drf
20.03.08, 22:10
ARTHUR C. CLARKE
POWRÓT RAMY
PRZEŁOŻYŁ TOMASZ LEM 1. POWRÓT RAMY
Excalibur, olbrzymi generator sygnałów radarowych napędzany energią
nuklearną, nie działał już prawie pół wieku. Po przejściu Ramy przez Układ
Słoneczny naprędce zaprojektowano go i zbudowano w ciągu kilku miesięcy. W
2132 roku generator był gotów; jego zadanie miało polegać na wykrywaniu
statków kosmicznych obcych cywilizacji. Statek wielkości Ramy miał być
widoczny z odległości równej przeciętnej odległości między gwiazdami, czyli
na kilka lat przedtem, zanim mógłby mieć jakikolwiek wpływ na sprawy ziemskie.
Decyzję o budowie Excalibura podjęto jeszcze przed przejściem Ramy przez
peryhelium. Gdy pierwsi goście z kosmosu okrążyli Słońce i z powrotem podążali
ku gwiazdom, armie naukowców analizowały dane z jedynej ziemskiej wyprawy,
podczas której doszło do kontaktu z obcą cywilizacją.
Zgromadzone informacje pozwalały na hipotezę, że Rama był obdarzonym
inteligencją robotem. Nie interesował się ani Układem Słonecznym, ani jego
mieszkańcami.
Oficjalny raport pozostawiał wiele nie rozwiązanych zagadek, jednak eksperci
byli zgodni, że przynajmniej udało się im zrozumieć jedną z podstawowych
zasad inżynierii w cywilizacji Ramów. Większość systemów i podsystemów Ramy,
do których dotarli ziemscy badacze, była powielona trzykrotnie; Obcy wszystko
robili “trójkami". Dlatego też było wysoce prawdopodobne, że w ślad za
pierwszym statkiem podążą dwa następne.
Ale w okolicach Słońca nie pojawiły się żadne statki z międzygwiezdnych
przestrzeni. Lata mijały, ludzie na Ziemi zajmowali się własnymi sprawami.
Zainteresowanie budowniczymi Ramy zaczęło opadać i wizyta Obcych powoli
przeszła do historii.
Rama w dalszym ciągu wzbudzał zainteresowanie naukowców, ale przeciętni
ludzie przestali o nim myśleć. W czterdziestych latach XXII wieku świat
pogrążony był w głębokim kryzysie ekonomicznym i brakowało funduszy na
utrzymanie programu Excalibura. Kilka naukowych odkryć nie mogło uzasadnić
ogromnych kosztów jego eksploatacji i po kilku latach generator został wyłączony.
Ponowne uruchomienie Excalibura czterdzieści pięć lat później trwało
trzydzieści trzy miesiące i było uzasadniane względami naukowymi.
Gdy generator ponownie utrwalał obrazy odległych planet i gwiazd, prawie nikt
na Ziemi nie spodziewał się wizyty drugiego statku kosmicznego.
Inżynier sprawujący kontrolę nad Excaliburem nie zaalarmował swoich
przełożonych, gdy na monitorach pojawiła się dziwna plamka. Uznał ją za wynik
błędu w algorytmie przetwarzającym dane. Dopiero gdy obliczenia zostały
kilkakrotnie powtórzone, inżynier wezwał na pomoc naukowca. Ten po
przeanalizowaniu danych doszedł do wniosku, że tajemniczy obiekt jest kometą,
poruszającą się po wydłużonej elipsie. Dopiero w dwa miesiące później jakiś
student obliczył, że obiekt ma około czterdziestu kilometrów długości i
całkowicie gładką powierzchnię.
W roku 2197 świat wiedział już, że ciałem zbliżającym się do Układu
Słonecznego jest drugi statek kosmiczny Obcych. Międzynarodowa Agencja
Kosmiczna (ISA) gromadziła środki, aby zorganizować wyprawę. Jej celem miało
być przecięcie trajektorii statku Obcych wewnątrz orbity Wenus, w 2200 roku.
Ludzkość znów patrzyła w gwiazdy, a głębokie filozoficzne pytania postawione
podczas wizyty pierwszego statku Ramów ponownie stały się aktualne. Statek
zbliżał się ku Ziemi i setki skierowanych w jego stronę urządzeń dostarczały
coraz więcej informacji; wiedziano już, że - przynajmniej z zewnątrz - był
taki sam jak jego poprzednik. Rama wrócił i znów dane było ludzkości spotkać
się z Przeznaczeniem.
2. TEST I TRENING
Dziwny metaliczny twór wspinał się po skale w stronę nawisu. Wyglądał jak
chudy pancernik; wężowe ciało pokrywała łuska, otaczająca i zakrywająca
zwarte elektroniczne układy pośrodku jego trzech członów. Helikopter wisiał
mniej więcej dwa metry od ściany. Z przodu wynurzyło się długie, giętkie,
zakończone szczypcami ramię, które o włos rozminęło się z dziwnym stworzeniem.
- Cholera - mruknął Janos Tabori - to prawie niemożliwe, jeżeli helikopter
tak się kołysze. Nawet w idealnych warunkach trudno odwalać precyzyjną robotę
z całkowicie wyciągniętym ramieniem. - Spojrzał na pilota. - Dlaczego ta
fantastyczna maszyna nie potrafi zawisnąć nieruchomo?
- Zbliż helikopter do ściany - rozkazał doktor David Brown.
Hitu Yamanaka zerknął na Browna i wprowadził polecenie do komputera. Ekran
rozbłysnął na czerwono: MANEWR NIEMOŻLIWY DO WYKONANIA. ZBYT MAŁY PRZEŚWIT.
Yamanaka milczał. Helikopter wisiał w tym samym miejscu.
- Pomiędzy śmigłem a ścianą jest pół metra, może siedemdziesiąt pięć
centymetrów - głośno myślał Brown. - W ciągu dwóch, trzech minut biot będzie
bezpieczny za nawisem. Przejdziemy na ręczne sterowanie i złapiemy go. Tym
razem bez błędu, Tabori.
Hiro Yamanaka niepewnie spojrzał za siebie na łysiejącego naukowca w
okularach. Wprowadził polecenie i przekręcił dużą czarną dźwignię w prawo. Na
ekranie pojawił się napis: STEROWANIE RĘCZNE, BRAK AUTOMATYCZNEJ OCHRONY.
Yamanaka chwycił za ster i zbliżył helikopter do ściany.
Inżynier Tabori był gotów. Włożył dłonie w specjalne rękawice i kilkakrotnie
je otworzył. Szczypce powtórzyły jego ruchy. Ramię wygięło się do przodu i bez
kłopotu uchwyciło mechaniczne stworzenie. Dzięki sprzężeniom zwrotnym w
rękawicach Tabori poczuł, że trzyma biota.
- Mam go! - wykrzyknął uradowany i powoli zaczął cofać ramię.
Nagły podmuch wiatru pchnął helikopter w lewo uderzając mechanicznym ramieniem
w ścianę. Tabori poczuł, że jego uchwyt słabnie.
- Wyrównaj! - krzyknął. Trzech członków załogi usłyszało chrzęst uderzającego
o ścianę śmigła.
Japończyk natychmiast włączył automatycznego pilota. W ułamku sekundy rozległ
się alarm i ekran rozbłysnął na czerwono: USZKODZENIE TRWAŁE. WYSOKIE
PRAWDOPODOBIEŃSTWO KATASTROFY KATAPULTOWAĆ ZAŁOGĘ. Yamanaka nie zwlekał. Już
po chwili wyleciał z kabiny i opadał na spadochronie. Tabori i Brown poszli
jego śladem. Węgier wyjął ręce z rękawic, a mechaniczne ramię puściło Biota,
który spadł z wysokości kilkuset metrów i roztrzaskał się na tysiące kawałków.
Pozbawiony pilota helikopter znajdował się coraz niżej. Pomimo algorytmu,
który miał zapewnić bezpieczne lądowanie. leciał zygzakami. Śmigło zostało
poważnie uszkodzone. Twardo usiadł na ziemi i przechylił się na bok. Z windy
w pobliżu helikoptera wysiadł mężczyzna w mundurze, z dystynkcjami
świadczącymi o wysokim stopniu. Zjechał na dół z centrum dowodzenia. Był
wściekły. Szybkim krokiem ruszył do czekającego rovera. Za nim szła blondynka
w uniformie ISA, obwieszona kamerami filmowymi. Mężczyzną w mundurze był
generał Walerij Borzow, dowódca operacji Newton.
- Nikomu nic się nie stało? - spytał - kierowcę rovera, inżyniera Richarda
Wakefielda.
- Podczas katapultowania z helikoptera Janos uderzył się w ramię. Nicole
właśnie rozmawiała z nim przez radio, nic sobie nie złamał. Ma tylko sporo
siniaków.
Generał Borzow usiadł na przednim siedzeniu rovera, obok Wakefielda.
Blondynka, dziennikarka Francesca Sabatini, wyłączyła kamerę i chciała usiąść
z tyłu. Borzow gniewnie machnął ręką w jej stronę, żeby sobie poszła.
- Niech pani zobaczy co z Taborim i des Jardins - powiedział wskazując na
równinę. - Wilson też powinien tam być. Borzow i Wakefield ruszyli roverem w
przeciwnym kierunku. Przejechawszy czterysta metrów zatrzymali się przy
Brownie, pięćdziesięcioletnim mężczyźnie w nowiutkim kombinezonie. Brown
zwijał spadochron. Generał Borzow wysiadł z rovera i ruszył w jego kierunku.
- Wszystko w porządku, doktorze Brown? - spytał niecierpliwie.
Brown w milczeniu skinął głową.
- W takim razie - ciągnął Borzow lodowatym tonem może mógłby mi pan
powiedzieć, co pan właściwie sobie wyobrażał, wydając rozkaz Yamanace, żeby
przeszedł na ręczne sterowanie? Myślę, że dobrze by było, gdybyśmy o tym
porozmawiali ter