drf
17.02.08, 14:41
Bez „Strachu”
„Strachu” Grossa jeszcze nie czytałem, pomimo to nie boję się o tej książce pisać. Prace Jana Grossa należą do tego gatunku książek, których lektura nie wywiera żadnego wpływu na opinie publicznie o nich głoszone. Z góry bowiem wiadomo, którego dyskutanta dzieło zachwyci, którego oburzy, a który będzie lawirował. Ocena zależy bowiem od ideowo-politycznej przynależności oceniacza, nie zaś od wymowy faktów, trafności analiz, bogactwa źródeł, czyli od zawartości książki i autorskiej siły przekonywania.
Każdy postendecki nacjonalista radiomaryjny da się porąbać np. za trafność wywodów Jerzego Roberta Nowaka czy Krzysztofa Kąkolewskiego, że w Kielcach w 1946 r. Żydzi sami się wymordowali ku wielkiemu zmartwieniu biskupa Kaczmarka. Ktokolwiek zaś inaczej ocenia zdarzenia, szkaluje wspaniały polski naród, który umęczony w przeszłości znosi oto nowe razy przydające mu nowych cierpień.
Równie dobrze wiadomo z góry, że kosmopolityczni liberałowie, ateiści, filosemici, post-Żydzi – słowem przyjaciele i redaktorzy „Gazety Wyborczej” – zachwycą się Grossem i będą mu obciągać. Ja więc jako Polak niearyjski, czosnkowy, a też zajadły postkomunista, wróg Boga i co gorsze papieża Polaka, z natury rzeczy jestem grossistą. Cokolwiek Jan Gross napisał, muszę być „Strachem” zachwycony.
Wniosek z tego prosty: w naszej ukochanej Polsce, kiedy się ma wyrazistą tożsamość genealogiczno-polityczną, to już nie trzeba czytać książek. (Dla porządku myślowego dodam, że ktokolwiek uczył się logiki, ten wie, że twierdzenia tego nie wolno odwracać. Nieczytająca większość ludzi jest pozbawiona poglądów i interesującego pochodzenia, nie czyta zaś z innych motywów).
Będąc grossistą mam jednak wiele zrozumienia dla antysemityzmu, którego wykwity prof. Jan Gross opisuje – jak przypuszczam – pięknie, ciekawie i prawdziwie. Co popatrzę w lustro, to antysemitów usprawiedliwiam. Rozgrzeszam ich także wówczas, gdy patrzę w przeszłość.
Miałem 9 lat, kiedy z galicyjskiej mieścinki Budzanów, gdzie mieszkałem na aryjskich papierach, wywieziono furmankami żydowską połówkę ludności do getta w pobliskiej Trembowli. Razem z rówieśnikami szukałem potem skarbów w gruzowisku, w które ludność polska i ukraińska natychmiast zamieniła żydowskie centrum Budzanowa. (Po wypatroszeniu mieszkań pozyskiwano materiały budowlane). Tak się też złożyło, że byłem z rodzicami w Trembowli akurat tego dnia, kiedy trwała tam „akcja”. Żydów nie wywożono, lecz zabijano na miejscu. Na ile mogę odtworzyć swoje uczucia, gdy słuchałem strzałów, to nie miałem żadnych. Owszem wiedziałem, że jestem Żydem – cóż z tego, skoro nie należałem do nich, to znaczy do ich społeczności, języka, wiary, strachu i losu, czyli należnej śmierci.
W dzisiejszym świecie są bogaci i są też biedni, marny ich los. Godzimy się z tym, bo taki jest porządek świata, w którym żyjemy. Godzimy się tym bardziej, że ci, którzy się z tym porządkiem świata zgodzić nie chcieli, zostali skreśleni przez bieg historii i potępieni moralnie jako mordercy lub nieudolni naiwniacy. Otóż na ziemiach rządzonych przez hitlerowców pozbawianie Żydów wpierw domów, a potem życia wpisane było w porządek tamtego świata. Buntowników przeciw niemu traktowano z podziwem pomieszanym z niechęcią zawsze należną czynnikom destabilizacyjnym.
Nie wiem, jak o tym pisze Gross, ale owszem – po wojnie Żydzi i Polako-Żydzi byli w strachu. Przede wszystkim był to strach, który zalągł się w czasie okupacji. Dlaczego trwał? Z przyzwyczajenia do strachu. Z trwania wojennego systemu moralnego, który – jak to już pisałem – dokumentowały listy budzanowian nadchodzące po wojnie do mojego ojca: „Gdzie wdzięczność przecież was przechowywaliśmy to znaczy były podejrzenia, że możecie być Żydami a nie wydałem was ani ja ani sąsiedzi”. Każdy powojenny pogrom czy pogromik przydawał strachowi żywotności.
Większość ocalałych Żydów nie brała udziału w tworzeniu tej nareszcie względnie przychylnej im władzy „ludowej”, tylko ze strachu wyjechała z Polski. Ci, co utożsamili się z nową Polską, zwiali po 1968 r. – znów ze strachu. Przed tą właśnie władzą, z którą utożsamili się, a potem ona się unarodowiła na endecki sposób.
W czasie okupacji część spolonizowanych Żydów próbowała się schować. Tak samo i po wojnie nadal usiłowała się chować. Zmieniała nazwiska, nosiła krzyże na szyi, chadzała do kościoła dla mimikry i chrzciła dzieci, gdyż to mogło je kiedyś w przyszłości uratować. Bo może Anders przygalopuje, może nastanie endekokomuna albo wytrysną czysto ludowe pogromy?
Zima 1946/1947. Jechałem, pamiętam, z rodzicami autem z Jeleniej Góry. (Tam furmanki wywoziły Niemców z gratami na dworzec. Taki sam widok jak w Budzanowie, obojętność też ta sama). Z Jeleniej Góry jechaliśmy do Łodzi. Noc. Partyzanci zatrzymują samochód. Łyskają orzełki z koroną. Korona na ich czapkach równa się strach w aucie. Proszą o dokumenty. Salutują: „O przepraszamy, w porządku. Szukamy komunistów i Żydów”. Iluż z tych post-Żydów w bezpieczniackich mundurach znęcających się nad wyłapanymi nieustraszonymi bohaterami podziemia zabijało swój własny strach?
Autor : Urban
Pozdrawiam
JD