Gość: +++Ignorant
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
29.03.03, 23:54
Polski front
Sobota, 29 marca 2003 - 11:45 CET (10:45 GMT)
Pozycja polityczna RP zależy w najbliższych latach od sprawności
amerykańskich generałów. Zarobimy na wojnie w Iraku?
"Bóg mi powierzył honor Polaków" - z tym okrzykiem książę Józef Poniatowski
rzucił się do Elstery. Podobno historia, gdy się powtarza, zmienia się z
tragedii w farsę. Tymczasem w publicznej debacie o polskim udziale w wojnie o
Irak jedynym oficjalnym argumentem jest właśnie honorowe wypełnienie
obowiązków sojuszniczych. Polityka wielkie słowa toleruje tylko od czasu do
czasu. Na co dzień jest twardą grą interesów.
Będzie banałem stwierdzenie, że w Polsce nawet zdeklarowani pacyfiści powinni
trzymać kciuki za powodzenie wojsk sojuszniczych w Iraku. I to nie tylko
dlatego, że w ich szeregach walczy kilkuset naszych żołnierzy. Brutalnie
mówiąc, pozycja polityczna Polski w najbliższych latach zależy od sprawności
amerykańskich generałów. Rzeczpospolita, angażując się w konflikt po stronie
Stanów Zjednoczonych, zyska na sukcesie sprzymierzonych i wiele straci,
jeżeli wojna będzie się przeciągała lub nie doprowadzi do jednoznacznego
rozstrzygnięcia.
Zobowiązania sojusznicze są ważne. Jeśli jednak są jedynym uzasadnieniem
decyzji polskiego rządu, natychmiast pojawia się argumentacja strony
przeciwnej, streszczona w transparencie dumnie noszonym po Warszawie przez
grupkę antywojennych demonstrantów: "Miller, Kwaśniewski - dwa Busha pieski".
Można jeszcze przypomnieć, że Portugalia czy Hiszpania nie wysłały żołnierzy
na front iracki, a jednocześnie czerpią z popierania działań wojennych
znaczniejsze profity polityczne niż Polska. Wreszcie, część euroentuzjastów
załamuje ręce, że wsparcie dla USA zmniejsza naszą wiarygodność w oczach
Francji i Niemiec i może utrudnić rozszerzenie Unii Europejskiej.
Na szczęście, dysponujemy solidnymi argumentami za tym, że decyzja o
zaangażowaniu Polski po stronie USA była uzasadniona dobrze pojętą polską
racją stanu. Przede wszystkim dla polskiej polityki wartością podstawową musi
pozostawać zapewnienie naszemu krajowi trwałych gwarancji bezpieczeństwa.
Niestabilność współczesnego świata jest tak wielka, że nasze przekonanie o
braku zagrożeń zewnętrznych wobec Polski może zostać łatwo poddane próbie.
Scenariusz konfliktu wewnętrznego na obszarze postsowieckim (celowo unikam
wymieniania nazw sąsiedzkich państw) przelewającego się przez zachodnią
granicę był wielokrotnie rozpatrywany przez ekspertów i nie został odłożony
do lamusa. A jest to tylko jedno z kilku możliwych zagrożeń. Polska sama jest
militarnie słaba i potrzebuje gwarancji sojuszniczych. Zarówno po to, byśmy
my mogli spać spokojnie, jak i dla zagranicznych inwestorów nie
podzielających naszego przekonania, że Polska leży w najspokojniejszym
zakątku świata. Tak się składa, że realnym gwarantem pomocy militarnej we
współczesnym świecie są tylko Stany Zjednoczone. Żenujące spory dotyczące
planowania obrony Turcji w razie wojny w Iraku dowiodły, że NATO, a zwłaszcza
jego europejski filar, nie gwarantuje stuprocentowego bezpieczeństwa. Jedyna
realna gwarancja to ścisły sojusz z USA, a najlepiej posiadanie na własnym
terytorium baz wojskowych hipermocarstwa.
Nasze stanowisko w kryzysie irackim jest ponadto korzystne z punktu widzenia
roli Polski w unii. Włos na głowie się jeży, gdy słyszymy, że powinniśmy być
grzeczni i siedzieć cicho, bo nie zostaniemy przyjęci do wspólnoty. Jest to
stanowisko błędne i szkodliwe. Polska będzie jednym z najważniejszych państw
poszerzonej unii. Jeszcze niedawno Francuzi formułowali obawy, że Warszawa
stanie się satelitą Berlina. Teraz, zapominając o trójkącie weimarskim
(Francja, Niemcy, Polska), konstruują trójkąt z Rosją. Jednocześnie wracają
do koncepcji tzw. Europy różnych prędkości, podważającej sens naszej
przynależności do UE, bo spychającej nas do roli członka drugiej kategorii.
Polsce powinno zależeć na Europie suwerennych narodów, wzmacniającej
współpracę ze USA. Nie ma powodu, by okłamywać europejskich partnerów, że
mamy inne zdanie. Jeśli będziemy zgodnie z radą prezydenta Francji siedzieli
cicho, znajdziemy się w sytuacji lokatora wprowadzającego się do mieszkania,
w którym nie będzie ani jednego wygodnego fotela, tylko krzywe zydle. Mimo
buńczucznych deklaracji Europa bez USA sobie nie poradzi, a rola ważnego
partnera Ameryki może wzmacniać naszą pozycję w unii, nawet jeśli będzie
budziła irytację Paryża czy Berlina.
Zdecydowane poparcie Stanów Zjednoczonych w Iraku powinno przynieść nam też
wymierne korzyści gospodarcze. Radek Sikorski głosi tezę, że nowy rząd
iracki - nie bez udziału Amerykanów - będzie zmuszony pamiętać o nie
spłaconych długach wobec Polski (ponad 700 mln USD) i o tym, że Polacy dzięki
swym doświadczeniom mogą wziąć udział w odbudowie Iraku. Można liczyć, że
najbliższych latach wartość materialna takiej pamięci będzie wynosiła 2-3 mld
USD.
Poza poprawieniem pamięci Irakijczyków nasze zaangażowanie na Bliskim
Wschodzie powinno przynieść również efekty na rynku amerykańskim. Być może w
formie korzystniejszego kredytu na zakup samolotów bojowych (mowa o zyskaniu
ponad miliarda dolarów) lub lepszej oferty offsetowej, a przede wszystkim w
postaci większych inwestycji bezpośrednich. Reakcje Amerykanów na falę
antyamerykanizmu w świecie pokazują, że umiejętne zdyskontowanie politycznych
decyzji może przynieść Polsce korzyści gospodarcze. Nie tylko zresztą
gospodarcze, bo ekonomia wiąże się ściśle z polityką.
Jerzy Marek Nowakowski
Pełny tekst w najnowszym, 1062 numerze tygodnika "Wprost", w sprzedaży od
poniedziałku 31 marca.