Gość: Józef Zawadzki
IP: *.jaroslaw.sdi.tpnet.pl
15.08.03, 10:36
W pierwszych dniach sierpnia 1920 r. wydawało się, że polski sen o
wolności - który ledwie się zaczął - przemija. Watahy bolszewickie stanęły u
wrót Warszawy. Ludzie ze zgrozą opowiadali o popełnianych przez bolszewików
zbrodniach, o jakich świat przedtem nie słyszał. Europa zamarła w
przerażeniu. Bolszewicy nie kryli bowiem swoich planów. Ich dowódca wojskowy
Michaił Tuchaczewski napisze później w propagandowej broszurze "Pochód za
Wisłę": "Nie ma wątpliwości, że gdybyśmy wyrwali z rąk burżuazji polskiej jej
burżuazyjną armię szlachecką, wówczas rewolucja klasy robotniczej stałaby się
faktem dokonanym. A pożar ten nie dałby się ograniczyć ścianami polskimi. Jak
wzburzony potok rozlałby się po całej Europie zachodniej"... Słynny był
rozkaz Tuchaczewskiego z 4 lipca 1920 r.: "Na zachód! Po trupie Polski
wiedzie droga do światowego pożaru!".
Mimo że państwo bolszewickie dopiero powstawało, dysponowało odziedziczoną po
systemie carskim - i wzmocnioną przez nowy zaciąg oddanej bolszewizmowi
inteligencji pochodzenia żydowskiego (pisał o tym niedawno Aleksander
Sołżenicyn) - bezwzględną bezpieką ("czerezwyczajką" - Czeka) oraz sprawnym
aparatem propagandowym. Atak propagandowy na Polskę prowadzony był zgodnie z
zasadą divide et impera - dziel i rządź. Bolszewicy liczyli na to, że
wymęczony wojną, wybiedzony polski robotnik i polski chłop uwierzą w ideę
ponadnarodowego "państwa robotników i chłopów". Na jednym z afiszów
pisali: "Zuchwałą szlachtę polską spotkała zasłużona kara (...). Robotnik i
chłop polski, odziany nawet w mundur żołnierza polskiego, nie jest naszym
wrogiem. Na polu walki jest on tylko naszym nieświadomym przeciwnikiem. Jest
on naszym towarzyszem, którego uświadomimy, któremu wyjaśnimy prawdziwe
znaczenie odbywającej się walki klasowej pomiędzy jaśniepanami polskimi i
zagranicznymi a proletariatem republik sowieckich".
Lud polski nie dał się na to nabrać i gonił bolszewika z ojczystej ziemi.
Bolszewiccy komisarze nie docenili bowiem, jak wielka i święta dla Polaków -
nie tylko "jaśniepanów" - jest idea niepodległej Rzeczypospolitej, wyśnionej
przez całe pokolenia, okupionej krwią w wojnach i powstaniach.
Mimo dramatycznej sytuacji Polski Europa nie pospieszyła nam z pomocą. Po
prostu nie wierzyła, że można jeszcze uratować Warszawę. Ambasadorowie państw
europejskich w popłochu opuszczali stolicę. Polacy zostali sami. Czy na pewno
sami?
Z perspektywy ponad 80 lat inaczej już postrzegamy tę samotność. Tak naprawdę
nie byliśmy sami, bo była Ta, która "dana jest Narodowi ku obronie". Była
Wielka Orędowniczka i Pocieszycielka strapionych. Jakże bardzo wówczas
strapionych i przerażonych! To Ona wlała w serca nadzieję i wiarę w
zwycięstwo. To Ona sprawiła, że 15 sierpnia - w uroczystość Wniebowzięcia
Najświętszej Maryi Panny - nastąpiło to, co nawet chłodni analitycy nazwali
cudem. Jeszcze dzień przedtem bolszewicy parli naprzód. Nie pomogło rzucenie
do walki oddziałów gen. Lucjana Żeligowskiego z Jabłonny. To była już
ostatnia rezerwa polska. Jeszcze 15 sierpnia rano nadchodziły hiobowe wieści.
Atak bolszewicki trwał. Pod Ossowem ginie bohaterski kapelan Wojska Polskiego
ks. Ignacy Skorupka. Nie ma już nadziei?
Lecz oto w południe tego samego dnia następuje ów przełom, cud. Zdesperowany
żołnierz polski zaczyna wypierać wroga. Zajęta już przez bolszewików druga
linia obrony wraca w ręce polskie. Zdobywamy Ossów, a wieczorem gen. Lucjan
Żeligowski uderza na Radzymin. Giną tysiące żołnierzy. To właśnie na ich
groby przybył Ojciec Święty - tego samego dnia, w którym poświęcił kamień
węgielny pod świątynię Opatrzności Bożej. Tego samego dnia, w którym
beatyfikował 108 męczenników polskich. W Radzyminie czekali go jeszcze
ostatni żyjący, sędziwi uczestnicy tej bitwy, wówczas bardzo młodzi żołnierze.
Bitwa Warszawska zakończyła się zwycięskim pochodem wojsk polskich, które
odrzuciły bolszewików o kilkaset kilometrów na wschód. Dowództwo bolszewickie
nie wierzyło w treść nadchodzących meldunków, bo wydawały się one
nierzeczywiste. Na plebanii kościoła w Wyszkowie zainstalowało się trzech
renegatów Narodu Polskiego, twórców niedoszłej "Polskiej Socjalistycznej
Republiki Radzieckiej": Feliks Kon, Feliks Dzierżyński i Julian Marchlewski.
Wydrukowano już afisze władz "republiki", które miały być rozklejane na
murach Warszawy. Miały być bolszewickie "porządki": egzekucje "burżujów",
niszczenie kościołów, "pożar rewolucji" moskiewskiej. Te nowe "porządki"
zostały już wypróbowane na zajętych wcześniej terenach, gdzie
powstawały "komitety rewolucyjne", które miały nieograniczoną władzę. Tak
zwane "trybunały rewolucyjne" wydawały wyroki śmierci, od których nie było
odwołania i które były natychmiast wykonywane. Czeka prowadziła rejestr
wszystkich oficerów i żołnierzy Wojska Polskiego, którzy mieli być
wymordowani jako element szczególnie niebezpieczny. Z tych rejestrów
korzystali 20 lat później zbrodniarze selekcjonujący ofiary Katynia i innych
miejsc masowych zbrodni.
Po Bitwie Warszawskiej "rząd" bolszewicki w popłochu uciekał z Wyszkowa. W
pisanym na gorąco reportażu "Na probostwie w Wyszkowie" (po wojnie
bezwzględnie zakazanym przez komunistyczną cenzurę) Stefan Żeromski
pisał: "Przed wyjazdem Julian Marchlewski powtarzał melancholijnie: 'Miałeś
chłopie złoty róg, miałeś chłopie czapkę z piór, został ci się ino sznur'...
Jak w wielu innych rzeczach, tak i tutaj niedoszły władca mylił się
zasadniczo. Złotego rogu Polski wcale w ręku nie trzymał. Czapka krakowska
również mu nie przystoi. Jeżeli jaki strój, to chyba okrągła czapeczka
moskiewska, obstawiona wokoło pawimi piórami, prędzej mu będzie pasowała. Tę
już do końca życia nosić mu wypadnie. Nawet do biednego sznura od polskiego
rogu nie ma prawa ten najeźdźca. Kto na ziemię ojczystą, chociażby grzeszną,
wroga odwiecznego naprowadził, zdeptał ją, splądrował, spalił, złupił rękoma
cudzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł z ojczyzny. Nie może ona być dla
niego już nigdy domem ni miejscem spoczynku. Na ziemi polskiej nie ma dla
tych ludzi już ani tyle miejsca, ile zajmą stopy człowieka; ani tyle, ile
zajmie mogiła. Złoty róg Polski trzyma w ręku młode narodu pokolenie!".
Bolszewiccy komisarze z Wyszkowa pozostali w pogardzie u rodaków. Dopiero
komuniści w czasach PRL wystawią im pomniki, a ich nazwiska znajdą się na
tabliczkach z nazwami ulic od Warszawy do najmniejszego polskiego miasteczka.
Niektóre pozostały do dziś, sławiąc m.in. dowódcę bolszewickiego batalionu w
wojnie z Polską, Karola Świerczewskiego.
Cytowany Stefan Żeromski wielokrotnie wypowiadał się na temat istoty
bolszewizmu, m.in. w eseju "Snobizm i postęp", również zakazanym w czasach
PRL: "Są dusze, którym pachną piwnice moskiewskie, nalane krwią; dusze
tęskniące za możnością pastwienia się, katowania, władania. Iluż to
Dzierżyńskich wzdycha wokół nas za możnością posiadania nieopisanej władzy!
(...) Polsce zawsze śmierdział topór i pniak Iwana Groźnego. Tak samo dziś
śmierdzą jej moskiewskie krwawe piwnice i moskiewskie poezje, sławiące
mordowanie (...). W Polsce nie ma masowego głodu, nie ma ludożerstwa,
straszliwych chorób zmiatających całe połacie ludzkich siedlisk i nie ma
potwornego terroru rządów".
Józef Piłsudski, wódz naczelny Wojska Polskiego, powiedział o Bitwie
Warszawskiej: "Postawiłem sobie już w roku 1918 cel. Zdecydowałem natężyć
siły, aby możliwie daleko od miejsc, gdzie się nowe życie wykuwało, obalić
wszelkie próby i zakusy narzucenia nam raz jeszcze życia obcego, życia
nieurządzonego przez nas samych".
Świat docenił wagę polskiego cudu. Brytyjski lord D'Abernon
powiedział: "Gdyby Piłsudskiemu nie udało się powstrzymać triumfalnego
pochodu armii czerwonej w wyniku bitwy pod Warszawą, nastąpiłby nie tylko
niebezpieczny zwrot w dziejach chrześcijaństwa, ale zostałoby zagrożone samo
istnienie zachodniej cywilizacji. B