Gość: +++IGNORANT
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
21.02.03, 03:03
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20030221&id=my11.txt
"Nie po to rodziłam syna, aby był żołnierzem" - popularne hasło w Ameryce w
przededniu wybuchu II wojny światowej z pewnością nie znalazłoby zrozumienia
w tamtym czasie w Polsce. Polskim kobietom znacznie bliższe były słowa
Krystyny Krahelskiej "A my musimy być mocne i jasne. Nie wolno nam płakać i
nie wierzyć. Bo by ciężej im było - daleko - naszym chłopcom, naszym
żołnierzom".
Taka była Józefa Bąk, zwana "matką partyzantów", bo w oddziale leśnym miała
trzech synów i wnuka. Kiedy Niemcy biciem chcieli od niej wydobyć informacje
o tym, kto ze wsi należy do oddziału, była "mocna" - nikogo nie wydała.
Hitlerowcy wrzucili pobitą kobietę do chaty i żywcem spalili.
Cztery razy umierała matka z Nowego Sącza, kiedy na jej oczach Niemcy
zabijali po kolei jej trzy córki, chcąc wymusić na starej kobiecie informacje
o ich udziale w Armii Krajowej i o oddziale partyzanckim. Nie wydała nikogo.
Czy kobiety w Polsce mogły postępować inaczej, skoro tak wiele nich składało
przysięgę na Krzyż Święty: "...Przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej,
Rzeczpospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o Jej
wyzwolenie z niewoli walczyć ze wszystkich sił - aż do ofiary mego życia...".
Walczyły i umierały za Ojczyznę, dorównując dzielnością oraz odwagą
mężczyznom.
Peowiaczki
Już w szeregach Polskiej Organizacji Wojskowej służyło wiele kobiet, a ich
rola była nieoceniona. Kiedy w 1915 r. ogłoszono mobilizację szeregów POW,
dowództwo powzięło decyzję o rozwiązaniu oddziałów żeńskich i nieangażowaniu
kobiet w sprawy militarne. Jednak już w następnym roku zaprzysiężono
pierwsze "peowiaczki" i na nowo powstały oddziały żeńskie. Kobiety pełniły
służbę kurierską, pomocniczą, a przede wszystkim sanitarną.
W dwudziestoleciu międzywojennym powołano paramilitarną organizację pod nazwą
Przysposobienie Wojskowe Kobiet, w której szeregach w marcu 1939 r. było
skupionych 35 tys. aktywnych członkiń. W obliczu eskalacji żądań niemieckich
wobec Polski i narastającego zagrożenia wojną w szeregi PWK masowo wstępowały
nowe ochotniczki, które przysposabiano do zadań obronnych. W sierpniu 1939 r.
PWK zrzeszało 700 tys. kobiet. Komendantką PWK była mjr Wojska Polskiego
Maria Wittek, porucznik Ochotniczej Legii Kobiet z okresu I wojny światowej,
mianowana w III RP - jako jedyna dotąd kobieta - generałem.
Stefan Korboński napisał, że w czasie okupacji "powszechny opór całego
społeczeństwa nie byłby tym, czym był, gdyby nie odwaga, patriotyzm i
poświęcenie polskich kobiet".
W pierwszych dniach października do komendanta SZP Michała Karaszewicza-
Tokarzewskiego zgłosiła się Maria Wittek, deklarując gotowość włączenia się w
działalność podziemną. PWK zostało przekształcone w Pomocniczą Wojskową
Służbę Kobiet, a w 1942 r. powołano Wojskową Służbę Kobiet. W jej szeregach
służyło kilkadziesiąt tysięcy kobiet. Niemal całkowicie zdominowały służbę
łączności konspiracyjnej, kolportaż oraz służbę sanitarną.
Przez granice i kordony
Szczególnie niebezpieczna, odpowiedzialna, wymagająca zdecydowania i
umiejętności szybkiego podejmowania decyzji była służba kurierska. Kurierki
przemierzały szlaki prowadzące przez okupacyjne kordony, nierzadko przez całą
Europę, co pozwalało utrzymać dowództwu Polski Walczącej kontakt z rządem
emigracyjnym. Niektóre z kurierek setki razy przekraczały granicę Generalnej
Guberni. Ich zadania były tym bardziej niebezpieczne, że chcąc nie chcąc
posiadały kontakty i informacje, które mogłyby obciążyć dziesiątki osób.
Podporucznik Wanda Klimaszewska-Fillerowa ps. "Dziunia", specjalna
emisariuszka gen. Bora-Komorowskiego, we wrześniu 1943 r. wpadła w ręce
gestapo. Została tak okrutnie skatowana podczas śledztwa na Pawiaku, że na
egzekucję oprawcy musieli zanieść ją na noszach. Nikogo nie wydała i niczego
nie ujawniła. Jej los podzieliła niezliczona liczba kurierek, m.in. Róża
Marczewska, Hildegarda Bigocka, czy 18-letnia Czesława Aleksandrowicz oraz
wiele, wiele innych.
Elżbieta Zawacka ps. "Zo" po setnym przekroczeniu granicy straciła rachubę. W
grudniu 1942 r. wyruszyła przez Węgry, Szwajcarię, Francję, Hiszpanię i
Portugalię do Londynu z zadaniem dostarczenia poczty dla Naczelnego Wodza.
Kiedy po wielu trudach (m.in. w śnieżnej zawiei przekraczała Pireneje i
kilkakrotnie cudem uniknęła aresztowania) dotarła do Londynu, usłyszała, że
jedyna droga powrotu do kraju wiedzie szlakiem powietrznym. Bez wahania
wyraziła chęć wykonania skoku spadochronowego nad Polską. Po przejściu
przyśpieszonego kursu dla cichociemnych we wrześniu 1943 r. szczęśliwie
wylądowała na spadochronie pod Warszawą. Jest jedyną kobietą-cichociemną.
W dywersji i sabotażu
Odwaga i gotowość do ponoszenia ofiar w imię wolności Ojczyzny skłoniły
dowództwo Polski Walczącej, na wniosek dr Zofii Franio ps. "Doktór", do
włączenia kobiet w przygotowywane działania dywersyjno-sabotażowe. Decyzja ta
była podyktowana tym, że kobiety wzbudzały mniej podejrzeń niż mężczyźni,
dlatego też łatwiej mogły dotrzeć do takich obiektów, jak tory kolejowe,
mosty, magazyny itp.
Pierwszy patrol minerski kobiet powstał wiosną 1940 r., a jesienią było już
ich kilka. Zanim zostało utworzone Kierownictwo Dywersji (w 1942 r.) w
patrolach minerskich znajdowało się już 50 kobiet. Dowódcą kobiecych patroli
minerskich była Zofia Franio. W Wojsku Polskim służyła podczas wojny polsko-
bolszewickiej i uzyskała wówczas stopień porucznika. W czasie okupacji
niemieckiej została awansowana do stopnia majora. Przed wojną była wielką
społeczniczką, zaangażowaną m.in. w pomoc dla ubogich, a podczas wojny w
swoim mieszkaniu przechowywała kilku Żydów. Osobiście brała udział, dowodząc
patrolem kobiecym, w akcji "Wieniec" przeprowadzonej w nocy z 7 na 8
października 1942 r., polegającej na wysadzeniu jednocześnie w kilku
miejscach torów kolejowych wokół Warszawy.
Oprócz patroli "Doktór", które podlegały Komendzie Okręgu Warszawskiego,
powstał także oddział bojowy kobiet pod kryptonimem "Dysk" (Dywersja i
Sabotaż Kobiet), podległy bezpośrednio Komendzie Głównej AK. W jego szeregach
służyło kilkadziesiąt kobiet, dowodzonych przez porucznik, a później major
Wandę Gertz ps. "Lena". Podobnie jak Zofia Franio - bojowo bardzo
doświadczona. Podczas I wojny światowej była kanonierem w I Brygadzie
Legionów. Ponieważ obowiązywał wówczas zakaz przyjmowania kobiet do wojska,
przebrała się za mężczyznę, występując pod nazwiskiem Kazimierz Żuchowicz.
Tworzyła również żeńskie oddziały POW. W czasie II wojny osobiście dowodziła
w akcji wysadzenia pociągu niemieckiego pod Radomiem 16 listopada 1943 r.
Oba oddziały kobiece dokonały niezliczonej ilości akcji dywersyjno-
sabotażowych nie tylko na terenie Okręgu Warszawskiego. Jednym z bardzo
ważnych zadań wykonanych przez patrol "Dysku" było dwukrotne zniszczenie
podziemnego kabla telekomunikacyjnego łączącego Berlin z frontem wschodnim.
Dowódca Kedywu Okręgu Warszawa AK Józef Rybicki w sprawozdaniu dla KG AK
wystawił takie świadectwo oddziałowi Zofii Franio: "O wyjątkowo ideowej
postawie tej grupy świadczy, że w końcu grudnia 1943 r. na skutek zagrożenia
magazynów drużyny kobiece pod osobistym kierownictwem 'Pani Doktor'
przeniosły ręcznie w ciągu 3 dni 1500 kg materiałów wybuchowych... Zwożą do
Warszawy w okresie największego zagrożenia (...) większą ilość materiałów i
środków wybuchowych".
W lesie
Nieoceniona była rola kobiet w oddziałach partyzanckich. Razem z mężczyznami
musiały znosić zimno, głód, niewygody partyzanckiego życia, długie nocne
marsze. Kobiecą delikatność i kruchość nadrabiały poświęceniem i odwagą,
kiedy w ogniu walki opatrywały rany, przewoziły meldunki i rozkazy.
Pierwszą z nich była 22-letnia Maria Cel "Teresa" z oddziału mjr. "Hubala"
Henryka Dobrzańskiego. Do oddziału dołączyła w końcu października 1939 r. i
pozostała w n