Dodaj do ulubionych

Pamięci Sir Arthur'a Charles'a Clarke'a

20.03.08, 22:10
ARTHUR C. CLARKE




POWRÓT RAMY




PRZEŁOŻYŁ TOMASZ LEM 1. POWRÓT RAMY


Excalibur, olbrzymi generator sygnałów radarowych napędza­ny energią
nuklearną, nie działał już prawie pół wieku. Po przejś­ciu Ramy przez Układ
Słoneczny naprędce zaprojektowano go i zbudowano w ciągu kilku miesięcy. W
2132 roku generator był gotów; jego zadanie miało polegać na wykrywaniu
statków ko­smicznych obcych cywilizacji. Statek wielkości Ramy miał być
widoczny z odległości równej przeciętnej odległości między gwia­zdami, czyli
na kilka lat przedtem, zanim mógłby mieć jakikol­wiek wpływ na sprawy ziemskie.
Decyzję o budowie Excalibura podjęto jeszcze przed przejściem Ramy przez
peryhelium. Gdy pierwsi goście z kosmosu okrążyli Słońce i z powrotem podążali
ku gwiazdom, armie naukowców analizowały dane z jedynej ziemskiej wyprawy,
podczas której doszło do kontaktu z obcą cywilizacją.
Zgromadzone informacje pozwalały na hipotezę, że Rama był obdarzonym
inteligencją robotem. Nie interesował się ani Ukła­dem Słonecznym, ani jego
mieszkańcami.
Oficjalny raport pozostawiał wiele nie rozwiązanych zagadek, jednak eksperci
byli zgodni, że przynajmniej udało się im zro­zumieć jedną z podstawowych
zasad inżynierii w cywilizacji Ramów. Większość systemów i podsystemów Ramy,
do których dotarli ziemscy badacze, była powielona trzykrotnie; Obcy wszy­stko
robili “trójkami". Dlatego też było wysoce prawdopodob­ne, że w ślad za
pierwszym statkiem podążą dwa następne.
Ale w okolicach Słońca nie pojawiły się żadne statki z mię­dzygwiezdnych
przestrzeni. Lata mijały, ludzie na Ziemi zajmo­wali się własnymi sprawami.
Zainteresowanie budowniczymi Ramy zaczęło opadać i wizyta Obcych powoli
przeszła do histo­rii.
Rama w dalszym ciągu wzbudzał zainteresowanie naukow­ców, ale przeciętni
ludzie przestali o nim myśleć. W czterdzie­stych latach XXII wieku świat
pogrążony był w głębokim kry­zysie ekonomicznym i brakowało funduszy na
utrzymanie pro­gramu Excalibura. Kilka naukowych odkryć nie mogło uzasa­dnić
ogromnych kosztów jego eksploatacji i po kilku latach ge­nerator został wyłączony.
Ponowne uruchomienie Excalibura czterdzieści pięć lat póź­niej trwało
trzydzieści trzy miesiące i było uzasadniane wzglę­dami naukowymi.
Gdy generator ponownie utrwalał obrazy odległych planet i gwiazd, prawie nikt
na Ziemi nie spodziewał się wizyty drugie­go statku kosmicznego.
Inżynier sprawujący kontrolę nad Excaliburem nie zaalarmo­wał swoich
przełożonych, gdy na monitorach pojawiła się dziw­na plamka. Uznał ją za wynik
błędu w algorytmie przetwarzają­cym dane. Dopiero gdy obliczenia zostały
kilkakrotnie powtórzo­ne, inżynier wezwał na pomoc naukowca. Ten po
przeanalizo­waniu danych doszedł do wniosku, że tajemniczy obiekt jest kometą,
poruszającą się po wydłużonej elipsie. Dopiero w dwa miesiące później jakiś
student obliczył, że obiekt ma około czter­dziestu kilometrów długości i
całkowicie gładką powierzchnię.
W roku 2197 świat wiedział już, że ciałem zbliżającym się do Układu
Słonecznego jest drugi statek kosmiczny Obcych. Mię­dzynarodowa Agencja
Kosmiczna (ISA) gromadziła środki, aby zorganizować wyprawę. Jej celem miało
być przecięcie trajek­torii statku Obcych wewnątrz orbity Wenus, w 2200 roku.
Ludzkość znów patrzyła w gwiazdy, a głębokie filozoficzne pytania postawione
podczas wizyty pierwszego statku Ramów ponownie stały się aktualne. Statek
zbliżał się ku Ziemi i setki skierowanych w jego stronę urządzeń dostarczały
coraz więcej informacji; wiedziano już, że - przynajmniej z zewnątrz - był
taki sam jak jego poprzednik. Rama wrócił i znów dane było ludzkości spotkać
się z Przeznaczeniem.
2. TEST I TRENING


Dziwny metaliczny twór wspinał się po skale w stronę nawi­su. Wyglądał jak
chudy pancernik; wężowe ciało pokrywała łu­ska, otaczająca i zakrywająca
zwarte elektroniczne układy po­środku jego trzech członów. Helikopter wisiał
mniej więcej dwa metry od ściany. Z przodu wynurzyło się długie, giętkie,
zakoń­czone szczypcami ramię, które o włos rozminęło się z dziwnym stworzeniem.
- Cholera - mruknął Janos Tabori - to prawie niemożli­we, jeżeli helikopter
tak się kołysze. Nawet w idealnych warun­kach trudno odwalać precyzyjną robotę
z całkowicie wyciągnię­tym ramieniem. - Spojrzał na pilota. - Dlaczego ta
fantastycz­na maszyna nie potrafi zawisnąć nieruchomo?
- Zbliż helikopter do ściany - rozkazał doktor David Brown.
Hitu Yamanaka zerknął na Browna i wprowadził polecenie do komputera. Ekran
rozbłysnął na czerwono: MANEWR NIEMO­ŻLIWY DO WYKONANIA. ZBYT MAŁY PRZEŚWIT.
Yama­naka milczał. Helikopter wisiał w tym samym miejscu.
- Pomiędzy śmigłem a ścianą jest pół metra, może siedem­dziesiąt pięć
centymetrów - głośno myślał Brown. - W ciągu dwóch, trzech minut biot będzie
bezpieczny za nawisem. Przejdziemy na ręczne sterowanie i złapiemy go. Tym
razem bez błędu, Tabori.
Hiro Yamanaka niepewnie spojrzał za siebie na łysiejącego naukowca w
okularach. Wprowadził polecenie i przekręcił dużą czarną dźwignię w prawo. Na
ekranie pojawił się napis: STERO­WANIE RĘCZNE, BRAK AUTOMATYCZNEJ OCHRONY.
Yamanaka chwycił za ster i zbliżył helikopter do ściany.
Inżynier Tabori był gotów. Włożył dłonie w specjalne ręka­wice i kilkakrotnie
je otworzył. Szczypce powtórzyły jego ruchy. Ramię wygięło się do przodu i bez
kłopotu uchwyciło mecha­niczne stworzenie. Dzięki sprzężeniom zwrotnym w
rękawicach Tabori poczuł, że trzyma biota.
- Mam go! - wykrzyknął uradowany i powoli zaczął co­fać ramię.
Nagły podmuch wiatru pchnął helikopter w lewo uderzając mechanicznym ramieniem
w ścianę. Tabori poczuł, że jego u­chwyt słabnie.
- Wyrównaj! - krzyknął. Trzech członków załogi usłysza­ło chrzęst uderzającego
o ścianę śmigła.
Japończyk natychmiast włączył automatycznego pilota. W ułamku sekundy rozległ
się alarm i ekran rozbłysnął na czerwono: USZKODZENIE TRWAŁE. WYSOKIE
PRAWDO­PODOBIEŃSTWO KATASTROFY KATAPULTOWAĆ ZAŁO­GĘ. Yamanaka nie zwlekał. Już
po chwili wyleciał z kabiny i opadał na spadochronie. Tabori i Brown poszli
jego śladem. Węgier wyjął ręce z rękawic, a mechaniczne ramię puściło Biota,
który spadł z wysokości kilkuset metrów i roztrzaskał się na tysiące kawał­ków.
Pozbawiony pilota helikopter znajdował się coraz niżej. Po­mimo algorytmu,
który miał zapewnić bezpieczne lądowanie. leciał zygzakami. Śmigło zostało
poważnie uszkodzone. Twar­do usiadł na ziemi i przechylił się na bok. Z windy
w pobliżu helikoptera wysiadł mężczyzna w mundurze, z dystynkcjami
świadczącymi o wysokim stopniu. Zjechał na dół z centrum do­wodzenia. Był
wściekły. Szybkim krokiem ruszył do czekające­go rovera. Za nim szła blondynka
w uniformie ISA, obwieszo­na kamerami filmowymi. Mężczyzną w mundurze był
generał Walerij Borzow, dowódca operacji Newton.
- Nikomu nic się nie stało? - spytał - kierowcę rovera, in­żyniera Richarda
Wakefielda.
- Podczas katapultowania z helikoptera Janos uderzył się w ramię. Nicole
właśnie rozmawiała z nim przez radio, nic so­bie nie złamał. Ma tylko sporo
siniaków.
Generał Borzow usiadł na przednim siedzeniu rovera, obok Wakefielda.
Blondynka, dziennikarka Francesca Sabatini, wyłą­czyła kamerę i chciała usiąść
z tyłu. Borzow gniewnie machnął ręką w jej stronę, żeby sobie poszła.
- Niech pani zobaczy co z Taborim i des Jardins - powie­dział wskazując na
równinę. - Wilson też powinien tam być. Borzow i Wakefield ruszyli roverem w
przeciwnym kierun­ku. Przejechawszy czterysta metrów zatrzymali się przy
Brow­nie, pięćdziesięcioletnim mężczyźnie w nowiutkim kombinezo­nie. Brown
zwijał spadochron. Generał Borzow wysiadł z rovera i ruszył w jego kierunku.
- Wszystko w porządku, doktorze Brown? - spytał niecier­pliwie.
Brown w milczeniu skinął głową.
- W takim razie - ciągnął Borzow lodowatym tonem ­może mógłby mi pan
powiedzieć, co pan właściwie sobie wyo­brażał, wydając rozkaz Yamanace, żeby
przeszedł na ręczne ste­rowanie? Myślę, że dobrze by było, gdybyśmy o tym
porozma­wiali ter
Obserwuj wątek
    • drf ................................. Kosmiczna Odyseia 20.03.08, 22:33
      ARTHUR C. CLARKE



      SPOTKANIE
      Z
      RAMĄ


      1. Straż kosmiczna


      Wcześniej czy później to musiało się stać. 30 czerwca 1908 roku zagłada ominęła Moskwę tylko o trzy godziny i cztery tysiące kilometrów - odchylenie znikome według kryteriów wszechświata. I znów dnia 12 lutego 1947 roku inne miasto rosyjskie było jeszcze bliższe katastrofy, gdy spadł drugi meteoryt dwudziestego wieku w odległości niecałych czterystu kilometrów od Władywostoku, przy czym tej detonacji nie dałoby się porównać z wybuchem świeżo wynalezionej bomby atomowej.
      W tamtych czasach człowiek nic nie potrafił zrobić, żeby uchronić się przed takimi przypadkowymi pociskami za­błąkanymi w bombardowaniu kosmicznym, które niegdyś poznaczyło lejami powierzchnię Księżyca. Meteoryty w roku 1908 i 1947 spadły na bezludzia; ale w następnym wieku nie było na Ziemi już ani jednego rejonu, mogącego służyć artylerii kosmicznej jako cel do nieszkodliwych ćwiczeń. Ludzkość rozprzestrzeniła się od bieguna do bieguna. To­też nieuniknienie...
      O godzinie 9.46 średniego czasu zachodnioeuropejskiego rano w dniu 11 września, pod koniec wyjątkowo pięknego lata roku 2077, większość mieszkańców Europy zobaczyła oślepiającą kulę ognia, która ukazała się na niebie od wschodu. W ciągu paru sekund jaśniejsza niż Słońce sunęła po niebie - zrazu cicho - pozostawiając za sobą roz­wirowany słup dymu i pyłu.
      Gdzieś nad Austrią zaczęła się rozpadać. Od grzmotów tych detonacji ponad milion osób ogłuchło całkowicie. To byli ci szczęśliwcy.
      Tysiąc ton kamienia i metalu, sunąc z szybkością pięć­dziesięciu kilometrów na sekundę, gruchnęło na równiny północnych Włoch i w jednej płomiennej chwili praca stuleci obróciła się wniwecz. Padwa i Werona zostały zmiecione z powierzchni Ziemi, resztki chwały Wenecji zginęły w morzu, gdy wody Adriatyku z hukiem zalały ląd po tym uderzeniu z kosmosu.
      Śmierć poniosło sześćset tysięcy ludzi, ogólne szkody oceniono na sumę ponad tryliona dolarów. Ale na polu sztuki. historii i nauki cała ludzkość - po wieki wieków ­poniosła straty nieobliczalne i niepowetowane, jak gdyby w ciągu jednego poranka stoczono i przegrano jakąś wiel­ką wojnę, i mało kto mógł czerpać przyjemność z faktu, że jeszcze przez długie miesiące, podczas gdy pył zagłady powoli opadał, cały świat oglądał świty i zachody słońca najwspanialsze od czasów wybuchu Krakatau.
      Po pierwszym wstrząsie ludzkość - jak nigdy dotąd, w żadnym stuleciu - zjednoczyła się, zdeterminowana. Zdawała sobie sprawę, że taka katastrofa może nie po­
      wtórzyć się przez tysiąc lat, ale też może powtórzyć się już jutro. A następnym razem pociągnie to skutki jeszcze straszliwsze.
      Dobrze: nie będzie następnego razu.
      Sto lat przedtem świat, znacznie uboższy, dysponujący mniejszymi zasobami, marnował swoje bogactwa, usiłując niszczyć broń, wypuszczoną samobójczo przez ludzkość przeciwko ludzkości. Tych wysiłków nigdy nie uwieńczył sukces, ale nabyte wówczas doświadczenie nie poszło w niepamięć. Teraz można było je wykorzystać w szlachet­niejszym celu i wobec nieskończenie większej widowni. Żaden meteoryt dostatecznie duży, żeby spowodować nie­szczęście, nie miał przedrzeć się przez zaporę obronną Ziemi.
      Tak powstał projekt Straży Kosmicznej. Pięćdziesiąt lat później, w okolicznościach, jakich żaden z projektantów nie mógł przewidzieć, uzasadnił swoje istnienie.
      2. Intruz


      W roku 2130, dzięki urządzeniom radarowym zainstalo­wanym na Marsie, wykrywano nowe asteroidy mniej wię­cej po dwanaście dziennie. Komputery Straży Kosmicznej automatycznie obliczały ich orbity i w swoich przepastnych pamięciach magazynowały informacje, tak żeby co kilka miesięcy każdy zainteresowany astronom mógł mieć wgląd w nagromadzone dane. Dane te były już imponujące.
      Przez sto dwadzieścia parę lat, od czasu gdy akurat pierwszego dnia dziewiętnastego wieku odkryto Ceres, naj­większy z tych maleńkich światów, wykrywano pierwszy tysiąc asteroid. Setki ich znajdowano i gubiono, i znaj­dowano znowu - takie roje, że pewien rozjątrzony astro­nom nazwał je “robactwem wszechświata". Bardzo by się przeraził, gdyby wiedział, że liczba asteroid, śledzonych teraz przez Straż Kosmiczną, wynosi pełne pół miliona.
      Tylko pięć olbrzymów - Ceres, Pallas, Junona, Eu­nomia i Westa - miało ponad dwieście kilometrów śre­dnicy; przeważnie asteroidy były po prostu monstrualnymi głazami o rozmiarach niedużego parku. Prawie wszystkie krążyły po orbitach poza Marsem; zaledwie kilka - te, które posunęły się w kierunku Słońca na tyle, by stanowić ewentualne niebezpieczeństwo dla Ziemi - interesowało Straż Kosmiczną. I ani jedna z całego tysiąca na prze­strzeni dalszej historii Układu Słonecznego nie miała zbli­żyć się do Ziemi na odległość mniejszą niż milion ki­lometrów.
      Obiekt figurujący z początku w katalogu jako 31/439 (co oznaczało rok łamany przez kolejny numer odkrycia) wy­patrzono, gdy jeszcze znajdował się poza orbitą Jowisza. Nie było nic niezwykłego w jego położeniu: wiele asteroid przesuwało się poza Saturna, zanim skręciło w stronę swego dalekiego słońca. A Thule II, mając najdalszy za­sięg, kręciła się tak blisko Urana, że równie dobrze mogła­by być zabłąkanym księżycem tej planety.
      Ale pierwszy kontakt radarowy na taką odległość był bez precedensu; najwidoczniej 31/439 musiała mieć nie­zwykłe rozmiary. Z siły echa komputery wydedukowały, że jej średnica mierzy co najmniej czterdzieści kilometrów. Takiego olbrzyma wykryto po raz pierwszy od stu lat. To, że przeoczano go tak długo, wydawało się wprost niewiary­godne.
      Obliczono orbitę i rozwiązano tę zagadkę, po czym wyłoniła się zagadka jeszcze większa. 31/439 nie sunęła normalnym szlakiem asteroid po elipsie, odtwarzanej z do­kładnością mechanizmu zegarowego co kilka lat. Ten sa­motny wędrowiec wśród gwiazd składał w Układzie Słone­cznym swoją wizytę pierwszą i ostatnią; sunął tak szybko, że pole grawitacyjne Słońca nigdy nie mogłoby go za­trzymać. Pędził w głąb Układu Słonecznego poprzez orbity Jowisza, Marsa, Ziemi, Wenus i Merkurego, przy każdym z nich zwiększając prędkość, aż miał zatoczyć krąg wokół Słońca i skierować się znowu w nieznane.


      W tej właśnie chwili komputery zaczęły błyskami na­dawać swój sygnał: “Hej, wy tam! Mamy coś ciekawego!" i dlatego 31/439 zainteresowała istoty ludzkie. W Kwaterze Głównej Straży Kosmicznej zrobił się hałas i temu mię­dzygwiezdnemu włóczędze raz dwa nadano godność, okre­ślając go nazwą, a nie, jak dotąd, tylko numerem. Dawno już astronomowie wykorzystali wszystkie nazwy z mito­logii greckiej i rzymskiej; teraz czerpali z panteonu hin­duskiego. Tak więc asteroida numer 31/439 została na­zwana Ramą.
      Przez kilka dni wszystkie środki przekazu wywołały doniesieniami o tym gościu wielką sensację, ale sprawę bardzo utrudniała znikomość danych. Wiedziano tylko, że Rama porusza się po niezwykłej orbicie, oraz z grubsza znano jej rozmiary. I to były tylko domysły, wysnute na podstawie echa radarowego. Rama oglądana przez tele­skop nadal wydawała się słabą gwiazdką piętnastej wielko­ści - znacznie za małą, żeby ukazywać się jako wyraźny krążek. Ale zmierzając w kierunku serca Układu Słonecz­nego, miała nabierać mocy, coraz większa i jaśniejsza z miesiąca na miesiąc, zanim zniknie na zawsze. Orbitujące obserwatoria miały przekazywać bardziej dokładne infor­macje o jej kształcie i rozmiarach. Czasu było mnóstwo i w ciągu następnych kilku lat mogło się zdarzyć, że jakiś statek kosmiczny na zwykłej swojej trasie będzie przelaty­wał dość blisko Ramy, żeby zrobić dobre fotografie. Bez­pośrednie zbliżenie wydawało się nieprawdopodobne: zbyt dużo kosztowałoby paliwo, potrzebne na zrównanie się z obiektem przecinającym orbity planet z prędkością po­nad stu tysięcy kilometrów na godzinę.
      Świat wkrótce zapomniał o Ramie, ale astronomowie nie zapomnieli. Z biegiem miesięcy ich podniecenie wzrastało; nowa asteroida stawała się coraz większą zagadką.
      Przede wszystkim zastanawiano się nad jasnością Ramy. Zmian natężenia światła nie było.
      Światło wszystkich bez wyjątku znanych aster
      • zupagrzybowa The Road to Extinction..... 20.03.08, 23:10
        2001: A Space Odissey

        Arthur C. Clarke





        Foreword



        Behind every man now alive stand thirty ghosts, for that is the ratio by
        which the dead outnumber the living. Since the dawn of time, roughly a hundred
        billion human beings have walked the planet Earth.

        Now this is an interesting number, for by a curious coincidence there are
        approximately a hundred billion stars in our local universe, the Milky Way. So
        for every man who has ever lived, in this Universe there shines a star.

        But every one of those stars is a sun, often far more brilliant and glorious
        than the small, nearby star we call the Sun. And many - perhaps most - of those
        alien suns have planets circling them. So almost certainly there is enough land
        in the sky to give every member of the human species, back to the first ape-man,
        his own private, world-sized heaven - or hell.

        How many of those potential heavens and hells are now inhabited, and by what
        manner of creatures, we have no way of guessing; the very nearest is a million
        times farther away than Mars or Venus, those still remote goals of the next
        generation. But the barriers of distance are crumbling; one day we shall meet
        our equals, or our masters, among the stars.

        Men have been slow to face this prospect; some still hope that it may never
        become reality. Increasing numbers, however, are asking: "Why have such meetings
        not occurred already, since we ourselves are about to venture into space?"

        Why not, indeed? Here is one possible answer to that very reasonable
        question. But please remembert thi sis only a work of fiction.

        The truth, as always, will be far stranger.



        To Stanley





        I - PRIMEVAL NIGHT



        1 - The Road to Extinction



        The drought had lasted now for ten million years, and the reign of the
        terrible lizards had long since ended. Here on the Equator, in the continent
        which would one day be known as Africa, the battle for existence had reached a
        new climax of ferocity, and the victor was not yet in sight. In this barren and
        desiccated land, only the small or the swift or the fierce could flourish, or
        even hope to survive.

        The man-apes of the veldt were none of these things, and they were not
        flourishing. Indeed, they were already far down the road to racial extinction.
        About fifty of them occupied a group of caves overlooking a small, parched
        valley, which was divided by a sluggish stream fed from snows in the mountains
        two hundred miles to the north. In bad times the stream vanished completely, and
        the tribe lived in the shadow of thirst.

        It was always hungry, and now it was starving. When the first faint glow of
        dawn crept into the cave, Moon-Watcher saw that his father had died in the
        night. He did not know that the Old One was his father, for such a relationship
        was utterly beyond his understanding, but as he looked at the emaciated body he
        felt dim disquiet that was the ancestor of sadness.

        The two babies were already whimpering for food, but became silent when
        Moon-Watcher snarled at them. One of the mothers, defending the infant she could
        not properly feed, gave him an angry growl in return; he lacked the energy even
        to cuff her for her presumption.

        Now it was light enough to leave. Moon-Watcher picked up the shriveled
        corpse and dragged it after him as he bent under the low overhang of the cave.
        Once outside, he threw the body over his shoulder and stood upright - the only
        animal in all this world able to do so.

        Among his kind, Moon-Watcher was almost a giant. He was nearly five feet
        high, and though badly undernourished weighed over a hundred pounds. His hairy,
        muscular body was halfway between ape and man, but his head was already much
        nearer to man than ape. The forehead was low, and there were ridges over the eye
        sockets, yet he unmistakably held in his genes the promise of humanity. As he
        looked out upon the hostile world of the Pleistocene, there was already
        something in his gaze beyond the capacity of any ape. In those dark, deep-set
        eyes was a dawning awareness - the first intimations of an intelligence that
        could not possibly fulfill itself for ages yet, and might soon be extinguished
        forever.

        There was no sign of danger, so Moon-Watcher began to scramble down the
        almost vertical slope outside the cave, only slightly hindered by his burden. As
        if they had been waiting for his signal, the rest of the tribe emerged from
        their own homes farther down the rock face, and began to hasten toward the muddy
        waters of the stream for their morning drink.

        Moon-Watcher looked across the valley to see if the Others were in sight,
        but there was no trace of them. Perhaps they had not yet left their caves, or
        were already foraging farther along the hillside. Since they were nowhere to be
        seen, Moon-Watcher forgot them; he was incapable of worrying about more than one
        thing at a time.

        First he must get rid of the Old One, but this was a problem that demanded
        little thought. There had been many deaths this season, one of them in his own
        cave; he had only to put the corpse where he had left the new baby at the last
        quarter of the moon, and the hyenas would do the rest.

        They were already waiting, where the little valley fanned out into the
        savanna, almost as if they had known that he was coming. Moon-Watcher left the
        body under a small bush - all the earlier bones were already gone - and hurried
        back to rejoin the tribe. He never thought of his father again.

        His two mates, the adults from the other caves, and most of the youngsters
        were foraging among the drought-stunted trees farther up the valley, looking for
        berries, succulent roots and leaves, and occasional windfalls like small lizards
        or rodents. Only the babies and the feeblest of the old folk were left in the
        caves; if there was any surplus food at the end of the day's searching, they
        might be fed. If not, the hyenas would soon be in luck once more.

        But this day was a good one - though as Moon-Watcher had no real remembrance
        of the past, he could not compare one time with another. He had found a hive of
        bees in the stump of a dead tree, and so had enjoyed the finest delicacy that
        his people could ever know; he still licked his fingers from time to time as he
        led the group homeward in the late afternoon. Of course, he had also collected a
        fair number of stings, but he had scarcely noticed them. He was now as near to
        contentment as he was ever likely to be; for though he was still hungry, he was
        not actually weak with hunger. That was the most to which any man-ape could ever
        aspire.

        His contentment vanished when he reached the stream. The Others were there.
        They were there every day, but that did not make it any the less annoying.

        There were about thirty of them, and they could not have been distinguished
        from the members of MoonWatcher's own tribe. As they saw him coming they begun
        to dance, shake their arms, and shriek on their side of the stream, and his own
        people replied in kind.

        And that was all that happened. Though the man-apes often fought and
        wrestled one another, their disputes very seldom resulted in serious injuries.
        Having no claws or fighting canine teeth, and being well protected by hair, they
        could not inflict much harm on one another. In any event, they had little
        surplus energy for such unproductive behavior; snarling and threatening was a
        much more efficient way of asserting their points of view.

        The confrontation lasted about five minutes; then the display died out as
        quickly as it had begun, and everyone drank his fill of the muddy water. Honor
        had been satisfied; each group had staked its claim to its own territory. This
        important business having been settled, the tribe moved off along its side of
        the river. The nearest worthwhile grazing was now more than a mile
      • terran Koniec dzieciństwa.... 20.03.08, 23:28
        EARTH AND THE OVERLORDS

        THE volcano that had reared Taratua up from the Pacific depths had been sleeping
        now for half a million years. Yet in a little while, thought Reinhold, the
        island would be bathed with fires fiercer than any that had attended its birth.
        He glanced towards the launching site, and his gaze dimbed the pyramid of
        scaffolding that still surrounded the Columbus. Two hundred feet above the
        ground, the ship's prow was catching the last rays of the descending sun. This
        was one of the last nights it would ever know: soon it would be floating in the
        eternal sunahine of space.
        It was quiet here beneath the palms, high up on the rocky spine of the island.
        The only sound from the Project was the occasional yammering of an air
        compressor or the faint shout of a workman. Reinhold had grown fond of these
        clustered palms; almost every evening he had come here to survey his little
        empire. It saddened him to think that they would be blasted to atoms when the
        Columbus rose in flame and fury to the stars.
        A mile beyond the reef, the James Forrestal had switched on her searchlights and
        was sweeping the dark waters. The sun had now vanished completely, and the swift
        tropical night was racing In from the east. Reinhold wondered, a little
        sardonically, if the carrier expected to find Russian submarines so close to shore.
        The thought of Russia turned his mind, as it always did, to Konrad, and that
        morning in the cataclysmic spring of 1945. More than thirty years had passed,
        but the memory of those last days when the Reich was crumbling beneath the waves
        from the East and from the West had never faded. He could still see Konrad's
        tired blue eyes, and the golden stubble on his chin, as they shook hands and
        parted in that ruined Prussian village, while the refugees streamed endlessly
        past. It was
        5
        a parting that symbolized everything that had since happened to the world-the
        cleavage between East and West. For Konrad chose the road to Moscow. Reinhold
        had thought him a fool, but now he was not so sure.
        For thirty years he had assumed that Konrad was dead. It was only a week ago
        that Colonel Sandmeyer, of Technical Intelligence, had given him the news. He
        didn't like Sand-meyer, and he was sure the feeling was mutual. But neither let
        that interfere with business.
        "Mr. Hoffmann," the Colonel had begun, in his best official manner, "I've just
        had some alarming information from Washington. It's top secret, of course, but
        we've decided to break it to the engineering staff so that they'll realize the
        necessity fbr speed." He paused for effect, but the gesture was wasted on
        Reinhold. Somehow, he already knew what was coming.
        "The Russians are nearly level with us. They've got some kind of atomic drive-it
        may even be more efficient than ours, and they're building a ship on the shores
        of Lake Baikal. We don't know how far they've got, but Intelligence believe it
        may be launched this year. You know what that means."
        Yes, thought Reinhold, I know. The race is on-and we may not win it.
        "Do you know who's running their team?" he had asked, not really expecting an
        answer. To his surprise, Colonel Sand-meyer had pushed across a typewritten
        sheet-and there at its head was the name: Konrad Schneider.
        "You knew a lot of these men at PeenemOnde, didn't you?" said the Colonel. "That
        may give us some insight into their methods. I'd like you to let me have notes
        on as many of them as you can-their specialities, the bright ideas they had, and
        so on. I know it's asking a lot after all this time-but see what you can do."
        "Konrad Schneider is the only one who matters," Reinhold had answered. "He was
        brilliant-the others are just competent engineers. Heaven only knows what he's
        done in thirty years. Remember-he's probably seen all our results and we haven't
        any of his. That gives him a decided advantage."
        He hadn't meant this as a criticism of Intelligence, but for a moment is seemed
        as if Sandmeyer was going to be offended. Then the Colonel shrugged his shoulders.
        "It works both ways-you've told me that yourself. Our free exchange of
        information means swifter progress, even if
        6
        we do give away a few secrets. The Russian research departments probably don't
        know what their own people are doing half the time. We'll show them that
        Democracy can get to the moon first."
        Democracy-Nuts! thought Reinhold, but knew better than to say it. One Konrad
        Schneider was worth a million names on an electoral roll. And what had Konrad
        done by this time, with all the resources of the U.S.S.R. behind him? Perhaps,
        even now, his ship was already outward bound from Earth....


        The sun which had deserted Taratua was still high above Lake Baikal when Konrad
        Schneider and the Assistant Commissar for Nuclear Science walked slowly back
        from the motor test rig. Their ears were still throbbing painfully, though the
        last thunderous echoes had died out across the lake ten minutes before.
        "Why the long face?" asked Grigorievitch suddenly. "You should be happy now. In
        another month we'll be on our way, and the Yankees will be choking themselves
        with rage."
        "You're an optimist, as usual," said Schneider. "Even though the motor works,
        it's not as easy as that. True, I can't see any serious obstacles now-but I'm
        worried about the reports from Taratua. I've told you how good Hoffmann is, and
        he's got billions of dollars behind him. Those photographs of his ship aren't
        very clear, but it looks as if it's not far from completion. And we know he
        tested his motor five weeks ago."
        "Don't worry," laughed Grigorievitch. "They're the ones who are going to have
        the big surprise. Remember-they don't know a thing about us."
        Schneider wondered if that was true, but decided it was much safer to express no
        doubts. That might start Grigorievitch's mind exploring far too many tortuous
        channels, and if there had been a leak, he would find it hard enough to clear
        hiinself
        The guard saluted as he reentered the administration buildmg. There were nearly
        as many soldiers here, he thought grimly, as technicians. But that was how the
        Russians did things, and as long as they kept out of his way he had no
        complaints. On the whole-with exasperating exceptions-events bad turned out very
        much as he had hoped. Only the future could tell if he or Reinhold had made the
        better choice.
        7
        He was already at work on his final report when the sound of shouting voices
        disturbed hint. For a moment he sat motionless at his desk, wondering what
        conceivable event could have disturbed the rigid discipline of the camp. Then he
        walked to the window-and for the first time in his life he knew despair.


        The stars were all around him as Reinhold descended the little hill. Out at sea,
        the Forrestal was still sweeping the water with her fingers of light, while
        further along the beach the scaffolding round the Columbus had transformed
        itself into an illuminated Christmas tree. Only the projecting prow of the ship
        lay like a dark shadow across the stars.
        A radio was blaring dance-music from the living quarters, and unconsciously
        Reinhold's feet accelerated to the rhythm.
        He had almost reached the narrow road along the edge of the sands when some
        premonition, some half-glimpsed movement, made him stop. Puzzled, he glanced
        from land to sea and back again: it was some little time before he thought of
        looking at the sky.
        Then Reinhold Hoffmann knew, as did Konrad Schneider at this same moment, that
        he had lost his race. And he knew that he had lost it, not by the few weeks or
        months that he had feared, but by millennia. The huge and silent shadows driving
        across the stars, more miles above his head than he dared to guess, were as far
        beyond his little Columbus as it surpassed the log canoes of paleolithic man.
        For a moment that seemed to last forever, Reinhold watched, as all the world was
        watching, while the great ships descended in their overwhelming ma
    • drf 2001 20.03.08, 22:36
      Arthur C. Clarke
      &
      Gentry Lee



      Tajemnica Ramy

      (Przełożył: Tomasz Lem)


      SCAN-dal

      Prolog

      Samotna, żółta gwiazda, znajdująca się w jednym z ramion galaktyki zwanej Drogą Mleczną, krąży wokół jej środka, oddalonego o trzydzieści tysięcy lat świetlnych. Gwiazdą tą, która na zatoczenie okręgu po swej galaktycznej orbicie potrzebuje 225 milionów lat, jest Słońce. Gdy poprzednim razem znajdowało się w tym samym miejscu, na Ziemi, małej niebieskiej planecie, rozpoczął się okres dominacji olbrzymich gadów.
      Pośród planet otaczających Słońce tylko na Ziemi pojawiło się życie, tylko w tym świecie substancje chemiczne reagowały, tworząc związki bardziej złożone, i w końcu powstały obdarzone świadomością organizmy, które potem mogły się zastanawiać, czy podobny cud zdarzył się też gdzie indziej.
      Przecież, argumentowali Ziemianie, każda galaktyka ma sto miliardów gwiazd. Z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że co najmniej dwadzieścia procent z nich posiada układy planetarne; w przeszłości pewien odsetek planet posiadał atmosferę i warunki termiczne sprzyjające powstawaniu aminokwasów i innych związków organicznych niezbędnych do zapoczątkowania biologicznych przemian. Przynajmniej jeden raz aminokwasy “odkryły" proces replikacji i ewolucyjnego cudu, który w końcu doprowadził do powstania człowieka. Czy istnieją przesłanki pozwalające postawić hipotezę, że przydarzyło się to tylko raz w historii Ziemi? Cięższe atomy, z których jesteśmy zbudowani, powstały we wnętrzach gwiazd i podczas gwiezdnych kataklizmów, które zachodziły we wszechświecie przez miliardy lat. Możliwe, że jedynie tutaj, w tym jedynym miejscu, atomy te połączyły się w molekuły, z których powstały istoty rozumne, zdobię postawić pytanie: “czy jesteśmy sami?".
      Poszukiwania kosmicznych towarzyszy ludzie rozpoczęli od budowy teleskopów, za pomocą których mogli przyjrzeć się sąsiednim planetom. Później, gdy pozwalała już na to technologia, badano inne planety wysyłając w ich kierunku bezzałogowe sondy, by przekonać się, czy są na nich ślady życia. Okazało się, że na innych planetach Układu Słonecznego życie nigdy nie istniało. Ziemscy naukowcy doszli do wniosku, że - o ile w kosmosie w ogóle istnieją jakieś inne cywilizacje - należy ich szukać dalej, wykraczając poza bezkresną pustkę oddzielającą nasz układ planetarny od innych gwiazd.
      U schyłku dwudziestego wieku olbrzymie ziemskie anteny skierowane w niebo rozpoczęły poszukiwania sygnałów, które mogłyby pochodzić z głębi Icosmosu, od istot innego gatunku. Badania prowadzono przez ponad sto lat. Początkowy optymizm wyraźnie osłabł, kiedy czwarta z kolei metoda obserwacji kosmosu nie dała żadnych rezultatów.
      W 2130 roku, kiedy po raz pierwszy odkryto dziwny, cylindryczny przedmiot zmierzający w stronę Układu Słonecznego, ludzie byli już przekonani, że życie jest w kosmosie zjawiskiem niezmiernie rzadkim, o ile we wszechświecie w ogóle istnieją inne istoty obdarzone inteligencją. W przeciwnym wypadku - argumentowali naukowcy - jak należy rozumieć brak wyników nasłuchu, prowadzonego przez ponad sto lat?
      Dlatego też Ziemianie zostali wprawieni w zdumienie, gdy po dokładniejszych badaniach okazało się, że obiekt, który w 2130 roku znalazł się w Układzie Słonecznym, jest tworem sztucznym. Był to niepodważalny dowód na to, że w innej części wszechświata żyją (lub żyły w przeszłości) istoty rozumne. Rozpoczęto przygotowania do przecięcia trajektorii pojazdu Obcych, większego niż którakolwiek z ziemskich metropolii. Kosmonauci napotykali jedną zagadkę po drugiej i nie potrafili odpowiedzieć na podstawowe pytania związane z tajemniczym przybyszem; gość z gwiazd nie dostarczył żadnych wskazówek o swoim pochodzeniu i zamiarach.
      Pierwsza grupa naukowców nie tylko sporządziła katalog “cudów Ramy" (gigantycznemu cylindrowi nadano nazwę, zanim okazało się, że jest statkiem kosmicznym), ale sporządziła także dokładne mapy jego wnętrza. Gdy kosmonauci opuścili jego pokład, Rama skierował się niemal wprost na Słońce i nabrawszy prędkości odleciał do gwiazd. Naukowcy dokonali skrupulatnej analizy danych zebranych podczas spotkania z Ramą; powszechnie sądzono, że ludzie, którzy gościli w jego wnętrzu, nie zetknęli się z budowniczymi statku. Natomiast nieodparcie nasuwał się jeden wniosek: inżynierowie, którzy zbudowali statek, wyposażali każdy istotny system lub podsystem w dwa układy rezerwowe; Ramowie robili wszystko potrójnie. Naukowcy doszli więc do wniosku, że - po wizycie pierwszego - należy spodziewać się wizyty dwóch kolejnych statków.
      Pierwsze lata po wizycie Ramy I w 2130 roku były pełne nadziei. Naukowcy i politycy głosili, że w historii ludzkości rozpoczęła się nowa epoka. Międzynarodowa Agencja Kosmiczna (ISA) we współpracy z Radą Rządów (COG) stworzyła procedury postępowania w przypadku kolejnych “wizyt z kosmosu". W stronę niebios zwrócono wszystkie ziemskie teleskopy, pomiędzy obserwatoriami astronomicznymi dochodziło do rywalizacji, kto pierwszy wypatrzy następnego Ramę. Ale ekrany radarów były puste.
      Koniec lat trzydziestych dwudziestego pierwszego wieku przyniósł kres dynamicznego rozwoju gospodarczego, który częściowo spowodowany był pojawieniem się Ramy I. Świat pogrążył się w głębokim kryzysie ekonomicznym, nastał okres anarchii, który przeszedł do historii jako “Wielki Chaos". Zaprzestano niemal wszelkich badań naukowych, a po kilku dziesięcioleciach ubóstwa Ziemianie prawie całkowicie zapomnieli o tajemniczych gościach z gwiazd.
      W 2200 roku do Układu Słonecznego przybył kolejny statek Obcych. Ziemianie odkurzyli stare procedury, przygotowane na wypadek takich odwiedzin, i polecieli na spotkanie Ramy II. Wkrótce po tym, jak dwunastka wybrańców wkroczyła na jego pokład, ogłoszono, że statek jest taki sam jak jego poprzednik. Kosmonauci stanęli przed nowymi wyzwaniami; doszło co prawda do spotkania z jakimiś dziwnymi istotami, ale wciąż nie znaleziono odpowiedzi na pytanie, skąd Rama pochodzi i jakie są jego zamiary.
      Tajemnicza śmierć trzech członków załogi wywołała na Ziemi panikę, zwłaszcza że większość transmisji z Ramy przekazywały na żywo sieci telewizyjne. Gdy gigantyczny cylinder dokonał nieoczekiwanej zmiany kursu, tak że na jego drodze znalazła się Ziemia, ludzie wpadli w panikę. Prezydenci państw niechętnie przyznali, że - z powodu braku danych - należy założyć, iż Rama ma wobec Ziemian wrogie zamiary. Aby nie dopuścić do zderzenia statku z planetą oraz aby uniemożliwić użycie broni, która mogła znajdować się na jego pokładzie, zdecydowano, że Rama zostanie zniszczony.
      Załoga otrzymała rozkaz natychmiastowego powrotu na Ziemię. Jednak gdy statkowi udało się uniknąć anihilacji przez wysyłane z Ziemi rakiety z głowicami jądrowymi, na jego pokładzie wciąż znajdowało się troje członków załogi, dwóch mężczyzn i kobieta. Wyminąwszy pociski, Rama z ogromną szybkością opuścił Układ Słoneczny, zabierając ze sobą nie wyjaśnione zagadki i troje kosmonautów.
      Przez trzynaście lat Rama II leciał z podświetlną szybkością; jego celem okazała się olbrzymia, krążąca wokół Syriusza, stacja kosmiczna, zwana Punktem Węzłowym.
      Podczas wieloletniej podróży “kosmiczna rodzina" rozrosła się do pięciu osób. Badając swój nowy dom, ludzie poznali innych mieszkańców Ramy, ale jeszcze przed dotarciem do Punktu Węzłowego doszli do wniosku, że istoty te, podobnie jak oni sami, są jedynie pasażerami statku. Pobyt w Punkcie Węzłowym trwał ponad rok. W tym czasie Rama został przygotowany do trzeciej podróży do Układu Słonecznego. Od Orła, robota zbudowanego przez “inteligencję sprawującą kontrolę nad Punktem Węzłowym", ludzie dowiedzieli się, że zadaniem statków typu Rama jest gromadzenie informacji o tych istotach zamieszkujących galaktykę, które odbywają podróże kosmiczne. Orzeł powiadomił ich o budowie Ramy III, na którego pokładzie stworzono “ziemski moduł mieszkalny" zdolny pomieścić dwa tysiące ludzi.
      Film, który z Punktu Węzłowego drogą radiową nadano w kierunku Układu Słoneczn
    • zupagrzybowa Re: Pamięci Sir Arthur'a Charles'a Clarke'a 20.03.08, 22:58
      Arthur C. Clarke, Stephen Baxter



      Światło minionych dni

      (Przekład: Elżbieta Gepfert, Piotr W. Cholewa)


      SCAN-dal
      Bobowi Shaw



      Czy nie jest możliwe - często się zastanawiam - by zdarzenia, które tak intensywnie przeżywaliśmy, dysponowały egzystencją niezależną od naszych umysłów? A jeśli tak, czy nie będzie możliwe, z czasem, wynalezienie jakiegoś urządzenia, które potrafi do nich sięgnąć? Zamiast wspominać tutaj scenę, tam jakiś glos, wcisnę wtyczkę do ściany i będę słuchała przeszłości...
      Virginia Woolf (1882-1941)

      Prolog

      Bobby patrzył na Ziemię - piękną i spokojną w klatce srebrzystego światła.
      Pasma zieleni i błękitu przeciskały się na nowe pustynie Azji i Środkowego Zachodu Ameryki Północnej. Sztuczne rafy nad Morzem Karaibskim lśniły jasnym błękitem na tle ciemniejszego oceanu. Wielkie mgliste maszyny pracowały nad biegunami, by naprawić atmosferę. Powietrze było czyste jak szkło, gdyż ludzkość czerpała teraz energię z samego jądra Ziemi.
      I Bobby wiedział, że jeśli zechce, samym wysiłkiem woli potrafi spojrzeć w przeszłość.
      Mógł patrzeć, jak rozkwitają miasta na powierzchni cierpliwej planety, jak potem rozsypują się i znikają niczym rdzawa rosa. Mógł patrzeć, jak gatunki wymierają i deewoluują niczym liście zwijające się w pączki. Mógł obserwować powolny taniec kontynentów, gdy Ziemia zasysała w swe żelazne serce pierwotny żar. Teraźniejszość była lśniącym, rozszerzającym się pęcherzem życia i świadomości, z przeszłością zamkniętą wewnątrz, uchwyconą i nieruchomą jak owad w bursztynie.
      Na tej bogatej, rosnącej Ziemi zanurzona w swej wiedzy doskonała ludzkość przez długi czas żyła w pokoju: pokoju niewyobrażalnym, gdy on sam przychodził na świat.
      I wszystko to wzięło się z ambicji jednego człowieka - chciwego, zepsutego; człowieka, który nigdy nie rozumiał, dokąd doprowadzą jego marzenia.
      To zadziwiające, pomyślał.
      Bobby spojrzał w swoją przeszłość - i w swoje serce.

      Część pierwsza

      AKWARIUM

      Wiemy, jak okrutna jest często prawda, i zastanawiamy się,
      czy ułuda nie koi nas bardziej.

      Henri Poincaré (1854-1912)

      1. Maszyna Casimira

      Krótko przed wschodem słońca Witalij Keldysz wsiadł niezgrabnie do swego samochodu, uruchomił autoszofera i pozwolił, by wóz odjechał spod zaniedbanego hotelu.
      Ulice Leninska były puste, powierzchnia drogi popękana, wiele okien zabito deskami. Pamiętał to miejsce w szczycie rozwoju, gdzieś w latach siedemdziesiątych: gwarne miasto naukowców, z dziesiątkami tysięcy mieszkańców. Miało swoje szkoły, kina, basen, stadion sportowy, kawiarnie, restauracje, hotele, a nawet własną stacją telewizyjną.
      A jednak, gdy mijał główną bramę na północy miasta, wciąż tkwił tam stary niebieski znak z białą strzałką wskazującą: DO BAJKONURU, nadal głoszący tę dawną, mylącą nazwę. I wciąż tutaj, w sercu Azji, rosyjscy inżynierowie budowali statki kosmiczne i wystrzeliwali je w niebo.
      Chociaż, pomyślał ze smutkiem, pewnie już niedługo.
      Słońce wzeszło wreszcie i przyćmiło gwiazdy - wszystkie prócz jednej, jak się przekonał, najjaśniejszej ze wszystkich. Swobodnie, z nienaturalną prędkością poruszała się przez południowe niebo. Były to ruiny Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, nigdy nie ukończonej, porzuconej w 2010 roku po katastrofie wiekowego promu kosmicznego. Ale stacja wciąż dryfowała wokół Ziemi jak nieproszony gość na dawno zakończonym przyjęciu.
      Pejzaż za miastem był monotonny. Samochód minął stojącego cierpliwie przy drodze wielbłąda i pomarszczoną kobietę w łachmanach. Pomyślał, że taką scenę mógł pewnie zobaczyć w każdej chwili ostatniego tysiąca lat, jak gdyby nie liczyły się te wszystkie zmiany polityczne, techniczne i społeczne, które przemknęły nad tą krainą. Być może tak właśnie było.
      Lecz w coraz jaśniejszym wiosennym słońcu zieleniał step nakrapiany żółtymi kwiatami. Witalij odsunął okno i próbował wyczuć zapach łąk, który tak dobrze pamiętał. Jednak nos, zniszczony przez wiele lat palenia tytoniu, zawiódł go po raz kolejny. Witalij poczuł ukłucie smutku, jak zawsze o tej porze roku. Trawa i kwiaty wkrótce znikną: wiosna na stepach trwa tragicznie krótko, jak samo życie.
      Dotarł do celu.
      Był to łańcuch stalowych wież wycelowanych w niebo i gigantycznych, betonowych wzgórz. Kosmodrom - o wiele większy od jego zachodnich konkurentów - pokrywał tysiące kilometrów kwadratowych pustego terenu. Oczywiście większa jego część była obecnie porzucona, a ogromne wysięgniki rdzewiały powoli w suchym powietrzu lub zostały rozebrane na złom - za zgodą władz albo i bez niej.
      Lecz dziś rano przy jednej z platform panował spory ruch. Witalij widział techników w ochronnych kombinezonach i pomarańczowych hełmach, biegających wokół wielkiej wieży - niczym wierni u stóp potężnego boga.
      Z megafonów nad stepem popłynęły słowa: Gotowost’ diesjat’ minut. Dziesięć minut i odliczanie trwa.
      Spacer z samochodu na stanowisko obserwacyjne, choć krótki, bardzo go zmęczył. Witalij starał się ignorować bicie krnąbrnego serca, krople potu na szyi i czole, brak tchu, uczucie bólu nękające ramię i kark.
      Powitali go ci, którzy przybyli tu wcześniej. Byli to korpulentni, zadowoleni z siebie mężczyźni i kobiety, którzy w tej nowej Rosji poruszali się płynnie między prawem a mętnym światem podziemia. Byli też bardzo młodzi technicy o twarzach podobnych do szczurów, niczym symbole głodu dręczącego ten kraj od upadku Związku Radzieckiego.
      Przyjął powitanie, ale z zadowoleniem pogrążył się w odosobnieniu i anonimowości. Kobiety i mężczyźni w tych ciężkich czasach nie dbali ani o niego, ani o jego wspomnienia lepszej przeszłości.
      Nie obchodziło ich też szczególnie to, co miało nastąpić. Wszystkie rozmowy dotyczyły wydarzeń rozgrywających się daleko stąd: Hirama Pattersona i jego tuneli podprzestrzennych, jego obietnicy, że samą Ziemię uczyni przezroczystą jak szkło.
      Było jasne, że Witalij jest tu najstarszym z obecnych, być może ostatnim okazem z dawnych dni. Ta myśl dawała mu pewną gorzką satysfakcję.
      Dziś była niemal siedemdziesiąta rocznica wystrzelenia pierwszej Mołni - „błyskawicy” - w 1965 roku. Równie dobrze mogło to być siedemdziesiąt dni, tak wyraźnie wszystko pamiętał. Armia młodych naukowców, techników rakietowych, mechaników, robotników, kucharzy, cieśli i murarzy pojawiła się na tym pustym stepie i mieszkając w chatach i namiotach, na przemian marznąc i gotując się w upale, uzbrojona w niewiele więcej niż swoje oddanie sprawie i geniusz Koralowa, wybudowała i wystrzeliła pierwsze statki kosmiczne ludzkości.
      Projekt satelitów Mołnia był rzeczywiście genialny. Wielkie silniki Korolewa nie potrafiły wynieść satelity na orbitę geosynchroniczną, na wysokość, gdzie by zawisła nad stałym punktem powierzchni Ziemi. Dlatego Korolew umieszczał swe satelity na eliptycznych ośmiogodzinnych trajektoriach. Na takich starannie dobranych orbitach trzy Mołnie mogły objąć swym zasięgiem większą część Związku Radzieckiego. Przez całe dziesięciolecia ZSRR, a potem Rosja utrzymywały konstelację Mołni na ich eliptycznych torach, gwarantując wielkiemu, rozległemu krajowi tak ważną społeczną i gospodarczą jedność.
      Witalij uważał satelity komunikacyjne Mołnia za największe osiągnięcie Korolewa, przewyższające nawet inne dokonania Konstruktora - wystrzeliwanie w kosmos ludzi i robotów, lądowanie na Marsie i Wenus, a nawet przegrany o włos z Amerykanami wyścig do Księżyca.
      Lecz dziś, prawdopodobnie, zapotrzebowanie na te cudowne ptaki wygasło.
      Wielka wieża startowa odsunęła się, a ostatnie kable energetyczne opadły, wijąc się jak grube czarne węże. Pojawiła się smukła sylwetka samej rakiety: igła z ozdobnym ożebrowaniem, typowym dla antycznych, cudownych, absolutnie niezawodnych konstrukcji Korolewa. Chociaż słońce wzeszło już wysoko, rakieta była skąpana w jaskrawym sztucznym świetle i w oparach kriogenicznego paliwa zbiorników.
      Tri. Dwa. Odin. Zaziganije!
      Zapłon...

      Kiedy Kate Manzoni wjeżdżała do kampusu OurWorldu, jaskrawy pokaz świetlny Hirama Pattersona malował już niebo nad
    • pulbek Arthur'a Charles'a Clarke'a? 20.03.08, 23:26
      Gorąco polecam:

      so.pwn.pl/zasady.php?id=629618
      .
      Pulbek.
      • terran Pisze sie jaksie hce...Artur Quark !!!;) 20.03.08, 23:34
        zasady PISowni uzgodniles z Partia????
        • drf 3001 The final Odissey 20.03.08, 23:41
          3001 The final Odissey



          Arthur C. Clarke



          For Cherene, Tamara and Melinda - may you be happy in a far better century than mine



          PROLOGUE



          The Firstborn



          Call them the Firstborn. Though they were not remotely human, they were flesh and blood, and when they looked out across the deeps of space, they felt awe, and wonder - and loneliness. As soon as they possessed the power, they began to seek for fellowship among the stars.

          In their explorations, they encountered life in many forms, and watched the workings of evolution on a thousand worlds. They saw how often the first faint sparks of intelligence flickered and died in the cosmic night.

          And because, in all the Galaxy, they had found nothing more precious than Mind, they encouraged its dawning everywhere. They became farmers in the fields of stars; they sowed, and sometimes they reaped.

          And sometimes, dispassionately, they had to weed.

          The great dinosaurs had long since passed away, their morning promise annihilated by a random hammerblow from space, when the survey ship entered the Solar System after a voyage that had already lasted a thousand years. It swept past the frozen outer planets, paused briefly above the deserts of dying Mars, and presently looked down on Earth.

          Spread out beneath them, the explorers saw a world swarming with life. For years they studied, collected, catalogued. When they had learned all that they could, they began to modify. They tinkered with the destiny of many species, on land and in the seas. But which of their experiments would bear fruit, they could not know for at least a million years.

          They were patient, but they were not yet immortal. There was so much to do in this universe of a hundred billion suns, and other worlds were calling. So they set out once more into the abyss, knowing that they would never come this way again. Nor was there any need: the servants they had left behind would do the rest.

          On Earth, the glaciers came and went, while above them the changeless Moon still carried its secret from the stars. With a yet slower rhythm than the polar ice, the tides of civilization ebbed and flowed across the Galaxy. Strange and beautiful and terrible empires rose and fell, and passed on their knowledge to their successors.

          And now, out among the stars, evolution was driving towards new goals. The first explorers of Earth had long since come to the limits of flesh and blood; as soon as their machines were better than their bodies, it was time to move. First their brains, and then their thoughts alone, they transferred into shining new homes of metal and gemstone. In these, they roamed the Galaxy. They no longer built spaceships. They were spaceships.

          But the age of the Machine-entities swiftly passed. In their ceaseless experimenting, they had learned to store knowledge in the structure of space itself, and to preserve their thoughts for eternity in frozen lattices of light.

          Into pure energy, therefore, they presently transformed themselves; and on a thousand worlds, the empty shells they had discarded twitched for a while in a mindless dance of death, then crumbled into dust.

          Now they were Lords of the Galaxy, and could rove at will among the stars, or sink like a subtle mist through the very interstices of space. Though they were freed at last from the tyranny of matter, they had not wholly forgotten their origin, in the warm slime of a vanished sea. And their marvellous instruments still continued to function, watching over the experiments started so many ages ago.

          But no longer were they always obedient to the mandates of their creators; like all material things, they were not immune to the corruption of Time and its patient, unsleeping servant, Entropy.

          And sometimes, they discovered and sought goals of their own.



          I
          STAR CITY



          1
          Comet Cowboy



          Captain Dimitri Chandler [M2973.04.21/93.106//Mars//I SpaceAcad3005] - or 'Dim' to his very best friends - was understandably annoyed. The message from Earth had taken six hours to reach the space-tug Goliath, here beyond the orbit of Neptune; if it had arrived ten minutes later he could have answered 'Sorry - can't leave now - we've just started to deploy the sun-screen.'

          The excuse would have been perfectly valid: wrapping a comet's core in a sheet of reflective film only a few molecules thick, but kilometres on a side, was not the sort of job you could abandon while it was half-completed.

          Still, it would be a good idea to obey this ridiculous request: he was already in disfavour sunwards, through no fault of his own. Collecting ice from the rings of Saturn, and nudging it towards Venus and Mercury, where it was really needed, had started back in the 2700s - three centuries ago. Captain Chandler had never been able to see any real difference in the 'before and after' images the Solar Conservers were always producing, to support their accusations of celestial vandalism. But the general public, still sensitive to the ecological disasters of previous centuries, had thought otherwise, and the 'Hands off Saturn!' vote had passed by a substantial majority. As a result, Chandler was no longer a Ring Rustler, but a Comet Cowboy.

          So here he was at an appreciable fraction of the distance to Alpha Centauri, rounding up stragglers from the Kuiper Belt. There was certainly enough ice out here to cover Mercury and Venus with oceans kilometres deep, but it might take centuries to extinguish their hell-fires and make them suitable for life. The Solar Conservers, of course, were still protesting against this, though no longer with so much enthusiasm. The millions dead from the tsunami caused by the Pacific asteroid in 2304 - how ironic that a land impact would have done much less damage! - had reminded all future generations that the human race had too many eggs in one fragile basket.

          Well, Chandler told himself, it would be fifty years before this particular package reached its destination, so a delay of a week would hardly make much difference. But all the calculations about rotation, centre of mass, and thrust vectors would have to be redone, and radioed back to Mars for checking. It was a good idea to do your sums carefully, before nudging billions of tons of ice along an orbit that might take it within hailing distance of Earth.

          As they had done so many times before, Captain Chandler's eyes strayed towards the ancient photograph above his desk. It showed a three-masted steamship, dwarfed by the iceberg that was looming above it - as, indeed, Goliath was dwarfed at this very moment.

          How incredible, he had often thought, that only one long lifetime spanned the gulf between this primitive Discovery and the ship that had carried the same name to Jupiter! And what would those Antarctic explorers of a thousand years ago have made of the view from his bridge? They would certainly have been disoriented, for the wall of ice beside which Goliath was floating stretched both upwards and downwards as far as the eye could see. And it was strange-looking ice, wholly lacking the immaculate whites and blues of the frozen Polar seas. In fact, it looked dirty - as indeed it was. For only some ninety per cent was water-ice: the rest was a witch's brew of carbon and sulphur compounds, most of them stable only at temperatures not far above absolute zero. Thawing them out could produce unpleasant surprises: as one astrochemist had famously remarked, 'Comets have bad breath'.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka