Gość: +++IGNORANT
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
12.02.03, 06:28
JKM i śmierć socjalizmu
Janusz Korwin-Mikke
Do Brukseli pojechałem na zaproszenie "Centrum Nowej Europy" które - w
ramach "Sieci Sztokholmskiej", koordynującej poczynania zwolenników
kapitalizmu - zorganizowało sympozjum nt. "Czy socjalizm jest martwy"?
Ciekawi ludzie - głównie naukowcy. Najbardziej entuzjastyczni byli goście
z... Czarnej Góry. Odnosiło się wrażenie, że reszta jakoś nie docenia
rozmiarów socjalizmu. A w Montenegro jeszcze 60% ludzi pracuje dla państwa...
Sporo było Amerykanów. Przywieźli najnowsze dowcipy z Waszyngtonu: nieco
zaniepokojony Saddam Husajn dzwoni do Jerzego W. Busha i - by Mu się
przypochlebić - mówi: "Miałem dziwny sen. Widziałem Nowy Jork, te wszystkie
drapacze chmur, a na każdym z nich flaga z napisem: WOLNOŚĆ - TO DOBROBYT! Co
Pan o tym sądzi, panie Prezydencie?" - "A wie Pan" - odpowiada Bush - "Ja też
miałem dziwny sen: widziałem Bagdad, wiele pięknych pałaców, a na każdym z
nich flaga z jakimś napisem..." - "Z jakim napisem?" - pyta Husajn. - "Nie
wiem, nie umiem czytać po hebrajsku...".
Bardzo dobre wystąpienie miał p. Radek Sikorski - który tym razem niczego nie
owijał w bawełnę i zaatakował tych, co usprawiedliwiają komunizm i nadal
uważają go za modny. Powiedział wprost: "Modne jest
powiedzenie: "antykomuniści mają wiele wspólnego z komunistami, antykomunizm
to taki sam komunizm, tylko na odwrót". Ciekawe, jak zareagowaliby na
stwierdzenie, że "antyfaszyzm - to taki sam faszyzm, tylko na odwrót"".
Wydaje mi się, że to powiedzenie należy rozumieć nawet bardziej dosłownie niż
chciałby Autor - zwłaszcza na widok napisów na murach: "Zabij skina,
s*****syna!".
Bardzo ładnie wystąpił p. Michał Novak (znany Państwu doskonale), który m.in.
zadał bardzo słuszne pytanie: "Całe strony popularnych tygodników,
jak "Newsweek" i inne poświęcone są problemowi ubóstwa. Ja się pytam: po co
im ta wiedza? Chcą produkować więcej ubóstwa? Ja bym na ich miejscu zajął się
raczej problemem bogactwa - i zaczął zastanawiać, dlaczego nie jesteśmy
bogaci?".
Organizatorzy, w iście brytyjskiej trosce, by przedstawiać wszystkie strony
problemu, zaprosili p. Michała Jacobsa, genseka na wpół
mitycznego "Stowarzyszenia Fabiusza" - kuźni ideologicznej najpierw wigów, a
następnie Partii Pracy. Facet głęboko mnie rozczarował: mówił jak średniej
klasy polski Zielony - i ni w ząb nie rozumiał, co Mu się tłumaczy. Próbował
nas przekonać, że socjalizm jest ideologią żywą i wręcz niezbędną - bo nie
wszystkie problemy może rozwiązać rynek (acz, przyznawał, rynek potrafi
znakomicie produkować bogactwo...). Na przykład ruch miejski - samochody
prywatne robią wielki tłok na ulicach Londynu i jedynym rozwiązaniem jest
zmuszenie ludzi do jazdy autobusami (bo na pewno nie zrobią tego w wyniku
indywidualnych decyzyj). Miał chłopak pecha - podczas wygnania po 1968 roku
pracowałem byłem w warszawskim Instytucie Transportu Samochodowego, gdzie
znalazłem m.in. opracowanie londyńskiego właśnie centrum badania ruchu - z
którego wynikało, że samochody prywatne przewożą ludzi o wiele szybciej i
sprawniej niż autobusy. Jest to zresztą dość oczywiste: przez czas, kiedy
autobus wlecze się od przystanku do przystanku, potrafi wyprzedzić go 200
samochodów. By ująć to jeszcze dobitniej: autobusy przewożące tę liczbę ludzi
nie zmieściłyby się na przystankach - nawet gdyby na przystanki przeznaczyć
całą długość chodnika!
Co zabawniejsze, gensek "Fabian Society" używał argumentu, że interwencja
rządu jest uzasadniona, gdy powstaje sytuacja "dylematu więźnia" (gdy decyzje
indywidualne prowadzą do sytuacji, której... nie chciałby żaden decydent).
Tezę uważam za słuszną - tyle że nie ma ona nic wspólnego z przypadkiem
autobusów. Mówca jednak nie poprzestał na tym - i zaczął twierdzić,
że "dylemat więźnia" powstaje z okazji decyzji o emeryturze - bo "gdyby nie
przymus, to nikt by się nie ubezpieczył - a przecież jest to dla wszystkich
korzystne". Wytłumaczenie facetowi, że nie ma to nic wspólnego z "dylematem
więźnia", że ludzie się przez tysiące lat nie ubezpieczali (nawet
dobrowolnie) - i ludzkość jakoś przetrwała (a nawet mnożyła się szybciej...),
i wreszcie, że ludzie są, istotnie, lekkomyślni - ale właśnie dlatego, że
przodkowie p. Jacobsa wprowadzili przymus emerytalny, więc nie tylko mogą być
lekkomyślni, ale wręcz ich się do tego nakłania - okazało się ponad siły
szacownego zgromadzenia. P. Jacobs zaczął tłumaczyć, iż w Zjednoczonym
Królestwie, gdzie emerytura państwowa jest głodowa, większość ludzi wykupuje
prywatne polisy - i to jest dowód na to, że emerytury powinny być przymusowe -
tyle, że wyższe!! Widząc, że jegomość w piętkę goni, daliśmy Mu spokój.
Aha - zdążył jeszcze na odchodnym porównać "zbrodnie Pinocheta" (1 500
zabitych czerwonych terrorystów) ze zbrodniami socjalizmu (przypomnijmy: 1
500 000 niewinnych Żydów pomordowanych przez narodowego socjalistę Henryka
Himmlera plus parę milionów ofiar wojny wszczętej przez Adolfa Hitlera; 15
milionów ofiar Józefa Stalina i 50 milionów ofiar Włodzimierza Lenina) ze
zbrodniami Lewicy. Tak przy okazji: po wystąpieniu p. Radka Sikorskiego
spytałem, czy wie, że znajduje się w Królestwie Belgów, które cztery lata
temu wydało serię znaczków z najwybitniejszymi osobistościami XX wieku -
Włodzimierzem Leninem właśnie. Ponieważ nie całkiem mi uwierzono, kopnąłem
się w przerwie do najbliższego sklepiku filatelistycznego, gdzie kupiłem ów
bloczek: Jako "Osobistości" (po francusku: "Personnalités", po
flamandzku: "Personaliteiten") obok Lenina figurują tam: Gołda Meir, Jan
XXIII, Nelson Mandela, Mahatma Gandhi (akurat tuż przedtem obsobaczył Go od
ostatnich p. Nizam Ahmad z Bangadeszu...), Jan F. Kennedy, Marcin Luter King,
Wiluś Brandt - i, oczywiście, z największym portretem i największymi
literami: Ernest "Che" Guevara. Jako dziesiąty uzupełniał tę doborową stawkę
JKM Baldwin - Król Belgów; za jakie grzechy kazano Mu uwiarygodniać tę bandę
lewaków - trudno orzec...
W każdym razie publiczna demonstracja nieco ludźmi wstrząsnęła.
Licznie zlecieli się Amerykanie z American Enterprise Institute - znakomite
przemówienie wygłosił p. Jozue Muravchik. Zdaje się, że wśród Żydów z okolic
Polski i Ukrainy miłość do socjalizmu jest statystycznie znacznie rzadsza niż
wśród zachodnich... Cynicy zaś powiadają krótko: gdy coraz więcej Żydów
przyznaje się do neo-konserwatyzmu (czy wręcz konserwatyzmu - jak p.
Muravchik!), to coś znaczy. I chyba źle wróży socjalizmowi... P. Muravchik,
cytując swoją książkę "Niebo na Ziemi; powstanie i upadek socjalizmu",
przypomniał, że twórcy "naukowego socjalizmu" doskonale wiedzieli, że nie
może on działać: w XVIII i XIX wieku na podstawie teoryj utopijnych
socjalistów (Fouriera, Owena, Sain-Simona) powstało ok. 2000 kolonji
socjalistycznych (ponad połowa w Ameryce) - jednak średni okres ich trwania
wynosił dwa lata. Fryderyk Engels musiał o tym wiedzieć, bo kilka sam
finansował. Postanowił więc zamienić socjalizm z teorii naukowej w rodzaj
religii - i to mu się, niestety, udało. Dlatego walkę z socjalizmem
powinniśmy prowadzić opierając się na wartościach religijnych.
P. Maurycy Rojas (prof. historii z Uniwersytetu w Lund, Szwecja) wystąpił z
ciekawą tezą, że socjalizm nigdy nie upadnie - a to dlatego, że jest to
naturalny stan ludzkości. Ludzie z natury są kolektywistami, rozumują
kolektywnie - i dążenie do wolności nie jest naturalnym stanem człowieka;
trzeba je wyuczyć. Replikowałem - jeśli tak to można nazwać, bo przecież
zgadzałem się z tezą - że istotnie: naturalnym środowiskiem człowieka
pierwotnego był las - ale proszę spróbować przeżyć dziś w lesie choćby jedną
noc (w stanie naturalnym - tj. bez ohydnych wytworów naszej cywilizacji, jako
to buty i ubranie...). Natomiast dziś - przynajmniej dla mnie, naturalnym
środowiskiem jest kaloryfer, dębowa kl