nczas.com
18.07.03, 19:33
Chwieją się fundamenty
Panną byłam, dziecko miałam, ale co to, to nie! Rzeczywiście to, co się w
Polsce wyprawia, przechodzi już ludzkie pojęcie. Oto pan poseł Rokita
powiedział, że pan Aleksander Gudzowaty kupił był co najmniej dziewięć
przepisów ustawy o biopaliwach, przy okazji kupna gorzelni na Dolnym Śląsku,
a pan Wiesław Kaczmarek, ongiś minister skarbu, te artykuły mu sprzedał. To,
że jeden mógł sprzedać, a drugi kupić, to w demokracji rzecz normalna; w
końcu cała ustawa o biopaliwach uchwalona jest na zamówienie. Karygodne jest
przede wszystkim to, że żaden z nich nie przyszedł najpierw do pana red.
Michnika, żeby chociaż się poradzić. Pan Rywin, jaki jest, taki jest, jednak
najpierw przyszedł do pana red. Michnika, jak Pan Bóg przykazał. Tymczasem
rewelacje pana posła Rokity potwierdzałyby, że handluje się u nas przepisami
ustaw, w ogóle nie informując o tym pana red. Michnika! To już rzeczywiście
sodomia i gomoria, absolutny brak respektu dla autorytetów, chamstwo i
drobnomieszczaństwo. Nic dziwnego, że wszystko zaczyna chylić się ku
upadkowi. "O nierządne królestwo i zginienia bliskie!".
Potwierdzenie trafności jakiegoś przysłowia zawsze przynosi pewną
satysfakcję. W tym jednak przypadku trudno odczuwać jakąkolwiek satysfakcję,
nawet jeśli w tak spektakularny sposób sprawdza się kilka przysłów: "fortuna
variabilis", czy "nosił wilk razy kilka". Jeszcze niedawno pan red. Michnik
wystawiał certyfikaty "człowieków honoru" panu gen. Jaruzelskiemu, panu gen.
Kiszczakowi i innym osobistościom, a teraz, tzn. 10 lipca "Gazeta Wyborcza"
drukuje pozytywne referencje, jakie wystawia panu red. Michnikowi pan poseł
Smolana, niegdyś z Samoobrony. Do tego już doszło! Jakże musi to zasmucać
pana prof. Geremka! Niewymowne są cierpienia, jakie trzeba znosić dla
demokracji.
Z tym panem Kaczmarkiem, to najwyraźniej jak z mistrzem Twardowskim: "ale
zemsta, choć leniwa, nagnała cię w nasze sieci". Pan Kaczmarek, po odejściu z
ministerstwa, szalenie się zradykalizował. No, może nie szalenie, ale zaczął
dostrzegać różne przywary rządu i kręcić nosem na samego pana premiera,
słowem - jakby zapomniał, skąd mu wyrastają nogi. Toteż zaraz po kongresie
SLD zaczęły pojawiać się różne rewelacje; a to STOEN został sprywatyzowany z
naruszeniem prawa, a to pan Gudzowaty i jego gorzelnia... Widać wyraźnie, że
temu, kto kręci nosem na pana premiera, ten potrafi nosa utrzeć. Á la guerre
comme á la guerre - ofiary muszą być, zwłaszcza gdy wojna na górze, jaka
toczy się między panem prezydentem i panem premierem, to znaczy
między "Chamami" a "Żydami", weszła właśnie w fazę eskalacji. Jak objaśniał
tę rzecz słynny sekretarz obrony USA z okresu wojny wietnamskiej Robert Mc
Namara, eskalacja polega na podnoszeniu konfliktu na wyższy poziom. O ile
więc przed kongresem SLD pan premier z panem prezydentem kopali się po
kostkach, to teraz kopią się już wyżej, znacznie wyżej. To jest właśnie
eskalacja. Spektakularnym jej wyrazem było ujawnienie "przecieku" w aferze
starachowickiej. Pan poseł Andrzej Jagiełło ostrzegł pana starostę powiatu
starachowickiego, kierującego, jak się wydaje, również miejscowym gangiem, o
planowanej akcji policji mającej na celu aresztowanie całego towarzystwa.
Powołał się przy tym na samego pana wiceministra Sobotkę, który w związku z
tym natychmiast poprosił o urlop. Skoro już pioruny strzelają nawet w takie
miejsca jak Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, to znaczy, że w ramach eskalacji
zostały poruszone moce niebieskie, ziemskie i piekielne, czyli bezpieki
obydwu obrządków, tzn. obrządku prezydenckiego i rządowego. Jakiś niezbadany,
tajemniczy mechanizm sprawia, że te moce uruchamiają akurat pana posła
Rokitę, miotającego oskarżenia. Pan poseł opiera się wprawdzie na przeciekach
prasowych, no ale chyba zdaje sobie sprawę, że przecież te przecieki... Ha!
Są widać na świecie rzeczy, które nie śniły się filozofom.
Sprawy zaszły tak daleko, że chyba nawet Wysokimi Wojującymi Na Górze
Stronami musiał zatargać bezkształtny niepokój. W ubiegłym tygodniu pan
prezydent wydał uroczysty obiad z okazji 80. rocznicy urodzin generała
Wojciecha Jaruzelskiego. Był tam pan Rakowski, ale również pan premier
Miller. Czy pan generał Jaruzelski nie pogroził aby panu prezydentowi i panu
premierowi, że "chłopcy przestańcie, bo się źle bawicie!"? Wcale bym się nie
zdziwił, gdyby tak było, bo jak tak dalej pójdzie, to rzeczywiście dojdzie do
wylania dziecka z kąpielą. Weźmy taką aferę starchowicką. Tamtejszy samorząd
utworzył w powiecie coś w rodzaju miniatury państwa; przyznał sobie monopol
na handel bronią i narkotykami oraz nakładanie haraczy, słowem - wziął sprawy
w swoje ręce. Ta samowolka ("nie po czinu bieriosz!") zaniepokoiła widać
ojców chrzestnych i stąd akcje policyjne. Widać z tego, że wszystko powinno
odbywać się w granicach przyzwoitości, na co kładł nacisk Jarosław Haszek,
przedstawiając Partię Umiarkowanego Postępu (W Granicach Prawa).
Najgorsza jest bowiem przesada, o czym każdy mógł przekonać się przy okazji
60. rocznicy rzezi ludności polskiej na Wołyniu. Najwyraźniej ręka
Opatrzności powstrzymała pana prezydenta Kwaśniewskiego przed rutynowym
przeproszeniem "strony ukraińskiej", ale bez "pojednania" nie mógł już
wytrzymać. Razem tedy z prezydentem Kuczmą wynegocjowali tekst uchwały, którą
potem miały przyjąć parlamenty obydwu krajów. Polski Sejm okazał się lepiej
wytresowany niż parlament ukraiński, bo przyjął tekst "ogromną większością
głosów", podczas gdy Ukraińcy - zaledwie przewagą jednego głosu. Jakże jednak
mogło być inaczej, skoro pan poseł Aleksander Małachowski, nazywany
pieszczotliwie Cymbałem Brzmiącym, przytłoczył posłów autorytetem Ojca
Świętego? Niby wiemy, że parlamenty są od przyklepywania tekstów
zredagowanych gdzie indziej, jednak taka synchroniczna ostentacja zawsze robi
pewne wrażenie. Zresztą mniejsza z tym, bo ciekawsza jest sama uchwała. Mówi
ona o "cierpieniach" i to "obydwu narodów". Polacy - wiadomo. zostali
wymordowani. No a Ukraińcy? Otóż trzeba nam pamiętać, że walczyli oni "o
wolność i niepodległość". Słowem - dobrze chcieli, tylko trochę przesadzili,
a poza tym w lipcu 1943 roku na tym Wołyniu komary cięły jak sk****syny. Kto
nie doznał takiego ukąszenia, ten nie ma pojęcia, co znaczy cierpienie. Więc
chociaż dobrze chcieli, to i tak się nacierpieli, a poza tym trochę
przesadzili, podobnie jak pan Jan Tomasz Gross w Jedwabnem. Jużci, 1500
zabitych wygląda znacznie lepiej niż tylko 350, a w każdym razie można
domagać się większego odszkodowania. To znaczy, można by było, bo pewne
oznaki wskazują, iż holokaustowa industria zmieniła taktykę: pan Dawid Haris
z Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego, który pojawił się w Polsce zaraz po
referedum, porzucił już myśl reedukowania Polaków jako narodu zbrodniarzy.
Chodzi mu zwyczajnie o forsę i świetnie to rozumiemy; kto by nie chciał
dostać paru złotych i to jeszcze pod tak zaszczytnym pretekstem? A zatem -
jak powiedział ogrodnik - nie przesadzajmy z tymi pojednaniami, żeby nie
wynikła z tego jakaś nowa wojna.
Stanisław Michalkiewicz
www.nczas.com/?a=show_article&id=1286