re: Lista Morderstw Popelnionych przez Zydow IP: *.lta.lviv.ua 19.02.03, 17:54 In Ukraine in the years 1932-33 died up to 10 millions of peoples. the artificiale famine organized by bolshevik party was planned and realized by Lazar Moisejewich Kaganovich Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Jestem Stąd - 22.02.03, 00:29 Jestem Stąd - W dziesiątą rocznicę śmierci Stanisława Wygodzkiego Tadeusz J. Żółciński Niepostrzeżenie mija dziesiąta rocznica śmierci Stanisława Wygodzkiego. Co prawda w najnowszym, XIII roczniku telawiwskich "Konturów" sygnowanych na rok 2002, zamieszczono znaleziony w papierach po zmarłym zarys opowiadania "Akacjowe maje", a w Warszawie z początkiem maja odbyło się spotkanie z wdową po Stanisławie Wygodzkim, ale na tym się kończy. Czyżby niepamięć objąć miała autora gorzkiej, rozrachunkowej z okresem stalinizmu powieści "Zatrzymany do wyjaśnienia?". Czyżby miał podzielić los licznych pisarzy wypędzonych, którzy mogli pisać za nim, że "Polska to moja wielka rana" i "...bo nie jestem skądinąd i nie jestem zewsząd: JESTEM STĄD". Bo dla Wygodzkiego bycie STĄD było byciem z Polski. I choć w Izraelu spędził ostatnie dwadzieścia cztery lata trudnego życia, to uczuciowo związany się czuł zawsze z Polską, krajem dzieciństwa, młodości, wieku męskiego, czasu Holocaustu i co ważne debiutu poetyckiego i lat dojrzałego pisarstwa. Dziś już mało kto pamięta jego poetycki debiut z 1936 r. spod znaku "Żywioł liścia", który ukazał się w serii Biblioteka "Okolica Poetów". Dziwne to były wiersze, pełne melancholii i przeczuć tego, co dopiero miało nadejść, a co miało wyznaczać biografię poety. To dziś dopiero możemy jednoznacznie odbierać treść wiersza "O niemieckiej śmierci" poświęconego początkom dojścia do władzy Hitlera: Ale ja nie wiem, czy taka zwyczajna, bo osiem kul było - nie jedna, i nie wiem, czy jawna strzelała czy tajna, i matka też nie wiedziała - biedna. I S.A. Männer rzekli: Er war ganz verdorben, drum ist er gestorben! Znalazły się w tym zbiorze wiersze, które dziś wymagają historycznego komentarza, jak choćby "Mahagonny", "Nowe Cesarstwo Mandżuko" czy "Hiszpania". I nie wystarczy do ich pełnego zrozumienia wyznanie pisarza z 1990 r., z okazji ukazania się w jego dawnym kraju po latach nieobecności na półkach księgarskich, tomu wierszy "Pożegnanie": "Z jakiej tradycji wywodzi się to niewielkie pisanie moje, to paranie się zawodem, napełniającym mnie ciągle wątpliwościami, zniechęceniem i goryczą? Z tego wszystkiego co w literaturze polskiej, i nie tylko polskiej, było pochyleniem się nad niedolą ludzką, nad cierpieniem, osaczeniem, pogardą i nędzą. Z tej literatury się wywodzę i ku niej zmierzam, jej pragnę pozostać wiernym tak długo, jak długo pogarda, nienawiść, łaknienie krwi będzie tradycyjnym składnikiem społeczności ludzkich". Temu też wyznaniu pozostawał Wygodzki wierny przez wszystkie lata służby pisarskiej, zarówno w poezji jak i w prozie oraz w publicystyce, w głoszonych poglądach politycznych. On, człowiek lewicy, komunista, dumny z posiadanej przez lata legitymacji partyjnej, głoszący chwałę "dialektyki dziejów", dający odpór imperialistycznej Ameryce, potrafił poddać krytyce swoje dotychczasowe poglądy w momencie, gdy się dowiedział, że służył piórem złej sprawie: "Pisałem przede wszystkim o wojnie, o tragedii Holocaustu, o własnych przeżyciach z tego okresu. Ale pisałem też - co było zgodne z moimi ówczesnymi zapatrywaniami - że Stalin to ten, który skutecznie wyzwolił ludzkość, a Dzierżyński to ten, który skutecznie walczył z kontrrewolucją... Cóż dziś mogę powiedzieć o tych utworach? Były haniebne, o wielu z nich myślę z pogardą. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale wszystko jest kwestią perspektywy - dziś wiem o tamtych czasach dużo więcej niż wiedziałem wówczas... Tak, powiedziałem wówczas: służyłem złej sprawie. I tak było". To rozczarowywanie komunizmem było długim i bolesnym procesem. Ostatecznie zerwał Wygodzki z tą ideologią w dniu, w którym na zawsze opuszczał Polskę, na dwa miesiące przed wydarzeniami marca 1968 r.: "Mój wyjazd był protestem przeciwko temu, co się dzieje w Polsce, był emigracją nie do lecz od. Rozumowałem tak: jeżeli jestem Żydem i nie chcą mnie w kraju, który wybrałem na swoją ojczyznę, to moje miejsce jest tylko pośród Żydów, w Izraelu. Wyjeżdżałem z przymusu, ale Izrael był moim wolnym wyborem". Już będąc w Izraelu dowiedział się, że "wydany w Warszawie tajny okólnik, poleca spalenie książek Stanisława Wygodzkiego". Dało to poecie asumpt do napisania wiersza bez tytułu: Spaliłeś moje książki, barbarzyńco, na wicher cisnąłeś mój popiół. Kto czynił to kiedyś w Europie, złoczyńco! ............................................... Chcesz zatrzeć po mnie ślady, echo po tamtym narodzie, co w kłębach cyklonu padał - bo ty jesteś zbrodzień. Pojętny, partyjny uczniu, uczniu palaczy z Niemiec. * * * Wygodzki cierpiał na polskość. Pisać umiał wiersze i prozę jedynie w języku polskim. W Izraelu nieustannie tęsknił za dawnym krajem, wszystko mu się z nim kojarzyło, nasuwało porównania: Tej nocy w Giwataim krzewy pachniały jak w Polsce - trawa wilgotna, kładka nad rowem. Przychodźcie, deszcze, przychodźcie przychodźcie przychodźcie jeszcze i jeszcze. Ta jego Polska zawarta została w "pejzażach dzieciństwa": Zacisze snów z parskaniem koni, ze strychem i chrobotem myszy z gałęzią wiśni i jabłoni. Równocześnie ta Polska to czas wojennej Apokalipsy, Holocaustu, śmierci w obozach zagłady najbliższych - matki, żony i córeczki. To śmierć milionów współbraci, których jemu, uratowanemu, przyszło opłakiwać i pamiętać: Przez własny ból i własną mękę przenika wiersz mój i narasta i jak na ciepły popiół miasta na serce kładę swoją rękę, lecz zalękniona się nie cofa i wytrwa, wytrwa do ostatka powolna i bolesna strofa w której Córka ma i Matka ........................................... I odwrócony ku tej stronie, skąd nikt nie wraca, muszę zmieścić dwadzieścia bitew i klęsk dwadzieścia dalekie oczy, usta, dłonie i wytrwać, wytrwać sił ostatkiem i zapamiętać wszystko, grom i własny Kraj i dom i pogrom i Córkę własną i mą Matkę. * * * Spuścizna Wygodzkiego jest wymierna. Kilkanaście zbiorów poezji, tyleż samo tomów prozy. Wydawane za życia pisarza, dziś zapełniają w jego dawnym kraju półki kilkunastu bibliotek publicznych. Od czasu do czasu ktoś po nie sięga, zagląda, przerzuca. Ktoś go wspomni okazjonalnie, najczęściej w pracy naukowej poświęconej bądź to Holocaustowi, bądź to historii Żydów w Polsce i ich piśmiennictwu. Ktoś przytoczy fragment jakiegoś wiersza bądź prozy dla udokumentowania założonej tezy dotyczącej literatury żydowskiej tworzonej w Polsce, bądź dla poświadczenia, że Holocaust miał swoich poetów Hiobów. Bo był Wygodzki Hiobem opłakującym zagładę swojego narodu. I jak słusznie zauważa Józef Wróbel w książce "Tematy żydowskie w prozie polskiej 1934- 1987": "Kilkadziesiąt martyrologicznych opowiadań Stanisława Wygodzkiego to fragmenty zamkniętego, niekończącego się fresku upamiętniającego żydowskie, a to znaczy w najwyższym stopniu skondensowane, ludzkie cierpienie...Wygodzki buduje świat swoich opowiadań z niewielkich cząsteczek ludzkich tragedii, każdej jednak może przypisać wymiar uniwersalizujący ludzkie cierpienie i ludzką podłość, która jest jego przyczyną. Tematem, który jest mu szczególnie bliski przez śmierć córki zagazowanej w komorze, której poświęcił tom trenów Pamiętnik miłości, jest dziecko". A Natan Gross pisze o żydowskich trenach Wygodzkiego, który jest w nich nie tylko świadkiem, ale i kronikarzem czasu Zagłady: Dziejopis ludzi, butów, sukien Po mych spalonych i po Twoich... Trudno jest zamknąć w krótkim przypomnieniu jakże złożoną drogę życia Wygodzkiego. Ukazać zamknięty w jego twórczości dramat człowieka, który przez wiele lat życia miał świadomość przegranych idei, które wyznawał, w które wierzył. Lecz jak Hiob opłakujący miał równocześnie nadzieję, że jednak świat jego wartości, jego przemyśleń, kiedyś jednak zwycięży. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: zbik_czyli_wojo [...] IP: *.gen.twtelecom.net 03.03.03, 18:14 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: ZBIK 19 Luty 2003, MASAKRA - 14 LUDZI ZABITYCH IP: 209.234.157.* 20.02.03, 01:26 www.haaretzdaily.com/hasen/spages/264640.html Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator "Czy zaglądałeś do Goldberga"? 22.02.03, 00:30 Promocja dzieła uczonego z Jerozolimy "Czy zaglądałeś do Goldberga"? Ryszard Wasita Tym pytaniem profesor Janusz Tazbir kończy swój komentarz do trzytomowego dzieła Jakuba Goldberga z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Pytaniem, jak najbardziej uzasadnionym, które należy odtąd kierować do badaczy dziejów Żydów w Polsce, aby przypominać im, że nie mogą pominąć tak bogatego źródła jak "Jewish Pirivileges in the Polish Commonwealth: Charter of Rights Granted to Jewish Community in Poland-Lithuania in the Sixteeth to Eighteen Centuries". Dzieło profesora Jakuba Goldberga powstawało długo, przez wiele lat, w skrajnie trudnych warunkach - zbieranie materiałów w znacznym stopniu utrudniał brak dostępu do archiwów litewskich, białoruskich i ukraińskich w ówczesnym Związku Radzieckim. Gdy w drugiej połowie lat 80. ukazał się tom pierwszy publikacji, wydany wówczas w sześciu wersjach językowych, czasopismo "Polska" przyznało uczonemu z Jerozolimy doroczną nagrodę "za najwartościowszą książkę roku o tematyce polskiej opublikowaną za granicą". Recenzentami-jurorami byli między innymi prof. Jan Szczepański z Polskiej Akademii Nauk, prof. Maurycy Horn z Żydowskiego Instytutu Historycznego i prof. Józef Andrzej Gierowski z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dla państwa Goldbergów była to radość niezwykła, bo wiązała się z możliwością spotkania z rodzinną ziemią - po latach zakazu. Ani prof. Olga Goldberg (etnograf i etnolog), ani prof. Jakub Goldberg nie widzieli Polski od dawna, gdy musieli ją opuścić w pamiętnym roku 1968. W latach 80. też nie było łatwo uzyskać pozwolenie na wizytę w kraju, ale dzięki przychylności jednego z ówczesnych wiceministrów spraw zagranicznych udało się zapewnić profesorskiej parze wizy polskie. Ówczesny prezes ZAiKS, pisarz i publicysta, rodowity opolanin Edmund Jan Osmańczyk sprawił, że we wrześniu, kiedy Zakopane jest pełne gości, znalazł się pokój w "Halamie" dla Olgi i Jakuba Goldbergów. Warszawska promocja dzieła Jakuba Goldberga odbyła się ósmego maja 2002 roku w Sali Joachima Lelewela w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk na warszawskim Rynku Starego Miasta. Profesor Janusz Tazbir, wybitny polski historyk i serdeczny przyjaciel Jakuba Goldberga, w swojej refleksji poświęconej pracy uczonego z Jerozolimy podkreślił istotne cechy Jakuba Goldberga wyróżniające go jako badacza - wzorowego edytora źródeł historycznych, umiejętnie dokonującego analizy i syntezy tematyki. Drugim mówcą był profesor Antoni Mączak, również wybitny polski historyk, utalentowany pisarz historyczny, także serdeczny przyjaciel prof. Goldberga. Mówił o zasługach uczonego z Jerozolimy w przybliżaniu mniej znanych epok w dziejach Żydów Rzeczypospolitej, bo główna uwaga badaczy skupiła się po II wojnie światowej na problematyce Zagłady i - w mniejszym już stopniu - na latach międzywojennych. Dzieło prof. Goldberga opisujące okres od XVI do schyłku XVIII wieku i rozbiorów, obejmuje całą wielką epokę w dziejach Żydów Rzeczypospolitej. Po wystąpieniu prof. Antoniego Mączaka wręczono gościowi z Jerozolimy list prof. Leona Kieresa - dyrektora Instytutu Pamięci Narodowej, przy aplauzie zebranych (widziałem między innymi prof. Henryka Samsonowicza, prof. Juliusza Bardacha, krakowskiego jezuitę ks. prof. Stanisława Obirka i wielu innych przedstawicieli polskiej humanistyki). Sam autor w krótkiej wypowiedzi podkreślił uniwersalność opublikowanych źródeł, bo dotyczą one nie tylko samych Żydów, ale także np. rozwoju gospodarczego dawnej Rzeczypospolitej, rozwoju urbanistyki na ziemiach polsko-litewskich, ukazują przyczyny i proces stanowienia prawa w Rzeczypospolitej. Na koniec zwięzły opis dzieła Jakuba Goldberga: przywileje dla gmin żydowskich były najważniejszymi dokumentami wydanymi dla Żydów w I Rzeczypospolitej przez królów i dziedziców miast prywatnych, stanowią więc rodzaj źródła obfitującego w podstawowe informacje z dziejów polskich Żydów i szeregu dziedzin historii Polski w XVI-XVIII wieku. Wystawcy przywilejów przyznawali Żydom szeroki zakres uprawnień, stwarzający im możliwość korzystania z większej niż gdzie indziej tolerancji. Dotyczyły one prawa do zamieszkania w miastach, zajmowania się różnymi zawodami, swobody uprawiania kultu religijnego, wznoszenia synagog, zakładania cmentarzy. Zawierają też normy określające status prawny Żydów, kompetencje żydowskich instytucji samorządowych, zasady wyboru starszyzny, zakres sprawowanej przez króla, dziedziców i kahały władzy sądowej, a ponadto ustanawiane dla ludności żydowskiej ograniczenia o charakterze prawnym i gospodarczym. W opracowanym przez prof. Jakuba Goldberga zbiorze przywilejów znajdujemy też przepisy regulujące stosunki Żydów z różnymi stanami polskiego społeczeństwa, władzami państwowymi, starostami, dziedzicami miast szlacheckich, duchowieństwem. Nakładały na Żydów obowiązek płacenia podatku pogłównego i uiszczenia czynszów dla starostów, dziedziców, magnatów i instytucji kościelnych oraz świadczenia różnego rodzaju powinności. Normy prawne zawarte w tych przywilejach zaważyły na charakterze ustawodawstwa ustanowionego dla Żydów w okresie przedrozbiorowym. W pierwszym i drugim tomie zamieszczone są teksty 129 przywilejów, do niektórych zaś dołączono aneksy. Przeważająca część przywilejów została napisana po polsku, niektóre po łacinie i niemiecku, inne zaś w części po polsku, a w części po łacinie. W pierwszym i drugim tomie obszerne wstępy omawiające znaczenie, funkcje i zawartość przywilejów oraz regesty i przypisy, publikowane są w wersji angielskiej, a trzeci tom zawiera polską wersję tych tekstów. Czy możliwe jest odnajdywanie nowych źródeł, a zatem uzupełnianie dzieła profesora Jakuba Goldberga o nowe, dotąd niepoznane przywileje? Prof. Antoni Mączak uważa, że jest to oczywiście możliwe (archiwa w krajach byłego ZSRR), ale będą to uzupełnienia niezmieniające ogólnego obrazu, który przyniosła praca uczonego z Jerozolimy. I - jak to powiedział prof. Janusz Tazbir - kolejne pokolenia badaczy będą sobie i kolegom zadawały pytanie: "Czy zaglądałeś do Goldberga?". Obecny na uroczystości w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk Michał Friedman szepnął mi w pewnym momencie do ucha: - Kiedy patrzę na zebranych tu ludzi z różnych pokoleń i różnych dziedzin wiedzy, to myślę sobie słowami Wyspiańskiego - "A to Polska właśnie". Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: bASIA [...] IP: 130.94.123.* 20.02.03, 19:13 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Jan Kiepura 22.02.03, 00:31 Jan Kiepura Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie premierą operetki Wesoła wdówka Franza Lehara uczciła setną rocznicę urodzin (16 maja 1902) jednego z najsławniejszych polskich tenorów XX wieku - Jana Kiepury. Ten syn piekarza z Sosnowca, dzięki swojemu talentowi, wyjątkowo pięknemu głosowi, świetnym warunkom zewnętrznym, obdarzony żywiołowym temperamentem, zrobił w swoim czasie zawrotną karierę. Po kilku początkowo amatorskich występach na estradach znalazł się w stolicy i wystąpił na scenie Opery Warszawskiej, w Halce Stanisława Moniuszki, w epizodycznej roli Górala w III akcie. Jego właściwy debiut miał miejsce we Lwowie, w 1925 roku, w roli tytułowej opery Faust Ch. Gounoda. Wreszcie rozpoczęła się jego wspaniała kariera wiodąca nie tylko przez polskie sceny, ale przez sceny operowe niemal wszystkich stolic Europy - od Wiednia, Berlina, Paryża, Londynu oraz Mediolanu począwszy. Podbił z ogromnym sukcesem także sceny Ameryki, gdzie jego głównym agentem był Sol Hurok. Dokonał ogromnej ilości nagrań płytowych. W repertuarze miał niemal cały "żelazny" repertuar operowy, a nawet tak rzadko grywane dzieła, jak opera E.W. Korngolda Das Wunder der Heliane (Cud Heliany), w której wystąpił z Lottą Lehman jako partnerką. W 1930 roku rozpoczął współpracę z niemiecką kinematografią, gdzie jego kreacje w filmach muzycznych jak Lied einer Nacht (Pieśń nocy, reż. A. Litvak, 1932) oraz Ein Lied für Dich (Dla ciebie śpiewam, w Polsce grany jako Zdobyć cię muszę, reż. J. May, 1933) zapewniły mu ogromną popularność w Niemczech, gdzie w zaraniu filmu dźwiękowego stał się niemal idolem, zresztą nie tylko tamtejszych melomanów. Ogółem wystąpił w 12 filmach nakręconych między innymi w Austrii i w Ameryce (kilka z udziałem jego żony, śpiewaczki i aktorki Marty Eggerth). Jego popularności w Niemczech zagraża coraz bardziej hitleryzm. Czujni funkcjonariusze Goebbelsa zwrócili uwagę, że matka sławnego śpiewaka Jana Kiepury i mniej sławnego jego brata, także tenora Władysława Ladisa (ur. 1904) była Żydówką. Niebezpieczeństwo zagrażające im ze strony nazistów zmusza ich obu do opuszczenia Europy. I wreszcie obaj znaleźli się w osławionym Lexikon der Juden in der Musik (Berlin 1940). Nie ma racji Jerzy Waldorff (w książce Jan Kiepura, 1974) pisząc: "W największym berlińskim kinie Ufa-Palast odbyła się premiera filmu z udziałem Kiepury, produkcji austriackiej, w reżyserii Carmine Gallone Im Sonnenschein (W słońcu). Znowu obecni najwyżsi dygnitarze Tysiącletniej Rzeszy, owacje dla polskiego tenora, ściskanie mu rąk, kwiaty. Wystarczyło jednak, że w obliczu wojny Jan Kiepura opowiedział się po stronie swojego kraju, aby na rozkaz tych samych przedstawicieli wysokiej germańskiej kultury ujrzał się w jednym więcej dokumencie niemieckiej hańby, w leksykonie Das Judentum in der Musik (Waldorff się myli: paszkwil pod tym tytułem opublikował w XIX w. Ryszard Wagner. Natomiast nazwisko Kiepury znalazło się we wspomnianym wyżej Lexikon der Juden in der Musik - M.F.), gdzie umieszczano - jako wyklętych - najwybitniejszych artystów, jeżeli byli żydowskiego pochodzenia, od Mendelssohna i Mahlera poczynając". Otóż nie całkiem o to chodziło. Kiepura wielokrotnie dawał przykłady swego przywiązania do ojczyzny, ale patriotów polskich było wielu, a przecież z tego powodu nie trafiali oni do wspomnianego leksykonu, chociaż byli prześladowani, zsyłani do obozów itd. W tym leksykonie umieszczono osoby ewidentnie żydowskiego pochodzenia, w tym także niektórych z oznaczeniem "H" (Halbjude). W związku z tą właśnie "plamą" na swoim życiorysie Kiepura się "zakwalifikował" do owego, jak słusznie pisze Waldorff - haniebnego leksykonu. Jeżeli chodzi o losy matki Kiepury - były one tragiczne. W 1940 roku ojciec tenora, Franciszek, przeprowadził rozwód z żoną Marią, która jako młoda Żydówka Miriam Neuman przyjęła chrzest, by poślubić przystojnego piekarza. Zagrożoną przez Niemców lub szmalcowników Marię przygarnęły siostry felicjanki. Opiekowały się nią z poświęceniem, była chora, miała ogromne ciśnienie. W 1942 roku felicjanki z pomocą żołnierzy AK potajemnie przewiozły bardzo już chorą Marię do miasteczka Końskie, gdzie w wieku 58 lat zmarła i została pochowana na tamtejszym cmentarzu. Warto wspomnieć, że była bardzo ładna, muzycznie utalentowana i miała piękny głos. Synowie te cechy zapewne po niej odziedziczyli. Wracając do kariery Jana Kiepury - jego kariera jako wybitnego śpiewaka operowego zaczęła gasnąć. Poświęca się coraz częściej rozrywce na Broadway'u, grywa, jak już wspomniano, w filmach, występuje razem z żoną Martą Eggerth w operetkach, między innymi w znakomicie zagranej Wesołej wdówce. Z tym przedstawieniem po wojnie gościli z dużym powodzeniem na wielu scenach Ameryki i Europy. Po wojnie Kiepura dwukrotnie odwiedził Polskę. Na spotkaniu w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich - autor tego szkicu miał okazję zamienić z nim parę słów. Jego powojenny koncert w Warszawie (wystąpił także w Krakowie), przyjęty ze wzruszeniem, nie zachwycał już, niestety, jak dawniej. Jan Kiepura zmarł na atak serca 13 sierpnia 1966 r. w Nowym Jorku, w dwa dni po swoim występie na imprezie polonijnej. Pozostały po nim świetne nagrania płytowe, filmy i zasłużona pamięć i od 1967 roku, Festiwale Arii i Pieśni im. Jana Kiepury w Krynicy. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: viri-palestyna [...] IP: 130.94.107.* 21.02.03, 18:23 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator tym razem po kanadyjsku 22.02.03, 00:32 Janusz Korczak - tym razem po kanadyjsku Olga Miedwiediewa Prawdopodobnie w każdym większym mieście w świecie znajdzie się przynajmniej jedna osoba, zafascynowana niezwykłą osobowością Korczaka. W kanadyjskim Vancouver taką osobą był wieloletni czytelnik i przyjaciel "Słowa Żydowskiego", Aleksander Dimant. Od lat nosił się z zamiarem nadania imienia Korczaka żydowskiemu przedszkolu. Ucieszyłby się, gdyby się dowiedział, że na początku 2002 roku powstało tu, w Kanadzie, Towarzystwo Janusza Korczaka. Jeszcze dwa lata temu z inicjatywy wdowy po panu Dimancie Giny i przy poparciu Centrum Edukacyjnego Holocaust odbył się w Vancouver wieczór poświęcony pamięci Korczaka. Przygotowany według niezawodnego scenariusza sprawdzonego już w kilku innych krajach jako początek szerszych działań organizacyjnych: słowo wstępne i projekcja filmu Andrzeja Wajdy (film ten nie starzeje się, jak nie starzeje się legenda o Korczaku) - zaowocował powstaniem grupy zaangażowanych korczakowców. Owszem, stawiali sobie pytanie, które przy podobnej okazji już nie raz w świecie padało: "Dlaczego Korczak?". Doszli do wniosku, że trzeba go sformułować raczej jako: "Korczak - Dlaczego tak późno?". Przecież Kanada słynie z ogromnej uwagi poświęcanej problemom socjalnym i między innymi problemom dziecka. Żaden dorosły nie ośmieli się tutaj publicznie uderzyć czy nawet skrzyczeć dziecko. Ale wszędzie są nieszczęśliwe dzieci. I jak wszędzie na świecie szacunku dla dziecka nie jest tu za dużo. A właśnie szczęście dziecka było dla Korczaka sprawdzianem sprawiedliwości ustroju społecznego... Kanadyjskie Towarzystwo Janusza Korczaka planuje przede wszystkim zająć się popularyzacją w kraju osobowości i dziedzictwa Korczaka: organizować odczyty i dyskusje w szkołach i na uniwersytetach, dotrzeć z tematem korczakowskim do środków masowego przekazu, przełożyć i opublikować niektóre, nieznane w obszarze języka angielskiego, dzieła autora "Jak kochać dziecko"... Już na jesieni odbędzie się wystawa zatytułowana "Korczak i prawa dziecka". Zwiększenie zainteresowania Korczakiem wśród fachowców w dziedzinie wychowania to początek w realizacji naczelnego zadania Towarzystwa - pracy z dziećmi. I na zakończenie jeszcze jeden akcent kanadyjski. Wiadomo, że Korczak łączy ludzi z różnych krajów. W Kanadzie, biorąc pod uwagę jej wielokulturowość, może on również łączyć ludzi w kraju. I już łączy - przynajmniej Polaków i Żydów. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jewhater 21 Luty 2003,nastepny Palestynczyk zamordowany IP: 209.234.166.* 21.02.03, 21:24 www.haaretzdaily.com/hasen/spages/265515.html Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Jubileusz, jubileusz 22.02.03, 00:32 Jubileusz, jubileusz Renata Saks Jubileusz 55-lecia pracy dydaktycznej i translatorskiej obchodził najwspanialszy znawca języka jidysz i literatury żydowskiej Michał Friedman. Z tej okazji Państwowy Teatr Żydowski, Fundacja Shalom, Federacja Stowarzyszeń Żydowskich w Polsce, Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce, Joint Distribution Committee zorganizowały uroczysty wieczór. W fotelu jubilata ustawionym na scenie naszego teatru zasiadł dostojny gość. Na widowni byli przyjaciele, znajomi, uczniowie, ci, którzy kiedykolwiek spotkali się z panem profesorem. Wieczór na cześć jubilata, Michała Friedmana, otworzył dyrektor teatru Szymon Szurmiej, który w serdecznych słowach złożył podziękowanie za jego pracę dla teatru, za naukę języka jidysz już kilku pokoleń aktorów żydowskiej sceny. Szef Kancelarii Prezydenta, minister Marek Siwiec, uhonorował prof. Michała Friedmana za jego wkład w dzieło popularyzacji literatury jidysz i przybliżenie jej polskiemu czytelnikowi Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. Życzenia z okazji jubileuszu złożyli Michałowi Friedmanowi: dyrektor Fundacji Shalom, aktorka Teatru Żydowskiego Gołda Tencer, przewodniczący Stowarzyszenia Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej Ludwik Krasucki. O wielkim znaczeniu pracy Michała Friedmana jako tłumacza literatury żydowskiej i przybliżaniu tej literatury polskiemu czytelnikowi mówił redaktor naczelny Wydawnictwa Dolnośląskiego Jan Stolarczyk. Przypomnijmy, że właśnie Wydawnictwo Dolnośląskie wydało już cały szereg powieści klasyków literatury żydowskiej w tłumaczeniu Michała Friedmana. Serdeczne gratulacje złożyła też jubilatowi attaché kulturalny ambasady Izraela w Polsce Beth-Eden Kite. Gratulowali mu pięknego jubileuszu i osiągnięć zawodowych licznie przybyli przyjaciele. W części artystycznej wystąpili aktorzy Teatru Żydowskiego. Wszyscy byli uczniami profesora, to on nauczył ich nie tylko języka jidysz, ale i wrażliwości na literaturę żydowską. W programie artystycznym było wiele żydowskich piosenek, scenek komicznych, śmiechu i wzruszeń. Znana piosenkarka, Sława Przybylska, która tak pięknie śpiewa w jidysz, także była uczennicą znanego maestro. Zaśpiewała nam pięknie dwie żydowskie piosenki. Warto dodać, że Michał Friedman był stałym współpracownikiem "Fołks-Sztyme". Czujemy się zaszczyceni, że pozostał z nami również w "Słowie Żydowskim". Od lat w każdym numerze naszego pisma drukujemy literaturę klasyków żydowskich w jego tłumaczeniu. Pan Michał służy nam również swoją pomocą i cennymi uwagami przy opracowywaniu stron żydowskich naszej gazety. Zespół redakcji "Słowa Żydowskiego" ma więc szczególne powody, aby wyrazić słowa podziękowania za współpracę i złożyć jak najgorętsze życzenia z okazji jubileuszu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Słowo Wstępne 22.02.03, 00:35 Słowo Wstępne Z Kołomyi do Stopczetu Mil siedem jak obszył. Z góry jadąc - siedem dobrych, A pod górę - gorszych. Od Kitowa słońca talar Toczy się po łąkach "Stań się światło" - śpiewa Mejłech "Stań się" - Berek brzdąka Tak śpiewał czeladnik krawiecki Note Manger, bohater utworów Icyka Mangera. W poezji żydowskiej złotym miastem słońca jest zawsze Jerozolima. Miasteczka Ukrainy są złote innym słońcem, odbitym na drzewach, toczącym się po okolicznych łąkach. Ich złotem jest też bogactwo aszkenazyjskiej kultury. Nieprzypadkowo miasta te nazywane są: "Jerozolima Podola", "Jerozolima Wołynia", "Jerozolimka"... Icyk Manger urodził się w Czerniowcach. Na terenie dzisiejszej Ukrainy żyli też inni wielcy twórcy żydowskiej literatury: Mendele, Szolem Alejchem, później Dawid Hofsztajn i Perec Markisz. Tam też narodził się chasydyzm, który z czasem przeniknął do Polski. Dziennikarze "Słowa Żydowskiego" wyruszyli za wschodnią granicę Polski, żeby odnaleźć ostatnie złote promienie, o których pisał Manger. Niestety - ukraińskie judaika popadają dziś w ruinę, a ostatni Żydzi opuszczają właśnie zubożałe miasteczka w poszukiwaniu lepszej przyszłości w Izraelu i Niemczech. Ukraina jest jednak, i zawsze będzie, wspaniałym celem podróży. Zabytki żydowskie, polskie i ukraińskie skłaniają wciąż nielicznych turystów do częstych powrotów. Bowiem ten, kto choćby raz przekroczył Bug, wie, że prawdziwą historię wieloetnicznej Rzeczypospolitej odnajdzie tylko na Ukrainie. W naszym serwisie zebraliśmy owoce podróży autorów "Słowa Żydowskiego": reportaże, sprawozdania, zdjęcia, relacje i wspomnienia. Mogą one stanowić swoisty przewodnik dla każdego, kto zamierza wybrać się w tamte strony. Zapraszamy do podróży po żydowskiej Ukrainie! Michał Bilewicz Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator O slowie Zydowskim 22.02.03, 00:37 free.ngo.pl/wort/ Słowo Żydowskie jest dwutygodnikiem wydawanym w Warszawie przez Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce. Ukazuje się dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Słowo Żydowskie ukazuje się w dwóch językach: polskim i jidysz. Na stronach polskich pojawia się tematyka związana z aktualnymi wydarzeniami politycznymi, kulturalnymi i społecznymi. Poza tym: recenzje, publicystyka, tematyka izraelska oraz artykuły historyczne. Na stronach jidysz prezentujemy również aktualności z kraju i ze świata, opisujemy ważne wydarzenia związane z kulturą żydowską. Jako jedyne w Polsce pismo w tym języku, staramy się przypominać wspaniałą literaturę jidysz: poezję i prozę. Poza tym: przedruki najważniejszych artykułów ze światowj prasy Jidysz oraz publicystyka i korespondencje od naszych współpracowników z rozsianej po całym świecie Diaspory. Pismo dostępne jest w sieci salonów "Empik" oraz w prenumeracie, poprzez "Ruch SA" lub poprzez redakcję. Cena numeru wynosi 1 zł. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Renesans żydowskiej kultury we Lwowie 22.02.03, 00:38 Renesans żydowskiej kultury we Lwowie Krzysztof Dzięciołowski [LWÓW] Małym autobusem jedzie wesoły i hałaśliwy 9 osobowy, zespół "Sheyne Mejdelach". Chwilę później, już na stołówce, pierwsze takty znanej ludowej piosenki, na harmonii gra Konstantin Sokolow: "Wo iz majn Sztetl, majn Gesle, majn Sztib? Wo iz majn Tajchle un majn Mejdle, dos ich lib ?" Gdzie jest ta wioska, gdzie jest ten dom, gdzie ta dziewczyna co kocham ją? Kobiety, z których najmłodsza ma 71 lat, mogą śpiewać w jidysz, po ukraińsku, rosyjsku i polsku. Cały charakter wielokulturowej Galicji sprzed II wojny światowej. "Piosenki w jidysz to ostanie ślady nie istniejącego już tak na prawdę języka" - zdaje sobie sprawę Sokolow. Pod polską jak i habsburską władzą dzisiejszy, należący do Ukrainy Lwów (Lemberg) przez stulecia uchodził za kulturowe centrum galicyjskich Żydów. W 1941 roku, gdy do miasta wkroczyli żołnierze Wermachtu jedną trzecią populacji miasta stanowili Żydzi - 110 000. Do nich należało 16 teatrów, 8 gimnazjów, 18 synagog. "Cała ta kultura została praktycznie zniszczona" - mówi Ada Dianowa, dyrektor Hessed Arie. Na początku lat 80-tych starsi, pamiętający jeszcze galicyjskie czasy żydzi, próbowali rozbudzić zainteresowanie kulturą, którą znali jeszcze z przedwojennych czasów. "Od 1939 do 1980 dwa pokolenia żydów wyrosły pozbawione tożsamości, dostępu od własnej historii. Są jak nie zapisana karta papieru" stwierdza Dianowa. Żydowska tradycja była im obca, rozmawiali po rosyjsku, nie wiedzieli nic o religii, świętach. Polityczna odwilż, pierestrojka oraz późniejszy upadek Związku Radzieckiego sprzyjały powolnemu wskrzeszaniu żydowskiej społeczności. Boom nastąpił wraz z pojawieniem się pierwszych organizacji i trwa do dziś. Coraz więcej ludzi odkrywa swoje korzenie, angażuje się w życie społeczności, która po wojnie właściwie do lat dziewięćdziesiątych nie istniała. "Przychodzą do nas aby odkryć kulturę, odnaleźć swoją tożsamość, to dobre dla duszy" mówi szefowa "Klubu rodzinnego" Elena Powolocka. "Klub rodzinny" to jeden z projektów Hesedu skierowany głównie do pokoleń 30, 40 i 50- latków. Uczą się historii narodu żydowskiego, poznają tradycję, ale przede wszystkim poznają siebie nawzajem. Hessed Arie powstał we Lwowie w maju 1998 roku. Pieniądze na działalność dostaje od Jointu oraz od prywatnych sponsorów i organizacji. Obecnie zrzesza 4000 członków, co w praktyce oznacza, że skupia połowę lwowskich żydów, których liczbę szacuję się na 6 do 8 tysięcy. W początkowym okresie organizacja zajmowała się przede wszystkim pomocą dla najstarszych członków żydowskiej społeczności. Trzeba było ich odnaleźć i zaproponować im przystąpienie do programu pomocowego. Dla nich Hessed otworzył we Lwowie dwie stołówki, z czego jedna przy synagodze, koszerną. "Z naszych kantyn staramy się uczynić miejsce spotkań o charakterze klubowym, a nie punkty pomocy socjalnej" - tłumaczy nam zza olbrzymich okularów Ludmila Bondarewa. Dziś organizacja rozwozi jedzenie, odzież i inne potrzebne produkty do 52 miejscowości na terenie lwowszczyzny, w lutym 2001 otworzyła nowy ośrodek w Drohobyczu. Działalność organizacji opiera się głównie na zasadzie wolontariatu. Lekarze, fryzjerzy, krawcy, technicy od naprawy sprzętu domowego przychodzą wykonywać drobne usługi nieodpłatnie. Dla niektórych, jak dla 79-letniego mechanika- inżyniera Jakowa Grabowieckiego samo przychodzenie do zakładu jest bardzo ważne - "muszę coś robić, nie mogę siedzieć bezczynnie" - mówi. Jakow wykonuje zaprojektowane w biurze wynalazków sprzęty ułatwiające życie - maszynkę do krojenia kiełbasy, krzesło z siedzeniem ułatwiającym wstanie i inne. Przy Hessedzie działa obecnie "Klub rodzinny", teatr młodzieżowy "Debiut" zespoły: tańca, klezmerski, wokalny "Sheyne Mejdelach", rodzaj przedszkola "Mazel Tow", projekt "Gadająca książka" - nagrywane są książki o tematyce żydowskiej na kasety, tak aby niedowidzący mogli ja odsłuchiwać, program dofinansowywania leków, pomoc osobom starszym, które nie są w stanie wychodzić z domu i wiele innych. Część tych projektów obecnie jest zagrożona z powodu braku finansowych środków. Po 11 września subwencje dla Hesed Arie we Lwowie drastycznie spadły, co najprawdopodobniej odbije się na osobach najbardziej potrzebujących. Dziś renesans żydowskiej kultury we Lwowie wydaje się faktem. Duża liczba Żydów ukraińskich wyemigrowała (obecny poziom to około 100 osób na miesiąc) do Izraela i Niemiec, jednak ci, którzy zostali, są zdecydowani tworzyć i odbudowywać żydowską tradycję na terenie Galicji. Ada Dianowa mówi, że "najbardziej ortodoksyjnym obecnie Żydem we Lwowie jest rabin, który przyjechał tu... z Ameryki". Czy będziemy mieli jeszcze szansę zobaczyć ortodoksyjnych żydów na lwowszczyźnie? Czas pokaże. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Izkor w Starym Samborze 22.02.03, 00:38 Izkor w Starym Samborze Maria Giercuszkiewicz, Jerzy Bander [SAMBOR] "Ziemio nie zakryj mojej krwi by krzyk ukojenia nie zaznał" Ten cytat z księgi Hioba widnieje na obelisku umieszczonym ku czci około tysiąca Żydów z Sambora i okolicy zamordowanych we wsi Radłowice (pod Samborem) w kwietniu 1943 roku w tzw. trzeciej akcji i w czerwcu tegoż roku podczas likwidacji getta w Samborze. Dwa rowy, każdy o długości około 15 metrów i szerokości 3 metrów są ostatnim miejscem spoczynku ofiar nazistowskiej zbrodni. 24 października 2001 roku po raz pierwszy od tych strasznych wydarzeń w tym miejscu rozległ się głos rabina i został odmówiony izkor - modlitwa za umarłych. W scenerii po-godnej jesieni, wśród żółknących liści wysokich drzew, na tle błękitnego nieba usłyszeliśmy wszyscy tam zgromadzeni słowa Szma Israel. Nie było żadnej oficjalnej delegacji z Polski. My dwoje - "Dzieci Holocaustu" ocalałe z Zagłady - przyjechaliśmy na to miejsce, by oddać hołd pomor-dowanym, ponieważ uważaliśmy, że jest to nasz obowiązek. Wcześniej w tym samym dniu otwieraliśmy wraz z delegacjami organizacji żydowskich ze Lwowa i Kijowa oraz przedstawicielami władz miejskich odrestaurowany, a raczej odkopany z ziemi wspaniały, liczący ponad 400 lat, zabytek kultury materialnej - cmentarz żydowski w Starym Samborze. Ze zdumieniem oglądaliśmy macewy, które po kilkuset latach wyglądają jakby zostały wykonane wczoraj i zastanawialiśmy się, czy nie ma w tym ręki Najwyższego. Pięknie położony na zboczu wzgórza żydowski cmentarz z bogactwem ponad stu zabytkowych macew będzie odtąd jedną z atrakcji turystycznych ziemi lwowskiej. Komu zawdzięczamy to wszystko? Trudno w to uwierzyć, ale te Radłowice i Stary Sambor to dzieło życia jednego człowieka - pana Zeka Gardnera liczącego 87 lat - Żyda ze Starego Sambora zamieszkałego obecnie w Vancouver w Kanadzie. Jego prawie 30-letnia wojna z władzami tej ziemi dopiero teraz przyniosła zwycięstwo, a my byliśmy świadkami najszczęśliwszego dnia w jego życiu 24 października 2001 roku. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Nostalgia, Drohobycz, Schulz i ja 22.02.03, 00:39 Nostalgia, Drohobycz, Schulz i ja George Oscar Lee [DROHOBYCZ] Byłem, a właściwie ciągle jeszcze jestem drohobyczaninem chorującym na bardzo rzadką chorobę, którą "Pan Doktor" Benio Loffestiel z Hajfy określił jako "nostalgia acuta drohobyciensis". I właśnie ta nostalgia za mym rodzinnym miastem skłoniła mnie do odwiedzenia go po raz wtóry od czasów II wojny światowej. Na początku lipca 2001 roku wybrałem się do Drohobycza w towarzystwie mojej córki, mego 16-letniego wnuka Grzegorza i czterech innych członków mojej rodziny z Australii. Wszyscy drohobyckiego pochodzenia. Po spędzeniu kilku dni w Polsce w Warszawie, Treblince, Kazimierzu, Krakowie, Oświęcimiu i odwiedzeniu miejsc, o które walczyłem będąc młodym podoficerem I Dywizji LWP, polecieliśmy z Warszawy do Lwowa, a stamtąd do Truskawca. Zostawiliśmy bagaż w hotelu i wyruszyliśmy w naszą podróż do Drohobycza. Drohobycz, miasto mego dzieciństwa, został mi w pamięci jako miejsce zbliżone tylko do raju i tak też opisywałem go moim dzieciom i dzieciom moich krewnych... O pięknościach miasta, o ratuszu, o kasztanowych drzewach przy ulicy Mickiewicza, o mojej powszechnej "Białej" szkole, "Czerwonej" szkole, szkole Św. Jadwigi, o Małym Rynku, gdzie moi rodzice mieli sklep, o chederze przy ulicy Szkolnej ("byś wiedział, że jesteś Żydem"), a przede wszystkim o naszym domu, który należał do mo-jej babki, a mieścił się przy Głównym Rynku 5. Nic dziwnego, że moje pierwsze kroki w Drohobyczu skierowałem w tamtą stronę, by pokazać młodej generacji ten dom. Moja rodzina patrzyła z rozcza-rowaniem i zdziwieniem na strasznie zaniedbany budynek w samym centrum miasta. Wnętrze domu było rzeczywiście okropne. W zalanym wodą korytarzu rozchodził się obrzydliwy odór. Przyszło mi do głowy, że widocznie od czasu, gdy opuściliśmy ten dom w 1939 roku nikt tu nie sprzątał i o nic nie dbał. Właściwie to moja babka miała dwa domy, drugi był w podwórku od strony ulicy Szkolnej i właśnie tam, na drugim piętrze, mieszkałem z siostrą i rodzicami. Teraz to duże mieszkanie zostało podzielone na dwa małe mieszkanka. Poprosiłem mieszkającą tam Ukrainkę, aby wpuściła mnie do środka. Takiego brudu, nędzy i biedy to już dawno nie widziałem. "A szczo wy tutka szukajete?" - spytała. Doprawdy nie wiedziałem, co jej na to od-powiedzieć. "Ten dom należał kiedyś do mojej babki i myśmy tutaj mieszkali". "A wy chotite widebraty cij dom?" "Nie, absolutnie nie. My mieszkamy w Ameryce i ten dom jest nam niepotrzebny". To ją znacznie uspokoiło. Moje amerykańskie i australijskie dzieci patrząc na to wszystko nie mogły zrozumieć, jak ich dziadek i wujek mógł to opisywać jako pałac? Dom był ongiś piękny, bo inni ludzie tu mieszkali! Przez ulicę Szkolną doszliśmy do rogu Mickiewicza, gdzie Powszechna "Biała" szkoła im. Adama Mickiewicza była i jest do dziś. Nogi same mnie powiodły do mojej pierwszej klasy, tuż z lewej strony przy wejściu. Czy to było dopiero wczoraj, czy tysiąc lat temu, gdy mój ojciec Jakub zaprowadził mnie w dniu moich urodzin l września po raz pierwszy do szkoły? "Czy ty, synu, będziesz tutaj stał i płakał za mamą jak ci wszyscy mali chłopcy, czy też będziesz już wielkim chłopcem?" "Nie tato, ja nie będę płakał". "No, dobrze synu, pamiętaj tylko jedno, że ty nie jesteś ani lepszy, ani gorszy od nikogo". Te słowa ojca zostały we mnie na całe życie. Ale wróćmy do naszej podróży. Ze szkoły poszliśmy w stronę Wielkiej Bóżnicy na Łanie. Babka moich australijskich krewnych jest z domu Greis, a jej ojciec był chazanem w tej bóżnicy, tak że dzieci były specjalnie zainteresowane, by ją zobaczyć. Idąc przez rynek, gdzie kiedyś Segal miał swoją wędliniarnię, mijaliśmy jakąś kawiarenkę, gdzie grupa młodych ludzi siedziała na dworze pod parasolami "Marlboro" pijąc piwo i inne trunki. Widząc grupę obcokrajowców obwieszonych aparatami fotograficznymi, jeden z tych młodych ludzi siedzących przy stole powiedział do nas po niemiecku: "Willkommen im schoenem Drohobycz". Bez wahania odpaliłem mu: "Es war einmal eine schone Stadt, aber sie ist nicht mehr. Leider, meine Damen und Herren, sind wir keine Deutschen. Wir sind Amerikaner!" Aby to jeszcze silniej podkreślić, dodałem po rosyjsku: "K sożaleniju, my nie Giermancy, my Amierikancy!" Usłyszałem tylko: "Smotri, kak on choroszo goworit toże po ruski". Przez Mały Rynek dotarliśmy do Wielkiej Synagogi. Wprawdzie byłem tutaj siedem lat temu, ale takiego zniszczenia tu nie było. Tym razem ta kiedyś jedna z najpiękniejszych synagog w Polsce, wyglądała strasznie, zniszczona przez wandali, z powybijanymi oknami. W tyle budynku był napis "Sieg Heił". Na podwórzu bóżnicy remontowano dwie taksówki. W ruinach znalazłem pierwszą stronicę Hagady Pesachowej, którą wziąłem, ze sobą i wysłałem dr. Izakowi Awigdorowi, synowi głównego rabina miasta Drohobycza. Zmęczeni wróciliśmy na noc do Truskawca, by następnego dnia wyruszyć na dalsze zwiedzanie mojego miasta. To zwiedzanie zaczęliśmy w towarzystwie Ireny Kliger z Drohobycza. Pojechaliśmy do lasu w Bronicy, gdzie hitlerowcy i ich po-mocnicy zamordowali tysiące Żydów i pochowali ich w masowych grobach, obecnie starannie pokrytych betonem. Ale i tego miejsca nie oszczędzili wandale. Wielkie gwiazdy Dawida na grobach były rozbite, podobny los spotkał też tablicę poświęconą pamięci 265 obywateli Drohobycza zamor-dowanych w "dziki" czwartek 19 listopada 1942 roku. Na tych grobach był po prostu śmietnik, porozrzucane butelki, puszki po konserwach, papiery i szmaty. Bez słowa nasi młodzi ludzie pozbierali te śmiecie do kosza. Na każdym grobie zapaliliśmy świeczki. Następnym miejscem był "nowy" cmentarz żydowski, bo stary został zniszczony przez Niemców i Sowietów. I tutaj też byliśmy przerażeni wandalizmem. Tyle było pustych, wykopanych grobów, powalone macewy, obraźliwe napisy i rysunki na drodze. Zdjęcie przedstawiające to specyficzne graffiti było pokazane w polskim magazynie "Viva" 9 kwietnia 2001 r. wraz ze zdjęciem Alfreda Schreyera, byłego ucznia Shulza, mieszkającego w Drohobyczu. Odszukałem pana Schreyera w mieście i spytałem go, dlaczego nie usunięto tych obraźliwych napisów. On zwalił winę na satanistów. Ciekawe jest, że i on, i Maurycy Weiss, którego też widziałem w mieście, i Dora Katznelson (nawiasem mówiąc w ogóle nie jest z Drohobycza) żądają, by Yad Yashem zwrócił freski Schulza Drohobyczowi. Ukraińcy mieli prace Schulza przez 58 lat i nic nie zostało zrobione, by je utrzymać. I gdyby nie pani Pola Kliger (Polka nie Żydówka), żona Artka Kligera, byłego ucznia Schulza, która zwróciła na to uwagę niemieckiej telewizji, to świat by w ogóle nie wiedział o tym, że takie prace istnieją. Czy prace Schulza powinny wrócić na Ukrainę? Odpowiedź jest bardzo prosta. Nie i jeszcze raźnie. Praca Schulza wisiała przez tyle lat i nikt na to nie zwracał uwagi i jeżeli popatrzymy wokół Drohobycza na tragiczne resztki kultury żydowskiej to trudno nie nabrać przekonania, że jest źle i będzie jeszcze gorzej. Fakt pozostaje faktem, że willa, w której mieszkał gestapowiec Landau, należała do Żyda, że malarz Schulz był Żydem i jego dorobek należy do narodu żydowskiego. Jeżeli władze ukraińskie chcą coś zrobić, by zmienić światową opinię, to niech zaczną od remontu Wielkiej Synagogi, trzeba też doprowadzić do porządku cmen- tarz w Bronnicy i "nowy" cmentarz, gdzie jest pochowany Bruno Schulz. A że tam znajduje się jego grób to wiem od mego bliskiego przyjaciela, też byłego ucznia Schulza, który uczestniczył w jego pogrzebie. Schulz został zabity tylko i wyłącznie dlatego, że był Żydem. Był drohobyczaninem, mieszkał i tworzył w Drohobyczu, więc powinien spoczywać na wieki właśnie na żydowskim cmentarzu w Drohobyczu. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: abc http://www.davidduke.com/writings/howisraeliterror IP: *.zabrze.sdi.tpnet.pl 22.02.03, 15:34 www.davidduke.com/writings/howisraeliterror.shtml Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: abc [...] IP: *.zabrze.sdi.tpnet.pl 22.02.03, 15:34 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Scierwo_yehuda [...] IP: *.gen.twtelecom.net 22.02.03, 17:33 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
jewhaterexterminator Jewish Personals 22.02.03, 18:04 web2.relationshipnetwork.com/lf1/index.asp?PR=CL&client_id=16 Odpowiedz Link Zgłoś