Gość: AdamM
IP: *.icpnet.pl / *.icpnet.pl
04.01.03, 15:31
I to na pierwsza stronę Plusa-Minusa. A on ciągle ten sam belkocik jak to w
Polsce źle bo go pies pogryzł a chlopak skrzyczał. I jak to starzy znajomi
się zmienili. I coś taiego się serwuje w sobotę w Plus-Minus. Rzepa -
wstyd!!!!
Fragmenty:
Adam Michnik rzuca się, by całować premiera Leszka Millera, gdy ten wrócił z
Kopenhagi. Ujrzałem człowieka, który siedział w swoim prasowym imperium i
trząsł ze strachu, nie o siebie, o Polskę. A teraz się raduje. A czemu naród
się nie raduje?
Każdy nowy tydzień dostarcza ludziom pokarmu dla nieufności. Jak naród sobie
poczytał tajnie nagraną przez Michnika rozmowę z Lwem Rywinem, to ma prawo
nic z tego nie rozumieć - nawet politycy mówią, że nic nie rozumieją - a jak
naród nic nie rozumie, to biegną mu na pomoc teorie spiskowe. A więc znowu
Polska jest łupiona przez hordy najeźdźców, tylko teraz oni poprzebierani.
Nie mam skłonności do myślenia spiskowego i do nieufności, ale po scenie w
gabinecie premiera, gdzie trzej bohaterowie dramatu są ze sobą na ty, a
premier się wypiera, że nie wysyłał Rywina do Agory z propozycją łapówki w
milionach dolarów, ja też czuję, że już nie ufam nikomu. I to chyba w tym
najgorsze. Rośnie nasze imperium nieufności. Myślę z niepokojem, piłem kiedyś
kawę z Lwem Rywinem, dlaczego nic mi nie zaproponował, Jezus Maria, czemu nic?
Ze zgrozą patrzyłem, jaki taniec na linie wykonali polscy negocjatorzy w
Kopenhadze. To jest polski scenariusz, chyba jednak wpisany w nasz charakter
narodowy. Bałaganienie do ostatniej chwili, a potem mobilizacja, wielka
improwizacja z przebłyskami geniuszu. I znowu jakoś się udało (kilka razy w
historii się nie udało). A jeśli jednak teraz udało się, to kto wie, może na
stulecia? A tu słyszę lament, że przez dwa lata może być gorzej. I nasz
sceptyczny naród od razu kombinuje - ten przebiegły spryciarz z Żyrardowa
tylko udawał, że gra va banque. A ja od ludzi, co byli na miejscu wiem, że
było o włos od zerwania negocjacji. (Hahahahahahahahahaha!!!!!!)
Psy, jak już pisałem, nie mają teraz u nas dobrej prasy. Ale jeśli ktoś
jeszcze niesie wesołą minę na naszej ulicy, to prawie pewne, że będzie to
pies. Czasami zazdroszczę takiej psiej mordze energii i samozadowolenia.
Zaskoczyła mnie więc czarna suczka, z parteru, z którą wydawało się mam
przyjacielskie stosunki, a na klatce schodowej złapała mnie za nogawkę -
odebrałem to jako kroplę, która przepełnia czarę ostatnich dni mojego
listopada.
O wiele bardziej dramatyczna była przygoda w bramie sąsiedniego domu, przez
którą muszą przejść wychodząc ze swojej oficyny. Do tej pory nikt mnie tam
nie napadł. A teraz w mroku z przeraźliwym jazgotem rzucił się na mnie pies,
z grupy tych małych, pokracznych i jadowitych, to takimi fałszywymi
ratlerkami handlował w Pradze dzielny wojak Szwejk.
Jak mierzyć się z takim małym przeciwnikiem, który dobiera się do łydek?
Zaskoczony, z sercem w gardle, przyjąłem odruchowo pozycję na czterech
łapach, rzuciłem się warcząc na przeciwnika, zgodnie z dewizą wybitnych
strategów, że najlepszą obroną jest atak. Pies czmychnął, za to pojawił się
jego właściciel, młody człowiek, który mógłby być moim synem, ale na
szczęście nim nie był, mój syn jest sympatyczny. Biegł ku mnie krzycząc: "Jak
pan śmie straszyć mojego psa!"
www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_030104/plus_minus_a_3.html