Gość: +++Ignorant
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
12.05.03, 03:52
Nibyland Polen
Tygodnik "Wprost", Nr 1068 (18 maja 2003)
W odczuciu niemieckich elit politycznych, RP wciąż pozostaje nibylandem
niedorozwiniętego społeczeństwa nieudaczników.
"Mocarstwo z łaski Ameryki", "żołdacy USA", "siepacze
Amerykanów", "torpedujący politykę bezpieczeństwa Europy", "samozwańczy
pośrednicy", "przeceniający własną rolę w polityce światowej" - w tej
tonacji niemiecka prasa skomentowała decyzję o tym, że Polska obejmie
dowodzenie w jednej ze stref bezpieczeństwa w Iraku. Podtekst medialnej
furii w RFN uwidocznił to, co wiadomo nie od dziś, a co skrzętnie ukrywano:
w odczuciu Niemców, a zwłaszcza ich elity politycznej, RP wciąż pozostaje
nibylandem niedorozwiniętego społeczeństwa nieudaczników. W nowym rozdziale
stosunków RP-RFN wszystko prócz interesów gospodarczych jest na niby: niby-
przyjaźń, niby-partnerstwo, niby-wspólne cele strategiczne i niby-sojusz.
Całusy Kohla
Już po odejściu na polityczną emeryturę Helmut Kohl przyznał, że granice z
Polską zaakceptował ostatecznie pod naciskiem USA. RP i RFN poza traktatem o
potwierdzeniu istniejącej między nimi granicy z 14.11.1990 r. (jak głosiła
oficjalna nazwa) podpisały tzw. traktat dobrosąsiedzki. "Najważniejszym
sąsiadem Niemiec" Kohl nazywał jednak nie Polskę, lecz Rosję. Podczas
spotkania u stóp Kaukazu ślubował dozgonną przyjaźń Michaiłowi Gorbaczowowi.
Uznanie kanclerza dla szefa KPZR przekształciło się w Niemczech w
gorbomanię. Gdy sowiecki przywódca przybył do Bonn, na jego cześć Niemcy
malowali sobie na czołach czerwone plamy, a Kohl ucałował go równie gorąco
jak niegdyś Erich Honecker Leonida Breżniewa. Później było serwowanie
świńskich żołądków na kwaśno w ulubionej knajpie Kohla Diedesheimer Hof i
spotkania na kortach tenisowych w St. Augustin szefów MSZ Andrieja Kozyriewa
i Klausa Kinkela. Kohl latał nad Warszawą do Rosji, by się pocić z
gospodarzami w bani. Gdy Gorbi popadł w swym kraju w niełaskę, w RFN nastała
jelcynomania. Wałęsomanii nie było nigdy. Mimo że to właśnie Lech Wałęsa
wyjął pierwszą cegłę z berlińskiego muru i zapoczątkował proces jednoczenia
Niemiec, Kohl nie zaprosił polskiego prezydenta na uroczyste pożegnanie
aliantów opuszczających Berlin, co wzburzyło nawet niemiecką opinię
publiczną. Kanclerz okrzyknięty nad Wisłą "największym przyjacielem Polski"
potrzebował aż sześciu lat, by po pamiętnej modlitwie z premierem Tadeuszem
Mazowieckim w Krzyżowej zaszczycić Polaków następną wizytą (notabene,
spotkanie miało się odbyć na Górze św. Anny, a przeniesiono je z powodu
sprzeciwu rządu RFN). "Adwokat Polski" Kohl obiecywał nam poparcie w
reintegracji z Zachodem, a równocześnie na Konferencji Bezpieczeństwa w
Monachium Klaus Kinkel, jego minister spraw zagranicznych, nakłaniał szefów
dyplomacji z kilkudziesięciu krajów do wyhamowania procesu rozszerzania NATO
i uzależnienia przyjęcia Polski do sojuszu od "wyrównania rozwoju społeczno-
gospodarczego w stosunku do unii". Pokazy rzekomej zażyłości polskich
polityków z niemieckimi przywódcami niekiedy wręcz śmieszą teatralnością.
Podczas wizyty w Bonn prezydent Aleksander Kwaśniewski chwalił się, że zjadł
z Kohlem jego słynne świńskie żołądki, ten jednak nie omieszkał wyjaśnić,
że "podano je na wyraźne życzenie polskiej delegacji".
Chemia socjaldemokratów
W spektakularnych gestach serdeczności wobec polityków zza Odry Gerhard
Schroeder przebił poprzednika, lecz jego polityka pozostała nie zmieniona.
Pierwszą fotografię Leszka Millera w roli premiera wykonano w berlińskim
Urzędzie Kanclerskim. "Sueddeutsche Zeitung" spostrzegł: "Nowy, silny
człowiek znad Wisły nie wybrał - jak jego poprzednicy - Watykanu ani
Waszyngtonu czy Moskwy. Chciałby rozjaśnić stosunki niemiecko-polskie, nad
którymi ostatnio zawisły chmury". O ile jednak relacja z pobytu premiera
otwierała wszystkie wiadomości TVP, o tyle w głównych wydaniach dzienników
niemieckiej telewizji publicznej nie było o niej ani słowa. Teoretycznie
Miller i Kwaśniewski powinni łatwiej znaleźć wspólny język ze Schroederem
niż z kanclerzem prawicy. Kontakty SPD z polską lewicą trwają od czasów
PZPR, by wspomnieć estymę niemieckich towarzyszy do Mieczysława Rakowskiego.
Jak mawiano w kuluarach Bundestagu, między premierem Jerzym Buzkiem i
Schroederem "nie grała chemia". Dziś "chemia gra", ale przejawia się to
jedynie podczas kolacji pary prezydenckiej i kanclerskiej we włoskiej
restauracji czy w czasie wizyty Schroedera na "polskim" balu prasowym w
Berlinie, gdzie - co przyznał kanclerz - dotarł dzięki usilnym namowom
Aleksandra Kwaśniewskiego. Gdy prezydent Kwaśniewski wziął udział w
obchodach Święta Jedności Niemiec, media nie dostrzegły jego obecności. Z
tej samej okazji prezydent Francji Jacques Chirac był eksponowany niczym
gwiazda filmowa, choć z "wzorcowych stosunków" Paryża i Berlina nie zostało
nic poza wspólną wolą osłabienia roli USA i dominacji w Europie. Po
zjednoczeniu Niemiec między Berlinem i Warszawą nie było większych
dysonansów, bo nie było rzeczowego dialogu. Rozbieżności są przemilczane,
lecz istnieją - i to niebłahe.
Piotr Cywiński
Berlin