pola_lawendowe
18.03.11, 20:42
" Ja to najbardziej lubię mięso. - Bobcio unosił się na fali zwierzeń. - Ale nie kurę. Bo mi się znudziła. Jakie to śmieszne, że kura nazywa się tak jak to zwierzątko. Albo ryba. Nazywa się tak samo jak to, co pływa.”( SK, MM)
Jestem padlinożercą. Mój organizm domaga się mięsa i jego przetworów. Zapach i smak surowej, krwistej wołowiny robi moim kubkom smakowym to, co niektórym robi w ichnie kubki czekolada. Bardzo starannie wypieram wszystkie informacje dotyczące taśmowego chowu zwierząt, ich uboju. Teoretycznie oburzam się, jednocześnie wychodząc z założenia, że mój sprzeciw polegający na zmianie diety niczego nie zmieni ani w hodowlanych masówkach, ani w sposobie transportu, ani w sposobie uśmiercania drobiu i rzeźnego bydła. ( owszem, podpisywałam podsuwane petycje, co nie zmienia faktu że)
Umysł cwanie stosuje wybiegi Bobcia „ jakie to dziwne, że wieprzowina nazywa się tak jak świnia”. Staram się nie łączyć faktów i spycham do podświadomości, że poszczególne części mięsa które kupuję i pożeram, były kiedyś jedną, spójną całością i całość raczej nie miała najlepszego życia ani bezbolesnej śmierci.
Wczoraj kupiłam wołowinę zadnią ( och, gulaszu na calvadosie!) i porcjując znalazłam na mięsie olbrzymi krwiak, który nie miał szansy powstać PO śmierci zwierzęcia. Nie wiem, czym uderzono krowę, ale sądząc z rozmiarów, wyglądu i usytuowania urazu, chyba dźwigiem.
Po raz pierwszy w życiu spracowało pod moją beretką, że zwierzątko i różowe kawałki które kupuję to JEST TO SAMO. Osłupiała gapiłam się na zasiniony, pęknięty mięsień i mój mięsolubny mózg zapytał ' naprawę chcesz to zjeść?'.
Nie chciałam. :) Nie chciałam zjeść kawałka stworzenia, w które bolało go jak diabli.
Minęły 24 godziny. Mój zaszokowany ( niespodzianka! witamy w świecie bez tęczowych kucyków miłośnie splatających sobie ogonki w słodkie serduszka!) organizm nadal nie zaczął kombinować jakby tu obejść przepis i dopaść w lodówce wszystko, co zawiera mięso.
I tak: skoro wciąż mnie mdli z żalu i obrzydzenia, na mięso patrzeć nie mogę a i zapach przestał być nęcący, najpewniej jest to dobry czas żeby zostać jaroszem z pobudek etycznych.
Nastał czas pytań do potworumowskich wegetarian:D
- czy przerzucenie do sekcji jaroszy ma sens z moralnego punktu widzenia?
- czy początkujący jarosz uznający z warzyw jedynie sok cytrynowy w herbacie i ziemniaki przerobione na frytki;) nie mogący jeść soi i jej preparatów i od lat stosujący ubogą dietę ( mięso, chleb, masło, mleko tylko do kawy) nie modyfikując jej ma szanse na przeżycie bez dorobienia się w trybie ekspresowym galopującej anemii?
Słoniocy?:)
( jedni rozmawiają z Elvisem, do innych przemawia Matka Boska, ja od wczoraj patrząc na mięso widzę wszystkie filmy o drastycznym traktowaniu zwierząt rzeźnych, jakie przypadkiem widziałam)